Czytają

piątek, 22 maja 2026

Notatka 571 będzie się działo.


Na wszelki wypadek zaraz po powrocie do domu spróbuję  łupnąć się spać. I tak lecę  z nóg, może uda się zasnąć. Bo o porze właściwej dla snu może się okazać,  że dupa, nie da rady.....

Oczywiście nie wiem tego na pewno czy w tym roku tak będzie. Ale przysiadłam w połowie drogi z punktu, jest trochę przed trzynastą, do miejsca spodziewanej akcji jakiś kilometr z kawałkiem,  a słyszę że coś dudni, ktoś coś nadaje z rapowym rytmem. O, ucichło. Ustawiają chyba nagłośnienie. Albo może to nie z politechniki.

Ucichło to muzyczne coś, ale to nie znaczy że zrobiło się cicho. Kosiary chodzą  po przyblokowych trawnikach, koło mojego bloku wczoraj skosili tylko pół zielonego, więc myślę że też będzie rzegot. 

No nic, trzeba się ruszyć i rzeczywiście choć spróbować złapać godzinkę snu.

🌼

Acha. Akurat. Nie z nami te numery R.R., nie pośpisz. Próby, nie to że ciągle, ale skandowanie rapowe już drugi raz, i tak, to z politechniki. Jest dzień, moc dodatkowych dźwięków, więc stłumione. Ale jest nadzieja że to już maksymalna głośność. Da się wytrzymać, a jutro może nawet z przyjemnością posłuchać. 

Bo Juwenalia, Czytaczu, a dziś będzie wieczór rapu. Nie kocham i niespecjalnie lubię. Za to w sobotę będzie rock, taaak, to  już lepiej.

Ale teraz próby zaśnięcia bez szans na powodzenie, mimo że kosiar pod oknami nie ma. Raz te próby, dwa że na zgubę swojego spokoju przyniosłam z punktu gałązkę kocimiętki, z myślą żeby może ukorzenić. Prawdziwej kociej kocimiętki. Taaa.

Podczas pobytu w łazience reklamówka rozdrapana natychmiast, gałązka w kilkunastu fragmentach, reszta zawartości rozdrapanej torby robi za legowisko dla Felunia, rozanielonego do maksimum. Musiało przejść zapachem, a może gdzieś pod nim jest listek? Ale Jacuś i Rysia urządzają sobie cichutkie przepychanki-bójki i wojenki partyzanckie o coraz mniejsze zielone fragmenty. A przerwach pomiędzy cichymi bojami przychodzą nachalnie domagać się pieszczot.

Kocimiętka na pewno uspokaja futerka? Hmmm.

Muszę spod Felusia wyciągnąć pierogi. Kupiłam po drodze w biedronce. Jeszcze tak naprawdę nic się nie dzieje. Tylko jedna studentka kupujaca alkohol, młodzież jeszcze się nie wyroiła na ulice, dłuugie przerwy pomiędzy próbami głosu, mikrofonu, nagłośnienia. Miejsce akcji co prawda ogrodzone szczelnie metalowymi płotami (z rozpiętą na nich czarną folią już niekoniecznie tak szczelną), ale niemrawy prawie bezruch w widocznym fragmentami miejscu akcji.

Jem i pasę futra, i w momencie one idą zalegać. Może wiedzą co robią, idę do nich.

Proszę się  posunąć.. 

Nara Czytaczu. 

czwartek, 21 maja 2026

Notatka 570 po szczupaczku o lotach na Ukrainie





Mogło mnie skrzywdzić strasznie, mogło by mnie wcale już nie być, nie myślę, mam więcej szczęścia niż rozumu.... gadaniu dziś nie było końca.  Niepotrzebnie powiedziałam dlaczego się krzywię przy schylaniu,  no i się zaczęło.  To znaczy też by było gadanie, ubiegły piątek dostarczył żeru, ale może byłoby mniej intensywnie. O połowę.

Teresa wykorzystała że czwartek jest dniem administracyjnym bez ludzi i gadaniu nie było końca. Dla niej. Dla mnie nie było miejsca i szansy na gadanie, nie dała. Dzięki czemu wiem że czwartek nadal jest moim najmniej ulubionym dniem tygodnia......

Bo Czytaczu, ona jest matką. Wiekowo na jej córkę pasuję i czasami mnie ta jej matczyność zahacza. Czasami matczyność zahacza, czasem inne teresowe instynkta,  przed którymi też ciężko uciec......  

Teresa ogólnie jest intensywna, wiek na to nie pomógł. Gdyby nie to, że podstawa charakteru Teresy to złoto i diamenty, dawno by ją ktoś ubił  za te instynkta intensywne. Takie są.

Ech.


Opowiedziała w piątek rodzinie jak leciałam za łachmytą, a w rodzinie ma taką co pracuje przy miejskim monitoringu. Ta z rodziny obejrzała sobie panów, mój bieg i odzyskanie monetek i wybuchła bluzgiem pomieszanym z pytaniami retorycznymi. 

Czemu nie było powiadomienia policji, czemu leciałam sama, tak mi się nie chce żyć  że umrę  za cudze grosze? Wczoraj bluzg był do Teresy, dziś mnie przekazany z licznymi dodatkowymi barwnymi wypowiedziami i na temat piątku i na temat świeży dla Teresy, czyli szczupaczkowania. 

Zostałam oprócz wtórnego bluzgu i pierwotnego bluzgu przytłoczona matczyną troską Teresy oraz pytaniami i wiedzą z miejskiego monitoringu na temat panów. 

