Czytają

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Punkt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Punkt. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 maja 2026

Notatka 568 uckruje się? Rąbnięty piątek i poduszki.



WIELĘŻ LAT TRZEBA CZEKAĆ 

NIM SIĘ PRZEDMIOT ŚWIEŻY

JAK FIGA UCUKRUJE, JAK TYTUŃ ULEŻY?

Blogger. Naprawiają, poprawiają i wciąż cóś nie tak.

Zależało mi oczywiście najbardziej na cykankach paczuni od Kocurro, całej akcji rozładowawczej i potem dokumentacji rozładowanego leżakującego na garażówce. Cykanki z rozładunku policzyłam, czterdzieści chyba z czego trzy w żadnym razie nie do pokazania, przy garażówkowych ręce mi opadły. 

Nie widzi dzisiejszych, będących kontynuacją takich sprzed tygodnia, tamtych też nie widzi.

Trochę się udało podstępem, te dotychczas zamieszczane ładowałam w dla nich zakładane albumy i przy wczytywaniu wołałam  najpierw album. Wywołany coś tam zawierał, fragment zawartości rzeczywitej, ale czapa, album dla cykanek dzisiejszych nie istnieje dla bloggera, przynajmniej na razie. Ten sprzed tygodnia, to owszem, jest i ma w sobie dwie!!!! cykanki. Z czego jedna nie dotyczy planowanego postu. Co jakiś czas sprawdzałam, czy może coś. Nic. Więc kombinuję, bo może zbyt załadowana pamięć, może jeszcze raz założyć nowy album dla tych cykanek pożądanych. Nie. To obciąży pamięć.

Z rozpaczy, bo nawet zcykanego miesiac temu ekstremum poduszkowego nie ma dla bloggera, zaczęłam kombinować czy zcykane monstrum ma swój wtórnik w necie. Jakąś ofertę handlową czy cóś. Nie ma. A zcykałam dziwo, gigantyczną poduszkę-puf, byla tak dziwna że poprosiłam niosącego ją do samochodu  o sesję na asfalcie. Jedno cykanie samego dziwa, drugie z włascicielem. Chyba zadowolonym z sesji. 

No i masz, blogger cykanek nie widzi. Stąd tego posta zdobią handlowe foty dziwnych poduszek. Pupile na początku, to ok, potem bywa gorzej. Ale wszystko to są poduszki, każdą możesz kupić. 




Kawał czasu mnie nie było w necie. 
Do końca nie wiem czy chcę być. To nie kokieteria, to rzeczywista wątpliwość gryząca zwoje. 

Przejrzałam tę swoją pisaninę, i stwierdzam że podstawowe wątki się wciąż snują.  Mimo upływu czasu, zmiany okolicznosci towarzyszących, one są. Milusie lub nie.

Nie piszę tu o milusieństwach dla których jednak teraz piszę, te minusy, ujemne jak najbardziej, milusieństwa trują.

Problemy techniczne. Są wciąż lajtmotiwem, Mój sprzęt, nigdy do końca bezproblemowy. Strach się bać, czy ten kiedyś planowany następny nie pójdzie w ślady poprzedników. I jak pójdzie.  

A szczerze pisząc, teraz jest ok, roczna zmora przemocowego pisania na razie se poszła, i myślę że może to szczęście wykorzystam póki trwa.  


Tak sobie pomyślałam  po huśtawkowym wtorku. 

No ale. 

To w czym piszę, czyli blogger,  też rzadko kiedy bezproblemowy. Teraz nie widzi mi większości zrobionych cykanek. Nie pokazuje świeżo opublikowanych postów na zaprzyjaźnionych blogach. Nie da rady czytając przedostatnio opublikowany tekst wrócić do najnowszego. Zawsze z nim cóś. 


Cykanki, no rany. Krzywda. Nieliczne dostępne własne. A cudze, choćby teraz te dziwne poduszki, wiążą się z niechcianym spamem ofert atakujących. Temu, chociażby ono. Amazon, Etsy, Allegro. Pintecośtam, przez nastepny rok będzie mnie atakował obrazkami poduszek. Jakby mało było portretów pralek. 

Możliwe że obwinianie bloggera niesłuszne.... Może to srajtfon. Ale i tak oba paskudy.

