Jednak nie. Tak męczy, że opiszę już. Może zgaga dzisiejszego dnia zejdzie ze mnie.
Byłam na placu za dwadzieścia osiemnasta, nie zobaczyłam nic kojarzącego się planowaną demonstracją. Czy coś pomyliłam? Nie. Nadnormatywna ilość policyjnych wozów, w lekkim oddaleniu od placu, ale są. I konni. Ich trudno spotkać na co dzień. Na stopniach pomnika Piłsudskiego trzech wygolonych. Twardo tam stali przez całą imprezę.
Konni krążyli dookoła platzparade ciągle. Przez cały czas. Powolutku nadciągają niewielkie grupki. Już dziesięć osób, za chwileczkę dwadzieścia. Na razie grupki porozpraszane. Gromadzą się na zacienionym skrawku placu (publiczna chłosta, dla tego kto wyciął drzewa. Może przy pręgierzu, na goły tyłek).
Nadciągają demonstranci, ale na placu toczy się normalne życie Cz-wy. Dużo rowerów, może kolejna rowerowa pielgrzymka, one modne coś ostatnio.
Pojawia się gościu z kamerą, podchodzę i słyszę, że jak będą bić to kamera ubezpieczona, ale on, kamerzysta, nie ma zamiaru tego czegoś filmować, będzie spieprzał. Do telefonu ta mowa. Chłopów pod pomnikiem przybywa, z jednej strony czterech, z tyłu trzech.
Zaczyna się. Przefatalne nagłośnienie. Jeden kiepski megafon. Podchodzę i słyszę mowę powitalno-wyjaśniającą. W skrócie to co wiem. Ataki na furgonetki - wyjaśnienie, że wielokrotnie zgłaszali treści na furgonetkach oszczercze wobec środowiska, i były one lekceważone. I to co podejrzewałam. To nie jest przypadek że słynne nagranie nie ma fonii. Głośność jest fatalna, ale kilka osób przemawia. Głośne skandowania:
HAŃBA, TO NIE JEST NASZ PREZYDENT, TĘCZA NIE OBRAŻA, także słowo "Solidarność" pada.
Potwornie smutne historie dające relacje z zastraszania, nachodzenia. Relacje z zatrzymań. Kraj nam spotworniał, bo historie brzmią prawdziwie. Młody chłopak? Tak wygląda. Dziękuje ludziom że przyszli. Jest transseksualistą. To nie jest demonstracja walcząca, za to mocno wspierająca i w sumie bezradna. Tak, ludzie przyszli, ale na litość! Zajmują może jedną dwudziestą placu. Tuż obok pod parasolami letnia kawiarnia, pełna klientów przyglądających się z nad kaw i piwek demonstrującym. Aż im zazdroszczę, ale krążę po otoczeniu demonstracji słuchając, obserwując.
To co słyszę, przeraża mnie. Straszy. Ale wśród siedzących i stojących mnóstwo osób ma coś tęczowego na sobie. Okulary ze szkłami w pasy, getry, śliczny wianek z mini różyczek ułożonych w tęczę, torby.
Więcej obserwujących, niż demonstrujących. Tu już jest jasne, że to nie jest żadna demonstracja ekstremistów, to w gruncie rzeczy grupa wsparcia dla osób, które we własnym kraju czują się wykluczone, bezsilne i poniżane. Może gdzie indziej jest inaczej. Tu było właśnie tak. Nie wchodziło w grę żadne planowanie działań, żadne zbieranie podpisów, żadne zdobywanie pomnika, tak pilnie strzeżonego. Mówię, sam smutek i w sumie mimo deklaracji wsparcia przeogromna bezradność mi z tego wyglądała.
Zaczęłam przyglądać się otoczeniu pomnika. Policaje z tyłu, gdzieś pochowani z boku, demonstracja kończy się. Już było jasne, że nici z ochoczej obrony Dziadka, krępy bysior w turkusowych gaciach układa w pętlę rekordowo długą i mocną (jak to nazwać, ma to nazwę?) taśmę lub pas do noszenia na szyi kluczy. Jak nie układa tego w pętlę, to wywija tym, symulując bicie. Postanawiam mieć na oku skurczybyka, w razie czego kopnąć, walnąć torbą. Szturcha kolegę, wskazując na oddalających się dwóch młodych chłopaków. Nie tylko ja to widzę, policjant podchodzi do innej grupki młodzianów, oni stoją mi za plecami i słyszę: Łukasz, leć za tymi małolatami, czają się na nich. Ulga. A w domu zgroza, bo to polecenie wcale nie musiało oznaczać dla "małolatów" zdrowia i bezpiecznego powrotu do domu. To by było wszystko, Czytaczu.
Mocno mieszane uczucia ten dzień we mnie zostawił. I dużo smutku. R.R. pisała.













































