Otóż to są regularni grasanci po autobusach, małych lokalach gastronomicznych, tłumkach ludzkich. Z narzędziami tnącymi torby i paski toreb. Z małpimi łapami manipulującymi po cudzych kieszeniach. Ulatniają się zawsze spokojnie (ten luz przy spacerku do Jasnej Góry!), a ludzie bardzo rzadko zgłaszają, nie będąc świadomi kto ich obrobił i że widać kto na miejskim monitoringu. Na jednym jesiennym nagraniu gdzie pobity pijak, też prawdopodobnie oni, pijany bronił się przed brutalnym rewidowaniem i został pobity i skopany. Figury pasują, twarzy nie widać....

Pisałam tu, do Teresy też od razu mówiłam, że wtedy przy gonitwie za panami nic nie myślałam, odruch, instynkt i już. Że udało się z zaskoczenia.  Na kazanie-gadanie-kwokowanie nie pomogło nic a nic.

Mam nadzieję że  ta górka na której odwaliłam szczupaczkowanie nie ma kamery, a jeśli kamera jest, to bez znajomości dokładnego miejsca i czasu zdarzenia osobie monitorującej nie będzie się chciało szukać. Gdyby się dało tak samej, bez konsekwencji w postaci opieprzu (który dziś przecież solidnie zaliczyłam), zobaczyć zajście. Jednego jestem ciekawa, wiem co działo  się ze mną, wyrzuciło mnie po prostu nad kierownicę, cudem puszczoną, więc od pierwszej sekundy lecieliśmy oddzielnie, ja płaskim szczupakiem a rower to nie wiem. Jak on leciał? Dlaczego tak dziwnie poskręcany tuż za mną? 

W sumie nieważne. Ważne że się udało, a znowu nie boli aż tak jak przy poprzednim locie. 

Bo to mój trzeci lot z roweru.

Pierwszy i drugi były na Ukrainie, marka rowera taka, radzieckiego rowera. Rowera czy roweru? Nikomu się wtedy nie śniło  że może istnieć państwo Ukraina. 

To był rower w zamierzeniu rodzinny, kupiony w Bratysławie przez Łojca. On zawsze za swoją  kasę  chciał solidości, ale jak najtaniej. Były inne, trochę droższe, dużo lżejsze w budowie i w wadze. Moja Mama protestowała mówiąc że jak rower ma służyć wszystkim to nie ten, dla niej za ciężki. Dała kasę wskazując inny, miał go kupić i przywieźć przy jeździe do domu, wtedy wracałyśmy bez Łojca.  Owszem, kupił rower, przyjechał, przywiózł rower. Ukrainę, bo taki tani i solidny. Mama przejechała dziesięć metrów i powiedziała:

- NIE.  Oddaj to co dostałeś na ten inny. Ten zabierz. Nie da się na nim jeździć.

Skończyło się na tym  że jeździłam ja, klnąc i kapiąc litrami potu. Innego roweru nie było.

Budowali wtedy promenadę Niemena, spacerowy asfaltowy trakt po tych czterdziestu latach dziś  jest na nowo rozbabrany. Tyle że teraz rozbabrany remontem modernizacyjnym idącym od początku, wtedy nowiutki asfalt sięgał prawie do samego końca promenady. Prawie. Promenada Niemena ma bez trzystu metrow dwa kilometry, nie było jeszcze może dwustu metrow asfaltu. Ten koniec asfaltu był  jak ucięty, tuż za asfaltem dopiero zasypywany dół po wybieraniu żwiru. Też zjazd z górki, tylko że wtedy dół i koniec asfaltu widziałam od samej prawie chwili zjazdu ze szczytu górki, z jednej strony (tej od której wjeżdżałam), baaardzo łagodnej, a od szczytu już nie łagodnej. Dałam ostro po hamulcach, całkowicie w porę. To była Ukraina, klunkier. Cholernie ciężki pod każdym względem. Szybki, owszem, ale prościej było go prowadzić pod ciut mniej łagodne wzniesienia, przy zjazdach natomiast  szatan nie kogut, rozpędzał się w momencie tak że ferrari by dogonił.  Hamować należało przy byle spadku trasy, bo ten rozpęd....

Gwinty i śruby w nim wiecznie się rozkręcały. Ni z tego ni z owego, a to siodełko przekręcone pod tyłkiem, a to obrotowa kierownica. Bagażnik był  nie do opanowania, jego zatrzask  też był na pokrętło z jakąś  sprężyną. I albo wypuścił  podczas jazdy spod siebie trzymaną rzecz, albo chciał uciąć rękę  przy obsłudze. Co trzymał nie miało znaczenia, mógł nic nie trzymać i fiksować kłapiąc zatrzaskiem.

Rower był klunrem. Solidny inaczej, jednym bardziej zrozumiałym zwrotem określając.

A poleciałam, bo radzieckie spawanie przy tym akurat hamowaniu też okazało się solidne inaczej, urwały się oba mocowania tylnego koła. Jednocześnie i absolutnie znienacka przy naciśnięciu hamulca. Wywinęłam salto widząc jak rower jedzie nadal,  zgrzytając ramą bez tylnego koła o nowy asfalt. Samodzielne koło popruło w dół, do samego żwirowego wyrobiska, wyskoczyło z niego i dopiero  przy tym wyskoku przekręciło się tak, że legło.  Oba elementy mnie minęły, nieruchomiejąc daaaleko w dole. Jakimś cudem wylądowałam  jak akrobata, na stopach, podpierając się rękami. Nic mi się nie stało, zero obrażeń, żadnych boloków.

Rower wymagał natomiast spawania. A przedtem trzeba było i koło i zdezelowany pojazd jakoś do domu i tego spawania dostarczyć. Z racji tego że  był klunkrem, to jego transport nadrobił doskonale brak uszkodzeń przy locie.