Tematyka. Miał być notatnik.. Futra, widziane i zrobione,  przeczytane książki, sluchane i oglądane, od czasu do czasu opis dnia, albo przeciętnego, albo czymś się wyróżniającego.  i tak,  to dla mnie ma sens. Notatnik. Nie pamiętnik. Ze szczegółowszymi przedstawieniami tego, co wg. mojego oglądu świata jest interesujące. Dla mnie interesujące, ale czy dla czytających? Hm. Cieszę się że mnie czytają, ale niech się  nie spodziewają cudów,  nic  na temat galwanotechniki nie będzie, newer i za skarby świata.   Galwanotechnika niech będzie symbolem tego, czego się Czytacze u mnie nie doczekają. Bo się na niej nie znam i znać nie chcę. Zero galwanotechniki. 



Ale oprócz tematyki, która, no nie ma bata, musi dotyczyć tego czego dotykam, upodobaniem, myślą i życiem, jest jeszcze stan w którym piszę. 

Pani d. Bo jak sobie poczytałam własne wypociny, to wyszło mi że ta cholerna stalkerka od początku gdzieś za rogiem była. Czaiła się ukryta pod zmęczeniem, prawie stałym stanem w którym pisałam i piszę. Racjonalny powód jest, z reguły pisałam gdy już nie miałam siły  na bardziej wyczerpujące zajęcia i nic dziwnego że w pisaniu tak dużo o nim. I o jakichś zawirowaniach zdrowotnych też wymuszających twarde siedzenie na czterech literach. 

Jeśli chodzi o dobre, ok, bywa że się udaje.. Tyle że te wątki  nic nowego w netowy swiat nie wnoszą.  

Gdy szukałam pralni, ratunku na zafoliowane Himalaje brudów,  nie znalazłam żadnego wpisu podobnego mojemu. Ale czy jeśli ktoś też będzie szukał, to czy net moj post pokaże za sponsorowanymi linkami? Bardzo wątpliwe, bardzo. W blogu jest parę postów będących efektem głównie rycia w necie, za czymś co mnie zainteresowało. Jacyś artyści, jakieś herbaty czy kamienie. Raz złapany koniuszek kolorowej nici, i zwijamy kłębuszek różowej mijając meandry i kotłowaniny innych kolorów. Przy tym zwijaniu czasem nasza zwijanina okazuje się być jednym z kilkuset różowych zwitków,  czasem krótki przyczepiony pomarańczowy kawałek  ciągnie za sobą monstrum różowej odmiennej w odcieniu plątaniny, zupełnie nie znanej i nie spodziewanej. Dla mnie takiej, bo ogół może zna. No nic, mogę sobie tłumaczyć że mój zwitek, to jakby inny, równiejszy lub krzywszy kłębuszek, ale nie ma złudzeń, ŻADNYCH NOWYCH AMERYK ten blog nie odkrywa.

Taaak, ten gigantyczny pet to też poduszka

A to co piszę, to o zdarzeniach codziennych, to cholera ostatnio takie, że z boku patrząc to mało prawdopodobne. Dzisiejszy piątek choćby, Wariactwo. Weryfikujące  moje stwierdzenie z wcześniejszego posta że srajtfon zadbany. Już nie jest taki i nigdy nie będzie, taki  cacy z wyglądu zewnętrznego. Piszę, więc działa i to działa nadal tak jak po niedawnym wskrzeszeniu, ale czy mu tak zostanie? Ekran z resztą kumplują sie za pomoca nikłych drucików. 

Proszę bardzo Czytaczu, wyciąg z dnia.

PIĄTEK 

Ranek nie zapowiadał że będą kiksy. Ze mna kiksy. Zwykłota. Do punku co prawda wiezione w sakwach zgarnięte z wystawki dobra, ale to też zwykłota. Tym razem była potworna pięciokilogramowa paka szczelnie i fabrycznie zafoliowanego spaghetti oraz równie duża i tak samo zafoliowana paka ryżu. Zgarnęłam z wystawki,  bo jedna z dziewczyn ma nadmiar psów, skarmi dobrem sforę. Bo zdarza się Czytaczu, że na wystawkach obok rzeczy niejadalnych są i takie mniej niejadalne. Zdarza się. W pakach przy rowerze woziłam jedno i drugie. I będę wozić. Drobne kuchenne plastikowe i nieplastikowe utensylia, duraleksy, buty, spodnie, szczelnie i fabrycznie zamknięte paczki pampersów dla dorosłych, torbiszcza pustych czystych słoików z nakrętkami, bo bank żywności potrafi dać dziesięciolitrowe sosy pomidorowe czy sałatki. Na przyklad takie niejadalne.

