Czytają

piątek, 29 maja 2026

Notatka 573 Blisko Jasnej Góry. Mineraly bardzo ozdobne.

Nie, nie zwariowałam  To dziwne coś pod spodem to powierzchnie dwóch głazów strzegących wejścia do sklepu. U góry labradoryt, nieszlifowany zębaty kamol, przypominający szpic kapelusza czarnoksiężnika kształtem, matowością powierzchni szkło obrobione przez morze. Na żywo widać jak jest perłowo urodny pod tą matowością, jak lekką tęczę chowa w sobie. 
Ten dolny pilnuje lewej strony wejścia i też jest samą urodnością, z lekka przejrzysty i szkliscie połyskliwy. Duże są dosyć, wysokości średniego i wysokiego stołka,  ale na labradorytowym szpicu raczej nie posiedzisz Czytaczu.



Nie, nie zwariowałam, dojście do sklepu jest takie, a ten sklep jest na zapleczowej stronie sąsiedniego.  Dojście to droga od bramy w głąb zapleczowego placu, a przy drodze rzeźby sprzedawane przez ten sąsiedni sklep. 

I Czytaczu, tak, one też są mineralne, ludzką rączką stworzone, w założeniu niezwykle ozdobne. Czyli pasują do notatki. Szczęka mi z lekka opadła przy poniższej kopii piety Michała Anioła. Ona wielkości takiej jak oryginał.
Nike z Samotraki już była mniejszym wstrząsem.







Tak. Zwariowałam.
Bo.
Ufff.
Trafiłam do miejsca dla zbieraczy minerałów. Nie dla takich co zbierają skrzętnie w miniaturowych plastikach centymetrowe kamyczki, tam kamienne pipciumy niewidoczne. Uwagę zwracają od razu solidne bryły, gdyby porównać je do owoców, to byłyby dyniami, kabaczkami, arbuzami, melonami, grejpfrutami,  mango, itd, aż do wiśni. A jagódki jeśli są, to nikną. 

Jaspis z przodu, dynia taka z 
już bardzo dużych,  za nim skrzyneczki z minerałowymi koralami. Za nimi regały, na których też piękne minerały, ale i drobiazgi w duchu fengshui i new age. Trochę Indii, trochę Chin.
Ten jaspis nie jest szczególnie olśniewajacy, i mimo że sklepem jestem zachwycona, to widzę że sprzedawane cuda nie są w ekstraklasie. Owszem, przyzwoity poziom urody, ale nie taki jak potrafią osiągnąć. 


Zwłaszcza prawa strona regału taka niemineralna.


Te kamole, tak podobne niestety na cykance do takich, którymi obecnie często wysypują np. tory miejskie, na żywo  już wcale nie są tak podobne. Wyrazistsze, ostrzejsze w błyskach, kolorach, konturach. To zrost, zlepek szlachetnych włókien  czarnego turmalinu z pręcikami/drucikami miki. Jeżeli widziane na żywo kamole można pomylić z innym minerałem, to prędzej z kwarcowym tygrysim okiem niż z kamieniami przy torach. Urodne są bardzo, błyszczą srebrem miki, lśnią jedwabistą czernią.  To kamole dość spore,  dziesieciolitrowe wiaderko jest mniej więcej wielkości tego po prawej stronie cykanki. 








Jedyna rzecz którą odważyłam się wziąć do ręki, cudo ammonitowe. Wielkością zbliżone do żółtego melona, łupina by pomieściła. Jedyna rzecz której znam cenę. 610,- PLN.

No nie, jeszcze miałam w ręce skałkę z gęsto upakowanymi kostkami pirytu. Waga zaskakująca, ręka w momencie mi chciala polecieć w dół. Ale na cenę nie popatrzyłam.


Trochę niemineralnej biżuterii. Już mi nie wypadało cykać, a  tu też cuda. Ze skóry, z piór, z drobnych koralików. 


Powiem Ci Czytaczu, że sklep wcale nie jest jakimś ogromem, a kamiennej urody zawiera tyle że starczyłoby na kilka godzin oglądania. 
I za jakiś czas go znów nawiedzę. Tym razem poczucie jakiego takiego taktu, kazało mi przestać się gapić, przestać cykać, pożegnać się bardzo grzecznie i wyjść. A ułamek cudów zcykałam, jeszcze kilka zatchnięć pewnie by mnie zaskoczyło. 


A tu widać do plecków jakiego sklepu przyczepiony. Wnętrza tego na białym opisanego nie znam. Wystarczy mi na razie zapleczowy pokaz rzeźb. 

I Czytaczu. To pierwsza wizyta w tym mineralnym raju, mimo że szyld widziałam dawno. Tyle że nie składało się, pora dnia, brama była przymknięta, no i co tu ściemniać, nie jestem targetem dla sąsiedniego sklepu.
I jeszcze lokalizacja. Rynek Wieluński, Północna jego pierzeja, za plecami niewielkiego neogotyckiego kościółka.

Cykanki są zamieszczone WSZYSTKIE, a notatka sklecona pospiesznie ze zdziwienia że Blogger je zobaczył.  Widzi prawie wszystkie zrobione w dniu 27.05.2026. Prawie wszystkie. 

Nie wiem czy to trwałe szczęście i dlaczego tak, ale wysypuję to co się da wysypać. Wszystko z okrężnego wycieczkowego powrotu do domu, z zabłądzeniem w lisinieckim parku był to powrót, ze zdziwieniem że okolica tak się zmieniła. Z wyjazdem na miasto w miejscu niespodziewanym. Cykanki, hmmm, żebym to wiedziała że akurat z tego dnia blogger je zauważy.... 

Nie może mieć to chyba nic wspólnego z faktem że był to dzień Samorządu Terytorialnego, branżowy dzień diagnosty laboratoryjnego?  Ani narodowy dzień kremów przeciwsłonecznych?