Ale został pospawany, na złe gwintowania spawacz też pomógł,  dał w te gwintowane miejsca jakąś cienką błonę i rower się nie rozkręcał. No to jeździłam. 

Do czasu drugiego lotu.  Znów promenada , znów  ten sam cel (tfudzialka), dwa miesiace później. I ta sama górka, z asfaltem położonym na zasypanym dole. Tym razem nie hamowałam, bo po co? Zdążę przed laskiem i końcem drogi. 

Taa. Drugie latanie było skutkiem wkręcenia się w łańcuch i w piastę koła wiezionej na bagażniku ukochanej chusty. Rower tym razem poleciał ze mną, po salcie zrobionym łącznie puszczony wylądował tak, że poszło zawieszenie przedniego koła.  Ja po salcie już bez roweru wylądowałam szczupakiem przed rowerem. Na płasko, i było szorowanie. Instynkt musiał zadziałać, koniecznie nie chciałam lądować na Ukrainie i udało się. Tyle że wtedy, o matko. Odebrało mi oddech. Zero nóżką, zero rączką. Krwawo od szorowania po asfalcie. Goły poraniony przód. Przedramiona. Czoło też ucierpiało, musiałam nim walnąć, guz był taki z dużych.  Nikogo wokół. Bezludzie, co nie do uwierzenia skoro tam teraz bardzo ludna dzielnica obok. Bardzo długo się zbierałam. 

A tu gruchot z czarnymi strzępami chusty. Oddzielnie gdzieś tam scentrowane koło. Tym razem nie czułam się na siłach by targać grata. Wystarczająco mi dokopało wyrywanie z niego pociętego chustowego skarbu.

Bo tak, ja już wtedy  byłam chustowo-szalowa. Chusta była z czarnej włóczki do której dodano metaliczną srebrno-złotą nić. Wielka, trójkątna, dwustronna, cienka, mięciutka i mocno frędzlasta. Wtedy letnie łaszki nie ochroniły, październikowy upał spowodował że nikt nie myślał o dżinsach czy sweterkach, chusta była wożona bo wieczory, bo ranki, Dłuuugo żałowałam utraty cuda, dużo szybciej zaleczyły się moje obrażenia. Wtedy chusta poratowała po raz ostatni, pozwoliła dokustykać do domu bez straszenia krwawym ciałem. Ciało ucierpiało, pewnie, mogło się skończyć dużo gorzej, ale lat trzeba było żeby w końcu zniknęły ślady po szorowaniu asfaltu. I tygodni by zniknął z czoła nabity guz. Po Ukrainę został wysłany Łojciec, i szczerze pisząc  nie wiem z jakim efektem. Nigdy więcej jej na oczy nie widziałam, pytał się co prawda o adres spawacza, ale nie wiem czy w sprawie klunkra.  

Rowery przestały mnie dotyczyć na ponad trzydzieści lat. 

No. Głowa przestała pulsować. Będę żyć. 

Dlaczego teraz jeżdżę na rowerze będzie nie teraz. Kiedyś tam.  

Teraz to kwitną złotokapy i wisarie. Zauważ Czytaczu. Co prawda te foty to ofertowo-handlowe, ale rozpoznasz w naturze, mogą zachwycić. Mnie zachwycają. 

Pisała R.R.




Ps bardzo niechciany. 
Patrz na komentarz Małgosi zapapilotowanej i na moją odpowiedź. Nie chce mi się bardzo ponownie wypisywać tego co tam napisałam.

Za to dodam coś w temacie rzucania się na asfalt z okrzykiem JUHU!!! Oraz uporu w uprawianiu życia.

Mamy na ogół wyjątkowo krótką pamięć nawet przy wyjątkowych ogólnie  dniach, które nam osobiście  nie dały się we znaki. Pamiętasz Czytaczu, był w tym roku taki zimowy poniedziałek gdy wszystkie  media ostrzegały że ślisko. Słusznie ostrzegały, padły rekordy w ilości kontuzji i  złamań, a że jest cholernie ślisko to dało się zauważyć po pierwszym zrobionym kroku, no góra po dwóch krokach. Poniedziałek, punkt, ludzie. Przyszli wszyscy, ale to wszyscy z niesprawnościami ruchowymi. Szwedki, łaski, chodziki, wózki. W normalne nieśliskie dni pojawia się ich pół lub jedna trzecia, nigdy wszyscy. Pytam dlaczego, przecież tak cholernie niebezpiecznie i dla sprawnych nóg. Milczenie. Zakłopotany pan Franio, drapie się w zadumie po głowie ręką uwolnioną z uchwytu kuli. Z zaklopotaniem mówi. 

- Trochę dreszczyku nie zaszkodzi. Adrenalinki.

Nikt z nich się nie uszkodził bardziej. Uszkodził się  za to w pełni sprawny ruchowo do tej pory pan Staszek. Operacja, długie składanie potrzaskanej miednicy, niepewność czy kiedykolwiek będzie chodził. Po tych kilku miesiącach chodzi, jest w stanie poruszać się o chodziku, drobniutki kroczek za drobniutkim kroczkiem. 
Nie przewidzisz Czytaczu.

A mojemu aniołowi stróżowi i tak uważam że należy się flacha. Dużo gwiazdkowy koniak lub sześćdziesięcioletnia whisky.




niedziela, 17 maja 2026

Notatka 569 obchód ksiegarni. Empik.