Z jadalnych bardziej trafia się alkohol (dobrze czytasz Czytaczu, ajekroniakiem mogłabym balsamować, moijto sprezentowane wielbicielowi osłupiło go na długo, takie drogie i eksluzywne.  To pewnie dlatego że ja piję śladowo,  dlatego znajduję), makarony i kaszo-ryże, raz potworna siata owsa, innym razem wyrzucone przez głupi spożywczak główki kapusty. Jak najbardziej całe i zdrowe, nie skażone ani zgnilizną, ani robakami. Wiejskie kapusty pachnące w przeciwieństwie do marketowych sobą, możliwe że przez zapach wyleciały,  innego powodu nie widziałam. Raz wielka zgrzewka małych puszek z datą przydatności upływającą za rok z kawałem, a w puszeczkach pasta-mazidło z jadalnych kasztanów. Zgrzewka pesto. Takie cuda. 

Czy to co piszę o ratowanych przeze mnie dobrach jeszcze wydaje Ci się prawdopodobne?  Przy wożeniu kapust nie miałam jeszcze na rowerze sakw, więc wytęż wyobraźnię Czytaczu, na wąskim bagażniczku wiozłam upiornie ciężki wór,  który z łatwością tracił równowagę. Spodnie były męskie, w trzech rozmiarach, nówki z metkami. Beżowe i khaki pół bardzo ładnych, klasycznych i pół tzw. wędkarskich, z masą kieszeni, dwadzieścia osiem sztuk łącznie. Ogólnie to dwa razy natrafiłam na stosy męskich nowych spodni, ten wcześniejszy był jednorozmiarowy na dużego chłopa, mocno różnorodny fasonami i kolorami i tez wszystkie sztuki nówki nieśmigane. Nadal prawdopodobne?

No dobra, dziś bylo spaghetti z ryżem, znalezione w czwartek przy wracaniu z punktu w masie pootwieranych i całych  produktów sypkich. Sole, cukry, pudełka z torebkami kasz, ryży, mąki rozmaite, makarony w mniejszych całych paczkach i otwarte wielkie torbiszcze makaronowych gniazdek. Które to produkty też ktoś zgarnie. 

Przy innym śmietniku nowe dziecięce gry, niektóre w foliach. Będą na garażówki, zgarnięte. Wczoraj.





Więc bylo do pewnego momentu zwyczajnie. Ludzie ci co są już zapisani, na blacie miseczka z monetami, pojemnik z żetonami,  przerwa w przychodzących, poszłam sobie zrobić kawę. Przy okazji telefon do Asi czy chce pasztety wege, bank żywności dał stos okropny a ona nadal bezmięsna. Chce, po punkcie podrzucę.

Normalnie było, a to co teraz opiszę zaczęło się dziać w tempie trudnym do oddania,  błyskawicznym, z moimi reakcjami zupełnie nie przemyślanymi. Zaskakującymi i mnie. 



Wychodząc z kawą na salę,  słyszę  że Teresa włącza wrzask do znikajacych za drzwiami męskich pleców. 

- Niech się pan wróci!!!

I do mnie

- On coś zabrał z biurka!!!. 

Jeszcze nic nie widzę. Odstawiam kawę i odliczanie oczami: zeszyt jest, długopis też, pudełeczko z żetonami jest. Brak miseczki z pieniędzmi.

Cholera. 

Wylatuję jak furia przez drzwi, dwóch facetów  idzie bardzo nieśpiesznie i na luzie w górę ulicy, do Jasnej Góry. Gesty tego po prawej takie że musowo trzyma przed sobą miseczkę i w niej gmera. Mój bieg i za ich plecami wrzask:

ODDAWAJ GNOJU!!!

Zaskoczka. Nie spodziewali się. 

ODDAWAJ!!! TO NA JEDZENIE!!!

