Czytają

środa, 6 maja 2026

Notatka 564 o wczoraj

Na razie bez aktualnych ilustracji. Wstawię, owszem ale już kruca bomba mało casu.  Wieczorem lub jutro.  

Tylko na razie z wycieczki uskutecznionej drugiego maja. Zwinka patronką tej wycieczki.














Żadne tam istotności i ważności o skali większej niz osobnicza, po prostu wczoraj....

WTOREK

Po napisaniu poprzedniego posta i odebraniu paczusi od Kocurro, korzystając z pobliskiej ławki napisałam jeszcze pod postem kilka słów, dodałam dwa zdjęcia, zaktualizowalam posta. I nagle się okazało że są to ostatnie napisane na srajtfonie słowa,  ostatnie działania. Strajk totalny i wymówienie pracy w tempie natychmiastowym. Martwota. Totalna. Nie da się włączyć. Zrobiło się tak w ułamku sekundy.

Napiszę Ci Czytaczu, że przyjęłam to wymówienie ze zrezygnowanym stuporem, ot jeden nosorożec-patrz poprzedni post Czytaczu, zblakł i zmalał, ale za to ten drugi znienacka na mnie usiadł. Po kilku bezowocnych próbach, takich przypominających bezradne kiwanie przysiadniętą nosorożcem rączką,  już tylko siedziałam martwo wpatrując się w martwy sprzęt. Nie wiem jak długo. Pustka we łbie. Wszystkiego nagle mi się odechciało, paczka na rowerze od razu stała się nieważna, wybacz Kocurku, wszystko się stało nieważne i bez sensu.

Tak działa pani d., a mam nadzieję że nie znasz Czytaczu mocy zadanego znienacka przez nią ciosu. Miesiącami się po nim człek podnosi.

Ale. 

To moja dzielnica. 

Chcę  czy nie wypełniona jest w znacznym procencie znanymi twarzami. Jednych od lat mijam na ulicy, nie znam ich, po prostu regularnie widuję. Inni rozpoznawalni bardziej.  

I cud. Nie jedyny tego huśtawkowego dnia. 

- Dzień dobry. A co pani tak siedzi? Ma pani coś dla mnie?

Regularnie spotykam tę kobietę, ona w moim mniej więcej wieku. Psiara, kociara, babcia wnukom. Bezimienna dla mnie, tak jak i ja dla niej. Napotkana wielokrotnie przy okazji przeglądu śmietnikowych wystawek, a już przy pierwszym spotkaniu prosiła, że jeśli znajdę cokolwiek komputerowo-elektroniczno-komórkowego, to ona bardzo prosi żeby zostawić to dla niej. Syn potrzebuje, zna się, naprawi, wykorzysta, zużyje. Znasz Czytaczu mój stosunek do wyrzucanych dóbr. Dobrych dóbr. Wiesz Czytaczu że nałogowo oglądam przyśmietnikowe wystawki. Wiesz o garażówkach i dlaczego. Więc kilka razy komputer, komórka, e-bok, sprzęt do domowego multikina. Komputery były ze trzy. Chyba. Może więcej, od ponad roku zostawiałam dla niej fanty. Różne. Monitory, myszki, klawiatury i konsole do gier też. Nie wiem czy działające, pewnie niekoniecznie mimo niezłego wyglądu. Nachalna, nie przywykła do uprzejmości, nawet zwykłe "dzień dobry" jakieś takie trochę jak obelga, no ale bardzo jej zależało  na tych moich znalezionych fantach. 

A niech ma. Widać było że jej rodzina tego potrzebuje, tych paru groszy.  Nie każdy  lata do Mopsu czy wystawia łapę żebrzącym gestem, ogrom po prostu tego nie robi, radząc sobie przy wykorzystaniu umiejętności własnych i surowców znaleźnych. Złomiarze, ludzie zabierający wyrzucone drewniane meble, ciuchy, nawet domowe kwiaty, no multum ich, są też tacy co nie przepuszczą wystawionej żywności.  Bywa . Bardziej ten sposób mi przemawia do wszystkiego w organiźmie, niż dziedziczne etaty we wszystkich punktach pomocowych. Przecież z racji pracy w punkcie znam i takich tuptusi, etatowych, ich rodziny też etatowe w następnym pokoleniu. Oni niewiele umieją i nie chcą umieć poza wyciąganiem rączek. Tak to wygląda, obok naprawdę potrzebujących etatowe tuptusie. Część tych którym pomoc potrzebna ręki  nie wyciągnie, bo by im uschła. Wolą śmietnik.

- Nie mam. - nieuprzejmie nawet na nią nie spojrzałam, głowa nadal opuszczona,  głos z trudem opuszczał krtań. Cichutki. Stupor Czytaczu. 

- CO SIĘ STAŁO?!!!