Nie wiem jak do ciężkiej zgryzoty mam zilustrować tego posta. Blogger widzi mi jako najnowsze nieliczne cykanki z dziesiątego maja. A mamy który? No właśnie. Kombinacje. Cykanki w album, wołamy album i wklejamy co jest. Ale tu też prosto nie ma, potrzebne czystki by zechciał taki albumik zobaczyć, na otwarcie czeka się  długo,  no i już wiem że może zawierać maksimum sześć cykanek. Jak więcej to kicha, jeśli taki albumik otworzy to widzi z niego pół zamieszczonych cykanek. A może go wcale nie otworzyć. Syzyf miał łatwo.


Post jest efektem wędrówek po rozmaitych księgarniach. Jednym antykwariacie, empiku, Dedalusie, Świecie książki, Ptasich sprawkach. Ominięte jak na razie księgarnia dla biegaczy, inne antykwariaty i punkty podobne Dedalusowi. 

Empik.


Pierwsza pozycja cykankowa to autor który mnie kiedyś zachwycił. Czym? Prostym bezpośrednim językiem, tym że nie robi za wszechwiedzący autorytet rozróżniając co wiemy na pewno, a co ma tylko postawioną hipotezę. Temat książki  nie był dla mnie nowy, ale przedstawiony tak, że ochy i achy się mi wyrywały, bo podłożone pod nos tezy zebrane łącznie wyjaśnialy więcej niż wszystkie przeczytane wcześniej pozycje. A parę ich było.  Tak odbierałam nowego dla mnie autora. Link.


No cóż, po przekartkowaniu i podczytaniu obszernych fragmentów  ("przepraszam panią, tu nie czytelnia") stwierdzam, że to się nie zmieniło, nadal prosto, może nawet za łopatologicznie dla co niektórych pisze. Dla mnie to zaletą, wolę prostotę wypowiedzi. Za krótka niestety była to lektura, ale i tak brewka mi podskoczyła w górę z tytułu zaskoczki. Więc książka pod obserwacją. Nie  kupię jej jednak, wypożyczę. Bo. Patrz komentarze do posta Czytaczu.

Ale pogoniona z racji podczytywania wcale sobie z Empiku nie poszłam. Nowa seria o zwierzakach. Taka bardziej dla tych świeżo zainteresowanych fauną, ale może być interesujaca, przyznaję. Otwarta książka o głupich robakach akurat na pająku bagniku, przeczytane o nim i zaczęłam się rozglądać czy nie ma tego więcej. Są. Najpierw ta o owadach. 






I tu jest wielka krzywda Czytaczu,  tekst po opublikowaniu posta robi się nieczytelny.
Ja na własnym srajtfonie przeczytam bez problemu, Ty Czytaczu już niekoniecznie.  Jeden robak znany, nieliczne domy go nie gościły, drugi to potencjalny młot na wędkarzy bo jego opis daje informację taką,  że kilkudniowy kac po wędkowaniu połączony z biegunką i wymiotami, to nie kac. To skutek ukąszenia przez bagnika. 


Potem ta o ptakach. 








Przegląd  poważny powyższej, i niestety, dziwa te książki opowiadają, ale po pierwsze wcale nie o wszystkich ptakach Polski, po drugie. Te przekręcania nazw, czy autor naprawdę musi? Jakby same nazwy ptaków nie były wystarczająco dziwne. Drozd ma taryfę ulgową, inne nie. Przy owadach zaakceptowałam manierę, przy ptakach zaczęło uwierać.
Brak mi przy ptakach jeszcze czegoś, na końcu nie ma porządnego indeksu, ciężko znaleźć poszukiwanego stwora. 
Ale  jest jeszcze taka.






Tu już zarzuty mimo wszystko większe. Opis  dzika, ten co go nie widzisz, to licentia poetica autora, popłynął.  Z tekstu wiesz drogą wysnuwania wniosków, że
- coraz cześciej goszczą w miastach,
- są wszystkożerne, 
- samce potrafią  byc ponad dwukrotnie cięższe od samic, oni 320 kg, one 140 kg. Tak może być. 
Wszystko powtórzone na prawej stronicy.
Tam ponadto informacja ze 
- długość ciała od 90 cm do 160 cm.
Że wiosną i wczesnym latem są warchlaki (czyli młode), że jesienią intensywnie żrą gromadząc na zimę warstwę tłuszczu. Najlepiej omijać zawsze,  a już na pewno w okresie wiosenno- wczesnoletnim, gdy w stadzie są warchlaki. Nie karmić, nie oswajać. 

Niedosyt Czytaczu. Ale patrząc obiektywnie, to jest książka zawierająca w sobie wiedzę o rybach, ptakach, gadach, ssakach z podziałem na środowiska, dla początkujących. 

Są  też domowe stworki. Czy ten opis ukochanych pasuje?








Ufff. Co mnie podkusiło!!!! No trudno, już tyle z mozołem, że szkoda rzucić, popcham dalej. 


Ogólnie to te książki tak ładne, że przyjemnie popatrzeć, potrzymać, poczytać w końcu. Uwierz Czytaczu, te teksty na plamach to autorski wymysł srajtfona i programu do obrobki cykanek. Musiałam wyostrzać w nieskończoność byś mógł poczytać na brudnym tle to co w książkach na śnieżnej bieli. Co do treści serii, to da się znieść manierę pisania, jest konsekwencją słowa "głupie" w tytułach. Dla początkujących w zwierzoznawstwie jak najbardziej polecam.

I jeszcze takie ładne.



Kamil Janicki pisał, co samo w sobie może być rekomendacją, wziąwszy pod uwagę jak i co mówi w necie. Przejrzałam tę o Słowianach, za krótko, ale może  dopadnę w bibliotece. Ważne że przegląd  nie wykrył śladu Księstwa czy Cesarstwa Wielkiej Lechii, to już cenne. Dobry język, czego należało się spodziewać.