Gnój wybiera jeszcze parę monet, wyjmuję mu z łapy miseczkę. Z zaskoczenia,  też się nie spodziewał, poszło nadpodziewanie prosto. Nic nie wysypane. Odwracam się i już za sobą, gdy ten jeden-dwa kroki zrobione, słyszę

TAA, NA PIZDĘ PIZDO 

Jak się ciut później okaże zabrał dwadzieścia złotych z zebranych sześćdziesięciu. Wybierał dwuzłotówki.

To była dla mnie samej rzecz nieprawdopodobna, nie podejrzewałam siebie że jeszcze jestem zdolna do takich akcji.  Nie myślałam. Zero strachu, czysty wkurw.


Ale piątek w punkcie jeszcze trwa. Jeszcze długo mi adrenalina nie opada, tempo akcji temu nie sprzyja, segregowanie przywiezionych warzyw, wydawka, cały czas nabuzowanie jest. 

Po raz pierwszy w punkcie aż tak wybucham do ludzia w konsekwencji  głupiej uwagi ciołowatego byka na temat tego, że on by poleciał gdyby widział. Kurde, to Teresa, zaokularowana osiemdziesieciolatka, zauważyła że coś nie teges kątem oka, a była odwrócona do blatu plecami, a ten stał twarzą do miejsca akcji i nie zareagował, okularów nie nosi, ledwo przekroczona trzydziestka, metr dziewięćdziesiąt z hakiem, ze sto kilo wagi. Stał  jak cioł.

A ja sześciesiątka na karku, pięćdziesiąt pięć kilo, sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu do dwóch dużych i przed trzydziestką. Fantazja. 

BO TACY TO MOGĄ NOŻEM DZIABNAĆ. 

Taka odpowiedź na zdziwienie że nie widział. 

Czyli widział i wolał nie widzieć. Cacuś. Ręce opadają. Bezradność u tego akurat cacusia zdaje się  że skalkulowana bardzo dokładnie. Co bezlitośnie wypomniane, opierdol cacusia słowem bardzo głośnym. 

Potem opierniczona Teresa, z innej okazji i bez wrzasku, opierniczony pan Miecio z racji prób żetonowo-kolejkowych. Trzepnięty po łapach bezżetonowiec, bo on jeszcze cytrynkę, o tę. Też opieprz....

Dziś po prostu nie było od akcji z miseczką grzecznej i ważącej słowa Romany. Komu się za bardzo już zebrało ten oberwał, łącznie z przypadkowo napatoczonym  w drodze z punktu królewiczem w potrzebie. Gość na oko w pełni sprawny, w wieku jak najbardziej produkcyjnym, a głodny podobno od tygodnia, nocuje na rozbabranym dworcu. Bułka z makiem i mały zabrany na powrót napój wetknięte w głodne ręce i wywiad. Wypytuję delikatnie, ale zaczyna mnie strzelać od odpowiedzi. 

On ma za dużo kultury żeby iść do ogrzewalni, oddać w automacie butelki i puszki, iść do karmiącej  placówki (wymieniona i moja), zebrać złom. Za dużo ma godności osobistej. Nie, wszystko to poniża. Więc mam dać na jedzenie i papierosy. Bom godna.

Uuuuu. Zła Romana zaszalała słownie. Miał szczęście że zdążył się posilić, ale łatwo trawić to nie potrawi. Nie było tym razem krzyku, ale co królewicz usłyszał to jego. 

Ciekawe że normalnie to cierpliwość do nawiedzających punkt królewiczy mam, a przy tym akurat mi strzeliła.  

A potem adrenalina opadła, jazda na rowerze do Asi zrobiła się taka jakby trudna, nerw na królewicza trwał,  obracane w głowie piatkowe dziwa-awantury nie pomagały. Zawsze się umawiamy po drodze, czy ona coś chcę ode mnie czy ja od niej. Ona idzie ze swojego końca miasta, ja jadę lub idę z miejsca w którym jestem. Czyli mój koniec miasta lub centrum, telefony koordynują. I dziś, po takiej koordynacji telefon upuszczony,  koordynacja ruchów była do dupy, rożek obudowy z tyłu i dołu nadpękniety, ekran pod zabezpieczającą folią porysowany w poziomie cienkimi liniami pęknięć. Z siedem tych linii. Takich krzywych.

Cud że działa jak działał, TFU,TFU, TFU. 