Podniosłam bardzo niemrawo ważącą tonę rękę ze smartfonem. 

- martwy. - nie miałam sily na tłumaczenia.

- Pani to da. - właściwie wyłuskała mi telefon z tej podniesionej ręki - wieczorem oddam, wiem gdzie pani mieszka. Syn zobaczy.

Przesiedziałam jeszcze długo, z dwie-trzy godziny na ławce, było mi wszystko jedno, nic nie miało sensu. Gdyby nie futra to pewnie siedziałabym tam do teraz. 

Ale przez futra się  ruszyłam. Starczyło sił na ich obsługę i na nic więcej. Zasnęłam. W butach, bo po co ściągać? Paczka została na byle jak zaparkowanym pod blokiem rowerze, nieprzypiętym. Bo po co?

Wieczorem obudził mnie łomot do drzwi. Zombi otworzyło. Z dużym ociąganiem. 

- Ma pani. 

Telefon właściwie ciśnięty, i już zbiegała ze schodów. Bez pożegnania i wyjaśnień, bez czekania na jakąkolwiek reakcję, czyli syn nic nie zdziałał. 

Pani d. robiła co mogła, ale futra wymagają, więc tym razem mnie nie ululała. Ale zombi wlokło się po mieszkaniu, takie na chwilę przed ostatecznym zgonem.

Gdzieś tak tuż po dwudziestej pierwszej wzięłam w rękę srajtfona, odruchowo, odruchowo kliknęłam włącznik, tak zupełnie bezmyślnie. Jak to zombi. 

Jak widzisz Czytaczu srajtfon działa. 

I to lepiej niż przed zgonem. Da się  pisać bez połowy  problemów bo nadwrażliwość ekranu se poszła. Potem się okazało że tępota  nie całkiem, są flauty i nieczułości, trzeba kilka razy stukać w co którąś literkę, ekran nadal jest oddzielnie od reszty. 

ALE DZIAŁA. Nosorożec schudł i wyraźnie zmalał.

CUD. 

Od razu jak fala przyszło ożywienie. 

Co to ja miałam? Aaaa, pranie. 

Ale może nie maskotki, może te codzienne łachy, bo przy przedsennym rozrywaniu saszetek sosik poszedł  na bluzkę. Ileś tam innych łachów też wymaga. Teraz ściągnięcie pofajdanej, umycie się, pakowanie torbiszcza i będzie jazda. Kruca bomba, mało casu.  Paczka z roweru powędrowała do piwnicy, trudno, zapomniałam o niej. Potem. Wszystko potem. 

W laundromacie władowane brudy tym razem bez dodatkowych wsadów odwaniacza, niepotrzebny.  W przypływie brawury wrzucone w bęben noszone tekstylne buty i sweter. No dobra, włączamy. 

Zonk. 

Nie da się, dotykowy ekranik ustawiony na funkcjach administracyjnych, potrzebne piny i hasła, nie da rady tego obejść. 

To ożywienie po zombi kazało szukac drogi wyjścia. Telefon, BO MAM TELEFON, na wskazany na plakacie numer. Nie odbiera. Nie rezygnuję. Za moment SMS z tego numeru.  Administrator instytucji, nie może rozmawiać, ale pisać tak, może.  I sobie popisaliśmy, ja wciąż w szoku że MOGĘ tak prosto i łatwo. Pranie i suszenie zrobione bardzo sprawnie bez udziału nieczynnego chwilowo urzadzenia, zdalnie, co też jest swego rodzaju cudem, tyle Ci Czytaczu napiszę. 

Poprzedni post był słuszny. Polecajka właściwą. 

W suchych wypranych  butach i suchym wypranym swetrze dojechałam do domu grubo po pierwszej.  Słaba z emocji, ale w euforii. Dziś zaspałam, no trudno. Paczkę dopiero wniosę i rozpakuję. Bo dziś też się dzieje, już nie tak dramatycznie dziwnie, ale dzień pracowity i jednocześnie słaby. Przeładowany koniecznościami i zakatarzony. Bo może i był i jest upał, ale jazda ciemną dość zimną nocą bez czapki swoje zrobiła. Wszystko idzie niezbornie i niemrawo. 

No dobra, idę po paczkę.

Fot nie mogę wkleić. 

Nara Czytaczu



4 komentarze:

  1. Odpowiedzi
    1. Precz z depresjami, są na świecie wróżki przebrane z starsze panie zasysające elektronikę. Czasem wystarczy tylko być życzliwym, nosorożce zmykają. Pralkomaty opanowane, oby do przodu. Najważniejsze żebyś Ty i stado zdrowi byli.

      Usuń
    2. Podpisuję się łapkami pod komentem Tabs 🐾🐾🐾🐾🐾

      Usuń
  2. Dobrzy ludzie są na świecie.

    OdpowiedzUsuń