Tu już gościu od "przepraszam panią, tu nie czytelnia" zaczął  robić numer rekini, krążąc obok mnie z denerwującą częstotliwością. 

Więc chodu. Nie lubimy rekinów. 
Ale jeszcze złośliwie zcykałam regały do przeglądu przy następnej wizycie. A co. 







Dlaczego takie akurat książki? Gdzie fantastyka, kryminał, obyczajówka? 

Tam gdzie zawsze. Wizyta w Empiku była spowodowana chęcią zakupu mądrego przewodnika po roślinach rodzimych, brak mi takiego. Owszem, mam potworne tomiszcza z tytułami np. "Rośliny naczyniowe Polski", ale one nieporęczne z racji rozmiarów zbliżonych do połówki bloczka ytong, wagi na pewno większej. 

Nie bylo jej na regale który powinien tę szukaną książeczkę zawierać. Misz-masz zniechęcający ten regał. Co prawda dziwa na nim, obok książek o robótkach, hodowli gołębia domowego i budowie kominka, takie np.





Za to ten obok, z Panem Harari na czele....
No i pooszło oglądanie. Gdyby nie rekini ekspedient, pewnie byłoby więcej o treści widzianych.  Może  jeszcze inny regał.

Wizyty w książkowych sklepach, bo strasznie, ale to strasznie już mnie ciągnie do kupna książek, wbrew finansowym nosorożcom. A tu jeszcze nie, jeszcze dłuuugo nie będzie to mądre,  więc sobie oglądam. Na zaś. 

Ale gdyby był poręczny i niedrogi przewodnik po roślinach... Mógłby być drukowany maczkiem, mam poręczną lupę.

Ufffff. Syzyf naprawdę miał prosto.
Nara Czytaczu.


piątek, 15 maja 2026

Notatka 568 uckruje się? Rąbnięty piątek i poduszki.



WIELĘŻ LAT TRZEBA CZEKAĆ 

NIM SIĘ PRZEDMIOT ŚWIEŻY

JAK FIGA UCUKRUJE, JAK TYTUŃ ULEŻY?

Blogger. Naprawiają, poprawiają i wciąż cóś nie tak.

Zależało mi oczywiście najbardziej na cykankach paczuni od Kocurro, całej akcji rozładowawczej i potem dokumentacji rozładowanego leżakującego na garażówce. Cykanki z rozładunku policzyłam, czterdzieści chyba z czego trzy w żadnym razie nie do pokazania, przy garażówkowych ręce mi opadły. 

Nie widzi dzisiejszych, będących kontynuacją takich sprzed tygodnia, tamtych też nie widzi.

Trochę się udało podstępem, te dotychczas zamieszczane ładowałam w dla nich zakładane albumy i przy wczytywaniu wołałam  najpierw album. Wywołany coś tam zawierał, fragment zawartości rzeczywitej, ale czapa, album dla cykanek dzisiejszych nie istnieje dla bloggera, przynajmniej na razie. Ten sprzed tygodnia, to owszem, jest i ma w sobie dwie!!!! cykanki. Z czego jedna nie dotyczy planowanego postu. Co jakiś czas sprawdzałam, czy może coś. Nic. Więc kombinuję, bo może zbyt załadowana pamięć, może jeszcze raz założyć nowy album dla tych cykanek pożądanych. Nie. To obciąży pamięć.

Z rozpaczy, bo nawet zcykanego miesiac temu ekstremum poduszkowego nie ma dla bloggera, zaczęłam kombinować czy zcykane monstrum ma swój wtórnik w necie. Jakąś ofertę handlową czy cóś. Nie ma. A zcykałam dziwo, gigantyczną poduszkę-puf, byla tak dziwna że poprosiłam niosącego ją do samochodu  o sesję na asfalcie. Jedno cykanie samego dziwa, drugie z włascicielem. Chyba zadowolonym z sesji. 

No i masz, blogger cykanek nie widzi. Stąd tego posta zdobią handlowe foty dziwnych poduszek. Pupile na początku, to ok, potem bywa gorzej. Ale wszystko to są poduszki, każdą możesz kupić. 




Kawał czasu mnie nie było w necie. 
Do końca nie wiem czy chcę być. To nie kokieteria, to rzeczywista wątpliwość gryząca zwoje. 

Przejrzałam tę swoją pisaninę, i stwierdzam że podstawowe wątki się wciąż snują.  Mimo upływu czasu, zmiany okolicznosci towarzyszących, one są. Milusie lub nie.

Nie piszę tu o milusieństwach dla których jednak teraz piszę, te minusy, ujemne jak najbardziej, milusieństwa trują.

Problemy techniczne. Są wciąż lajtmotiwem, Mój sprzęt, nigdy do końca bezproblemowy. Strach się bać, czy ten kiedyś planowany następny nie pójdzie w ślady poprzedników. I jak pójdzie.  

A szczerze pisząc, teraz jest ok, roczna zmora przemocowego pisania na razie se poszła, i myślę że może to szczęście wykorzystam póki trwa.  


Tak sobie pomyślałam  po huśtawkowym wtorku. 

No ale. 

To w czym piszę, czyli blogger,  też rzadko kiedy bezproblemowy. Teraz nie widzi mi większości zrobionych cykanek. Nie pokazuje świeżo opublikowanych postów na zaprzyjaźnionych blogach. Nie da rady czytając przedostatnio opublikowany tekst wrócić do najnowszego. Zawsze z nim cóś. 