Piątek jeszcze trwa, mam nadzieję że już sensacji koniec. Dom. Futra. Posiłek. Mycie. Sen. Takie plany. 

I co, prawdopodobne? U grzecznej R.R.  Spokojnej od lat i z panią d spowalniającą reakcje? Co nawet w największych do tej pory nerwach raczej nie krzyczy na ludzi? Bo przy własnych futrach to tak, krzyczy i bywa że wrzeszczy, ale na ludzi od lat bardzo rzadko. A dziś głos podniesiony, przy niektórych akcjach do wrzasku. Hurt w pyszczeniu totalny, takiego dotąd nie miałam. 


Możliwe,  że dlatego była Romana wscieklica, że początek akcji w punkcie, który wymusza  szybkie zdecydowane działania i ogólnie wymaga wydawania  z siebie czytelnych komunikatów. No to było ekstremalnie, choć Czytaczu, ani razu nie padło z moich usteczek słowo co popularne bardzo w wulgaryzmach, te użyte to wątpię czy mieszczą się w pierwszej dziesiątce popularnych. Chyba nawet w pięćdziesiątce się  nie mieszczą.

Warto było pisać, warto bylo czytać? Ja sama tego nie wiem. Po cholerę w ogóle i szczególe. Niby utrwalenie, ale tyle można przez czas na pisaniu spędzony. Ten czas spędzony na czytaniu też można inaczej wykorzystać.

No nic, póki popękany i rozwarstwiony srajtfon działa, to coś tam będę skrobać. O ile mi nie pęknie cierpliwość do bloggera. Te cykanki!!!! 

Wytrzymaj Czytaczu. Albo nie wytrzymuj, wolna wola.

Na koniec znalezione przy okazji pokrowce do spania.





I kocyk.




A poduszki dlatego, że niewidzialna mini sesja fotograficzna dotyczy poduszki-pufa. O takim temacie.

Tylko że ta nie widziana przez bloggera dziwność jest z pluszu w kolorze pudrowym i przedstawia sobą ludzki tyłek w typie Jennifer Lopez,  z ludzkimi stópkami w wielkości pasującej do tyłka, rozmiar minimum 48. Średnica poduchy-pufa to około siedemdziesięciu centymetrów. Może trochę  więcej. Net niczym podobnym nie dysponuje, nie ma tak naturalistycznych.

No nic, jeszcze nie usuwam, może kiedyś blogger da pokazać. Nie żebym chciała gigantyczny tyłek zrobić bohaterem posta,  chciałam pokazać dziwo. Żebyś sobie sprawdził czy to co dziwne masz, naprawdę jest takie dziwne.

Pisała R.R. oczywiście że sflaczała i do niczego innego niezdatna. Taki piątek.

Ps. Sobota jest słaba. Nadal jestem flakiem. Nie służą mi ataki adrenaliny na organizm, oj nie służą. Poprawione literówki, kilka fot dodanych, trochę uściśleń (czy hurt, ile było transportów spodni, takie tam. Coby nie łgac mimowolnie)
 i kasowań tekstu i rzucam na razie srajtfona. Nara.

Ps2. Wiesz co Czytaczu? To pyszczenie do królewicza było zbędne. Gryzie, a nie odwrócę,

No trudno. Niedziela jest, może znajdę w sobie siłę by w końcu ruszyć toboły z garażówki. Może. 

poniedziałek, 23 września 2024

Notatka 557 ogólnie miało być.



Ogólnie to dzieje się. Powódź co zmaltretowała m.in Kłodzko wypłukała na wierzch tyle syfu wszechstronnego że słabo się robi. Syf oczywiście że był i przed powodzią, przykurzony, wystający na wierzch w części niewielkiej,  z racji zajęcia codziennością postrzegany kątem oka jako mało znaczący i słabo szkodliwy. Błąd. Wystawał koniuszek góry lodowej, rzęsa brontozaura. Trzeba będzie gonić dziadostwo.......








W krasie, cholera wie czy pełnej, objawiły się zjawiska takie jak zapędy cenzorskie i restrykcyjno-wychowawcze, gupie jak nie wiem co. Trend w tym kierunku wcale nie ustał po pandemii, a wydawało by się że wraz z minięciem onej ich gupota w oczy wali. Zjawisko jest tak durne że nie zasługuje na prawidłowe określenie "głupie", jest poniżej tego co określamy mianem "głupie", czyli gupie i już. Co nie znaczy że nie jest niebezpieczne, wręcz przeciwnie, grozą powala, bo widać że robi się pospolite i coraz to nowym wpada do łbów że mogą.

.....

No nie, jednak nie będzie ogólnie, nie dam rady wymienić rodzajów ujawnionego syfu. Miałam ambicje, a jakże, ale za dużo go, a mnie już samo wymienienie tego co powyżej zbrzydziło. Z lekka odebrało apetyt na gotujacy się obiadek. A nadmienię pupulkowato że na to nie mogę już sobie pozwolić. Taba mimochodem stwierdziła że u niej odchudzanie nie było spektakularne, u mnie wręcz przeciwnie. Trzy lata i została mnie połowa, już bym nie chciała dalej tracić ciała. Bo kiedy ostatni raz byłam oficjalnie ważona waga była lekko powyżej stu kilo, potem jeszcze mnie przybyło, sądząc po rozmiarze nabywanych z tej okazji spodni było mnie wagowo ze sto dziesięć kilo. Teraz pięćdziesiąt pięć. Więc nie będzie zbrzydzania sobie obiadków, choć naprawdę jest czym. 

Dobre też jest, owszem, zwykli ludzie potrafią się zorganizować w obronie swojej i sąsiadów, być wściekle pracowici i ofiarni. Tak było, na szczęście nadal jest i miejmy nadzieję że będzie zawsze. W kontrze do hien ludzkich co też się pokazały. One niestety też wieczne. 

Ale skoro brudów nie będę opisywać to i dobrego niezbyt mogę. Pojawiło się w samoobronie i w kontrze do dziejącego się zła.  

Cholera, jednak szkoda. Ten notatnik to ku pamięci własnej miał być, dla zatrzymania tego co się działo. No ale ogół mnie przerasta. Przerasta pod każdym względem, widzę, owszem, i przyczyny dziadostwa i skutki jakie mogą dać, ale jasna dupa, nie mam na to siły i zdrowia oraz czasu. Więc jeśli będę je wymieniać to wtedy gdy choć trochę tych deficytowych dóbr się pojawi, a mnie nie będzie szkoda ich marnować. Tak chyba być u mnie będzie. Zobaczymy zresztą.

Dzieje się i u mnie. Nie wiem jak o tym pisać i czy pisać. To przecież nie jest tak że w blogach wywlekamy na światło dzienne wszystko z naszego życia, cząstki pokazujemy niektórych jego aspektów. I bardzo dobrze, nie mam ochoty wnikać np. w życie erotyczne blogujacych czy ich procesy trawienne. Pozostaję bez wiedzy w tych tematach, tak jak i wszystkich innych o których  z różnych przyczyn nie piszą. Miło że piszą tak, że ci co ich czytam to czytam z przyjemnością. 

A ja, no ja niezbyt ostatnio chętnie babram się w tym co u mnie niemiłe, bo analiza niemiłości wcale nie powoduje ich zniknięcia, przeciwnie jest. Rosną. Trudno, zdaje się że u mnie będzie pupulkowato......