Cykanki, no rany. Krzywda. Nieliczne dostępne własne. A cudze, choćby teraz te dziwne poduszki, wiążą się z niechcianym spamem ofert atakujących. Temu, chociażby ono. Amazon, Etsy, Allegro. Pintecośtam, przez nastepny rok będzie mnie atakował obrazkami poduszek. Jakby mało było portretów pralek. 

Możliwe że obwinianie bloggera niesłuszne.... Może to srajtfon. Ale i tak oba paskudy.

Tematyka. Miał być notatnik.. Futra, widziane i zrobione,  przeczytane książki, sluchane i oglądane, od czasu do czasu opis dnia, albo przeciętnego, albo czymś się wyróżniającego.  i tak,  to dla mnie ma sens. Notatnik. Nie pamiętnik. Ze szczegółowszymi przedstawieniami tego, co wg. mojego oglądu świata jest interesujące. Dla mnie interesujące, ale czy dla czytających? Hm. Cieszę się że mnie czytają, ale niech się  nie spodziewają cudów,  nic  na temat galwanotechniki nie będzie, newer i za skarby świata.   Galwanotechnika niech będzie symbolem tego, czego się Czytacze u mnie nie doczekają. Bo się na niej nie znam i znać nie chcę. Zero galwanotechniki. 



Ale oprócz tematyki, która, no nie ma bata, musi dotyczyć tego czego dotykam, upodobaniem, myślą i życiem, jest jeszcze stan w którym piszę. 

Pani d. Bo jak sobie poczytałam własne wypociny, to wyszło mi że ta cholerna stalkerka od początku gdzieś za rogiem była. Czaiła się ukryta pod zmęczeniem, prawie stałym stanem w którym pisałam i piszę. Racjonalny powód jest, z reguły pisałam gdy już nie miałam siły  na bardziej wyczerpujące zajęcia i nic dziwnego że w pisaniu tak dużo o nim. I o jakichś zawirowaniach zdrowotnych też wymuszających twarde siedzenie na czterech literach. 

Jeśli chodzi o dobre, ok, bywa że się udaje.. Tyle że te wątki  nic nowego w netowy swiat nie wnoszą.  

Gdy szukałam pralni, ratunku na zafoliowane Himalaje brudów,  nie znalazłam żadnego wpisu podobnego mojemu. Ale czy jeśli ktoś też będzie szukał, to czy net moj post pokaże za sponsorowanymi linkami? Bardzo wątpliwe, bardzo. W blogu jest parę postów będących efektem głównie rycia w necie, za czymś co mnie zainteresowało. Jacyś artyści, jakieś herbaty czy kamienie. Raz złapany koniuszek kolorowej nici, i zwijamy kłębuszek różowej mijając meandry i kotłowaniny innych kolorów. Przy tym zwijaniu czasem nasza zwijanina okazuje się być jednym z kilkuset różowych zwitków,  czasem krótki przyczepiony pomarańczowy kawałek  ciągnie za sobą monstrum różowej odmiennej w odcieniu plątaniny, zupełnie nie znanej i nie spodziewanej. Dla mnie takiej, bo ogół może zna. No nic, mogę sobie tłumaczyć że mój zwitek, to jakby inny, równiejszy lub krzywszy kłębuszek, ale nie ma złudzeń, ŻADNYCH NOWYCH AMERYK ten blog nie odkrywa.

Taaak, ten gigantyczny pet to też poduszka

A to co piszę, to o zdarzeniach codziennych, to cholera ostatnio takie, że z boku patrząc to mało prawdopodobne. Dzisiejszy piątek choćby, Wariactwo. Weryfikujące  moje stwierdzenie z wcześniejszego posta że srajtfon zadbany. Już nie jest taki i nigdy nie będzie, taki  cacy z wyglądu zewnętrznego. Piszę, więc działa i to działa nadal tak jak po niedawnym wskrzeszeniu, ale czy mu tak zostanie? Ekran z resztą kumplują sie za pomoca nikłych drucików. 

Proszę bardzo Czytaczu, wyciąg z dnia.

PIĄTEK 

Ranek nie zapowiadał że będą kiksy. Ze mną kiksy. Zwykłota. Do punku co prawda wiezione w sakwach zgarnięte z wystawki dobra, ale to też zwykłota. Tym razem była potworna pięciokilogramowa paka szczelnie i fabrycznie zafoliowanego spaghetti oraz równie duża i tak samo zafoliowana paka ryżu. Zgarnęłam z wystawki,  bo jedna z dziewczyn ma nadmiar psów, skarmi dobrem sforę. Bo zdarza się Czytaczu, że na wystawkach obok rzeczy niejadalnych są i takie mniej niejadalne. Zdarza się. W pakach przy rowerze woziłam jedno i drugie. I będę wozić. Drobne kuchenne plastikowe i nieplastikowe utensylia, duraleksy, buty, spodnie, szczelnie i fabrycznie zamknięte paczki pampersów dla dorosłych, torbiszcza pustych czystych słoików z nakrętkami, bo bank żywności potrafi dać dziesięciolitrowe sosy pomidorowe czy sałatki. Na przyklad takie niejadalne.

Z jadalnych bardziej trafia się alkohol (dobrze czytasz Czytaczu, ajekroniakiem mogłabym balsamować, moijto sprezentowane wielbicielowi osłupiło go na długo, takie drogie i eksluzywne.  To pewnie dlatego że ja piję śladowo,  dlatego znajduję), makarony i kaszo-ryże, raz potworna siata owsa, innym razem wyrzucone przez głupi spożywczak główki kapusty. Jak najbardziej całe i zdrowe, nie skażone ani zgnilizną, ani robakami. Wiejskie kapusty pachnące w przeciwieństwie do marketowych sobą, możliwe że przez zapach wyleciały,  innego powodu nie widziałam. Raz wielka zgrzewka małych puszek z datą przydatności upływającą za rok z kawałem, a w puszeczkach pasta-mazidło z jadalnych kasztanów. Zgrzewka pesto. Takie cuda. 

Czy to co piszę o ratowanych przeze mnie dobrach jeszcze wydaje Ci się prawdopodobne?  Przy wożeniu kapust nie miałam jeszcze na rowerze sakw, więc wytęż wyobraźnię Czytaczu, na wąskim bagażniczku wiozłam upiornie ciężki wór,  który z łatwością tracił równowagę. Spodnie były męskie, w trzech rozmiarach, nówki z metkami. Beżowe i khaki pół bardzo ładnych, klasycznych i pół tzw. wędkarskich, z masą kieszeni, dwadzieścia osiem sztuk łącznie. Ogólnie to dwa razy natrafiłam na stosy męskich nowych spodni, ten wcześniejszy był jednorozmiarowy na dużego chłopa, mocno różnorodny fasonami i kolorami i tez wszystkie sztuki nówki nieśmigane. Nadal prawdopodobne?

No dobra, dziś bylo spaghetti z ryżem, znalezione w czwartek przy wracaniu z punktu w masie pootwieranych i całych  produktów sypkich. Sole, cukry, pudełka z torebkami kasz, ryży, mąki rozmaite, makarony w mniejszych całych paczkach i otwarte wielkie torbiszcze makaronowych gniazdek. Które to produkty też ktoś zgarnie. 

Przy innym śmietniku nowe dziecięce gry, niektóre w foliach. Będą na garażówki, zgarnięte. Wczoraj.





Więc bylo do pewnego momentu zwyczajnie. Ludzie ci co są już zapisani, na blacie miseczka z monetami, pojemnik z żetonami,  przerwa w przychodzących, poszłam sobie zrobić kawę. Przy okazji telefon do Asi czy chce pasztety wege, bank żywności dał stos okropny a ona nadal bezmięsna. Chce, po punkcie podrzucę.

Normalnie było, a to co teraz opiszę zaczęło się dziać w tempie trudnym do oddania,  błyskawicznym, z moimi reakcjami zupełnie nie przemyślanymi. Zaskakującymi i mnie.  Nie za fajnie się  w związku z poniższym czuję, więc ta rozwlekłość  u góry, to konieczna dla mnie. Dla nabrania dystansu.



Wychodząc z kawą na salę,  słyszę  że Teresa włącza wrzask do znikajacych za drzwiami męskich pleców. 

- Niech się pan wróci!!!

I do mnie

- On coś zabrał z biurka!!!. 

Jeszcze nic nie widzę. Odstawiam kawę i odliczanie oczami: zeszyt jest, długopis też, pudełeczko z żetonami jest. Brak miseczki z pieniędzmi.

Cholera. 

Wylatuję jak furia przez drzwi, dwóch facetów  idzie bardzo nieśpiesznie i na luzie w górę ulicy, do Jasnej Góry. Gesty tego po prawej takie że musowo trzyma przed sobą miseczkę i w niej gmera. Mój bieg i za ich plecami wrzask:

ODDAWAJ GNOJU!!!

Zaskoczka. Nie spodziewali się. 

ODDAWAJ!!! TO NA JEDZENIE!!!

Gnój wybiera jeszcze parę monet, wyjmuję mu z łapy miseczkę. Z zaskoczenia,  też się nie spodziewał, poszło nadpodziewanie prosto. Nic nie wysypane. Odwracam się i już za sobą, gdy ten jeden-dwa kroki zrobione, słyszę

TAA, NA PIZDĘ PIZDO 

Jak się ciut później okaże zabrał dwadzieścia złotych z zebranych sześćdziesięciu. Wybierał dwuzłotówki.

To była dla mnie samej rzecz nieprawdopodobna, nie podejrzewałam siebie że jeszcze jestem zdolna do takich akcji.  Nie myślałam. Zero strachu, czysty wkurw.


Ale piątek w punkcie jeszcze trwa. Jeszcze długo mi adrenalina nie opada, tempo akcji temu nie sprzyja, segregowanie przywiezionych warzyw, wydawka, cały czas nabuzowanie jest. 

Po raz pierwszy w punkcie aż tak wybucham do ludzia w konsekwencji  głupiej uwagi ciołowatego byka na temat tego, że on by poleciał gdyby widział. Kurde, to Teresa, zaokularowana osiemdziesieciolatka, zauważyła że coś nie teges kątem oka, a była odwrócona do blatu plecami, a ten stał twarzą do miejsca akcji i nie zareagował, okularów nie nosi, ledwo przekroczona trzydziestka, metr dziewięćdziesiąt z hakiem, ze sto kilo wagi. Stał  jak cioł.

A ja sześciesiątka na karku, pięćdziesiąt pięć kilo, sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu do dwóch dużych i przed trzydziestką. Fantazja. 

BO TACY TO MOGĄ NOŻEM DZIABNĄĆ. 

Taka odpowiedź na zdziwienie że nie widział. 

Czyli widział i wolał nie widzieć. Cacuś. Ręce opadają. Bezradność u tego akurat cacusia zdaje się  że skalkulowana bardzo dokładnie. Co bezlitośnie wypomniane, opierdol cacusia słowem bardzo głośnym. 

Potem opierniczona Teresa, z innej okazji i bez wrzasku, opierniczony pan Miecio z racji prób żetonowo-kolejkowych. Trzepnięty po łapach bezżetonowiec, bo on jeszcze cytrynkę, o tę. Też opieprz....