Ale bez wnikania w przyczyny i motywacje napiszę za to że od dwóch tygodni mam ściśle zajęte godziny wczesne, do południa, przez cztery dni w tygodniu. Zajęte tak intensywnie że przez resztę dnia z lekka zdycham. Co robię? Ano pomagam w działalności charytatywnej, albowiem wystąpiła taka potrzeba, ja potrzebowałam ludzi, w placówce charytatywnej okazuje się że im się przydam. W punkcie nieopodal Jasnej Góry prowadzonym przez paulina. Paulina z dużej litery? Człowieka z tego co widzę przez duże C, to na pewno. Nie całkiem społecznie, obrywam dobrem dzielonym i drobnymi rupiami. Nie wszystko jeszcze kumam, nie chcę konfabulować, na razie wiem tyle że działalność polega na zbieraniu z różnych źródeł jedzonka i innych dóbr i rozdawaniu potrzebującym. Te źródła to w wypadku jedzenia np. piekarnie, znakomite zresztą, oddające to czego sklepy nie wzięły, sklepy to co jest jeszcze z terminem ważności - ale krótkim, do szybkiego spożycia. Przywóz i organizacja dostaw są ogarnięte, z lekka potrzebne były dodatkowe rączki przy rozdawaniu, segregacji jadła i dóbr nie spożywczych. W wypadku dóbr niejadalnych źródłem są ludzie. Odzież głównie, ale też wszystko inne. Przywożą, przynoszą, przywlekają. To dobro niejadalne jest segregowane, cześć  zarabia na jadalne rzeczy które placówka kupuje nie otrzymując ich ze sklepów. Ziemniaki np., podstawa jadłospisu dla większości rodaków, zawsze witane z zachłannością  przy podziale. Smalec też. Z niejadalnych rzeczy część trafia do sierocińców i schronisk, a ogromna cześć, niestety, do śmieci. Bo do wszystkich tych celów rzeczy muszą być dobre, czyste, nieznoszone, sprawne. Nawet te które idą do schroniska dla bezdomnych muszą być dobre, nie mogą poniżać  nikogo uplamione dziurawe ciuchy, przetarte i przepocone. Te rzeczy które zarabiają muszą być wręcz idealne. Nieidealne i niezbyt dobre bawełniane też zarabiają jako czyściwo, ale ogrom tego co przynoszone trafia w śmieci, tam gdzie trafić powinno od początku. Więc jeśli Czytaczu masz ochotę dzielić się dobrem którego nie potrzebujesz lub masz nadmiar, to nie ładuj do darów dziurawych i brudnych kalesonów, owszem, kalesony mogą się dołożyć do ziemniaków i opłat za góry śmieci, ale brudne nie trafią nawet do czyściwa, dziurawe mogą.

Kto korzysta z takiej formy pomocy?  Stałych bywalców około dwudziestu, drugie tyle to towarzystwo przygodne, takie które przy głodzie przypominało sobie o istnieniu placówki. Ci raczej nie chcą produktów wymagających gotowania. Stali to z tego co widzę mają za sobą i teraz wciąż w trakcie doświadczenia niełatwe. Nie mnie badać i oceniać, ani mi się śni. Potrzebują pomocy na tyle, żeby się do tego przyznać. Jak dla mnie to wystarczy. Szacun że się przyznają, to przecież niełatwe. 

Tyle na razie wiem.

Więc chodzę tam, segreguję przywiezione warzywa, rozdaję tak by każdy coś dostał. Co trafia do toreb? Chleb, odrobina nabiału, czasem coś mięsnego lub z produktów trwałych, no i te zieleniny warzywne i owocowe. Ubrania i dobra niejadalne też są rozdawane, dziś kobieta przywiozła świetny żyrandol czule zagarnięty natychmiast przez jedną z pań. Podobno od ponad roku chciała wymienić domowy, a ceny nowych ją powalały, sił zresztą nie ma by za nim chodzić. Fakt. Chodzi o kulach, aż dziwne że daje radę dopchnąć wózeczek z dobrem do domu, nic dziwnego że jej nie do sklepów.  A tu proszę, jest wymarzony rupieć, tak ładny jak chciała, kombinacje radosne jak go umocować by w całości do chałupy dopchać, kogo prosić by zamontował.... I dobrze że tak, że się żyrandol jeszcze przyda. No. 

W poniedziałki, w  środy i w piątki są ludzie. We wtorki lub czwartki segreguję niejadalne. Ogólnie to pomagam przy wszystkim przy czym trzeba, i zapowiada się że co którąś sobotę też będę potrzebna. A skąd, nie samam do tej roboty, dwie dziewczyny, jeden pomocniczy facet, ojciec organizator no i ja. Obyczaje na szczęście z lekka świeckie. To rozumiem. To jest dobre. 

No i tak to. 

Pocztówki z jasnogórskiego parku. Wiewiórro dla Kocurro.




Zwierzyna obficie występująca pod kasztanowcami i w drodze do nich. Moc dziatwy przedszkolnej, moc. Nic dziwnego że kasztanów maleńko.




I przy stawku.









I z Alei. 




Pisanie nie pomogło na zdychanie. Poniedziałek jest, przypominam, więc rączkami i nóżkami się namachałam, gębą ruszałam gadawczo, jak dla mnie odwykłej w nadmiarze się nagadałam. Trudno, trzeba odespać. Choć godzinkę. 

A jutro las, z Asią. 

Pisała R.R. 

I jeszcze wiewiórro.