Dziś po prostu nie było od akcji z miseczką grzecznej i ważącej słowa Romany. Komu się za bardzo już zebrało ten oberwał, łącznie z przypadkowo napatoczonym  w drodze z punktu królewiczem w potrzebie. Gość na oko w pełni sprawny, w wieku jak najbardziej produkcyjnym, a głodny podobno od tygodnia, nocuje na rozbabranym dworcu. Bułka z makiem i mały zabrany na powrót napój wetknięte w głodne ręce i wywiad. Wypytuję delikatnie, ale zaczyna mnie strzelać od odpowiedzi. 

On ma za dużo kultury żeby iść do ogrzewalni, oddać w automacie butelki i puszki, iść do karmiącej  placówki (wymieniona i moja), zebrać złom. Za dużo ma godności osobistej. Nie, wszystko to poniża. Więc mam dać na jedzenie i papierosy. Bom godna.

Uuuuu. Zła Romana zaszalała słownie. Miał szczęście że zdążył się posilić, ale łatwo trawić to nie potrawi. Nie było tym razem krzyku, ale co królewicz usłyszał to jego. 

Ciekawe że normalnie to cierpliwość do nawiedzających punkt królewiczy mam, a przy tym akurat mi strzeliła.  

A potem adrenalina opadła, jazda na rowerze do Asi zrobiła się taka jakby trudna, nerw na królewicza trwał,  obracane w głowie piatkowe dziwa-awantury nie pomagały. Zawsze się umawiamy po drodze, czy ona coś chcę ode mnie czy ja od niej. Ona idzie ze swojego końca miasta, ja jadę lub idę z miejsca w którym jestem. Czyli mój koniec miasta lub centrum, telefony koordynują. I dziś, po takiej koordynacji telefon upuszczony,  koordynacja ruchów była do dupy, rożek obudowy z tyłu i dołu nadpękniety, ekran pod zabezpieczającą folią porysowany w poziomie cienkimi liniami pęknięć. Z siedem tych linii. Takich krzywych.

Cud że działa jak działał, TFU,TFU, TFU. 

Piątek jeszcze trwa, mam nadzieję że już sensacji koniec. Dom. Futra. Posiłek. Mycie. Sen. Takie plany. 

I co, prawdopodobne? U grzecznej R.R.  Spokojnej od lat i z panią d spowalniającą reakcje? Co nawet w największych do tej pory nerwach raczej nie krzyczy na ludzi? Bo przy własnych futrach to tak, krzyczy i bywa że wrzeszczy, ale na ludzi od lat bardzo rzadko. A dziś głos podniesiony, przy niektórych akcjach do wrzasku. Hurt w pyszczeniu totalny, takiego dotąd nie miałam. 


Możliwe,  że dlatego była Romana wscieklica, że początek akcji w punkcie, który wymusza  szybkie zdecydowane działania i ogólnie wymaga wydawania  z siebie czytelnych komunikatów. No to było ekstremalnie, choć Czytaczu, ani razu nie padło z moich usteczek słowo co popularne bardzo w wulgaryzmach, te użyte to wątpię czy mieszczą się w pierwszej dziesiątce popularnych. Chyba nawet w pięćdziesiątce się  nie mieszczą.

Warto było pisać, warto bylo czytać? Ja sama tego nie wiem. Po cholerę w ogóle i szczególe. Niby utrwalenie, ale tyle można przez czas na pisaniu spędzony. Ten czas spędzony na czytaniu też można inaczej wykorzystać.

No nic, póki popękany i rozwarstwiony srajtfon działa, to coś tam będę skrobać. O ile mi nie pęknie cierpliwość do bloggera. Te cykanki!!!! 

Wytrzymaj Czytaczu. Albo nie wytrzymuj, wolna wola.

Na koniec znalezione przy okazji pokrowce do spania.





I kocyk.




A poduszki dlatego, że niewidzialna mini sesja fotograficzna dotyczy poduszki-pufa. O takim temacie.

Tylko że ta nie widziana przez bloggera dziwność jest z pluszu w kolorze pudrowym i przedstawia sobą ludzki tyłek w typie Jennifer Lopez,  z ludzkimi stópkami w wielkości pasującej do tyłka, rozmiar minimum 48. Średnica poduchy-pufa to około siedemdziesięciu centymetrów. Może trochę  więcej. Net niczym podobnym nie dysponuje, nie ma tak naturalistycznych.

No nic, jeszcze nie usuwam, może kiedyś blogger da pokazać. Nie żebym chciała gigantyczny tyłek zrobić bohaterem posta,  chciałam pokazać dziwo. Żebyś sobie sprawdził czy to co dziwne masz, naprawdę jest takie dziwne.

Pisała R.R. oczywiście że sflaczała i do niczego innego niezdatna. Taki piątek.

Ps. Sobota jest słaba. Nadal jestem flakiem. Nie służą mi ataki adrenaliny na organizm, oj nie służą. Poprawione literówki -pewnie nie wszystkie, kilka fot dodanych, trochę uściśleń (czy hurt, ile było transportów spodni, takie tam. Coby nie łgac mimowolnie)
 i kasowań tekstu i rzucam na razie srajtfona. Nara.

Ps2. Wiesz co Czytaczu? To pyszczenie do królewicza było w części zbędne. Gryzie, a nie odwrócę,

Owszem, wszystkie te piątkowe pyszczenia były samoobroną w jakimś sensie, i słuszność jakąś miały. Nie gryzą, W wypadku królewicza jednak, to  pojechałam dalej, bez sensu,  bo co, wszystko wiem? Będę rządzić cudzym życiem?  

No trudno. Niedziela jest, może znajdę w sobie siłę by w końcu ruszyć toboły z garażówki. Może.