Chyba.











Nara, Czytaczu.

No i cud cykankowo bloggerowy był jednodniowy i to czego bloger nie widział nadal niewidzialne. Kościółeczek za którym sklepy, no ech,  fota z netu.






A z dzisiejszego cykania tylko kaczuszki. Jest pięć kaczych maluszków, bardzo grzecznie podążających za mamą po trawie, tak dziś rano je zobaczyłam, rowniutki sznureczek kaczątek kroczących równiej niż żołnierze. Ale w wodzie, ach dokazują jak przedszkolaki, kręcąc radosne młynki, goniąc się beztrosko, podejmując próby nurkowania pod rodzeństwem. A mama pilnuje. Cykanki z drogi do punktu, tylko trzy, a zcykane o wieeele więcej.



środa, 27 maja 2026

Notatka 572 Ryszarda musiała



Piątek,  sobota, niedziela. Były. Poniedziałek i wtorek też.

W niedzielę było duszno i tropikalnie, szklarniowo wręcz, a przecież to jeszcze nie lato. Tak było, że jeśli  niedziela zwiastunem letniej pogody, to strach się bać. Lata. Zalegałam z futrami, żałując że Jacuś koniecznie musi zalegać przy moim ciele i że temu ciału  jednak niewygodnie byłoby zalegać na chłodnej podłodze obok Felusia. Rysia też zalegała,  jak zwykle na wysokości.  Ruszyliśmy się solidniej dopiero gdy soczysty obfity deszcz pod wieczór spłukał szklarniową  duchotę i senność. Motorki w tyłkach, otrzeźwienie i wszystko naraz. Ruchy, ruchy, wytoaletować się, ogarnąć, pędem dawać jeść i samej jeść. Tylko Rysi nie otrzeźwiło. Jak sobie leżała przed deszczem, tak i po. 

Zlekceważyłam, pamiętając jak wściekle aktywnie kicia spędziła znaczną część sobotnio-niedzielnej nocy. Ma prawo odsypiać. 

Bo Czytaczu, pamiętasz że ona zawodowo uprawia hokej wielokrążkowy? No i sobie pouprawiała, tyle że tym razem w roli krążków wystąpiły  nie leciutkie piłeczki, papierki czy drobne zabaweczki i śmietki, a cztery solidne cebule, trzy czerwone i jedna czosnkowa. Uparła się na nie, zbierane wytaczała z koszyka, za drugim zbieraniem nawet nie czekała aż wszystkie w nim będą, czerwoną z zielonym szpicem szczypioru wytrąciła mi z ręki.  No trudno, sąsiedzi z dołu wyjechani, blok i tak wibruje od niskich tonów, niech ma bawidło, cebulom nic nie będzie. Nic dziwnego że zalega, przy jej zwykłych krążkach do hokeja te cebule to tak jak piłki treningowe przy zwykłych.

Niepokój tknął mnie późnym wieczorem, w nocy panika, w poniedziałek rano wet. Coś nie tak. 

Wieczorem zdejmuję z ambony. Syczenie, bardzo była niechętna zmianie lokalizacji, nigdy w życiu nawet pazurka czy ząbka na mnie nie wyciągnęła, syczeć syczy gdy wg. niej krzywdzę. Braniem na rączki?! No co jest? A może zjadła jakąś łupinę, jedna cebula ma ułamany szpic szczypioru, zjadła?! Przecież kotom nie wolno! Podstawiam miseczki, nic. Zero reakcji, a przecież to wołoduch.

Trudno, macany brzuszek, zwykły i pozwala na dotyk. No napiła się. Kuweta? Nie. To nie.

Śpi tam gdzie  zostawiłam, na stołeczku. Stawiam na tapczanie. Kładzie się natychmiast, burcząc. Kota Ryszarda IV Waza nie chce wstać, nic jej nie obchodzi kuweta, picie, jedzenie. Syk przy braniu na ręce, postawiona natychmiast się kładzie na boku, równie chętnie na prawym jak lewym. Byle nie stać, kocia uparcie wywrotna.  Omacane łapki, brzuszek, wszystko ok.

Ale nie chce wstać. Już niedługo do poniedziałku, rano do weta zamiast do punktu.

Transporterek, ulica, tramwaj, wet - wszystko witane z obojętnością, i Czytaczu, tak to jeszcze nie było. Najbardziej chore z futerek reagowały, bały się wyrażając swój dyskomfort miaukiem choćby,  a Rysiunia nie. Przez tę obojętność kiciuni to mój zawał na miejscu o mało co, im dłużej Rysia była samą obojętnością tym bardziej mnie ogarniała panika. Taką to mnie wetowie do tej pory nie widzieli, jaskrawy  kontrast z kocią pacjentką. 

Powtórnie omacana u weta, solidniej i bardziej fachowo, zbadana temperatura, krew w podstawowym zakresie, pyszczek, no i niby wszystko dobrze, a się pokłada. Zginane i prostowane łapki zabiera bardzo stanowczo, ale tak jakbyśmy byli drobną niedogodnością, obojętnie. Apatia. 

Mówię że maleńki Feluś też miał podobnie, niedobite robale zaatakowały układ nerwowy, przestał chodzić.  Nie, raczej nie. Co możliwe u kota wychodzącego z bezdomności  to niemożliwe u niewychodzacego domowego od dzieciństwa. Ale Rysia dostaje maź do pyszczka, ja strzykawkę z mazią dla pozostałych futer. 

Obserwować, strzał przeciwbólowy/antyzapalny, taki długoterminowy, nawadniający wlew podskórny i obserwować. Telefon gdy coś się zmieni nawet po zamknięciu lecznicy, prywatny numer dostałam.

Po wecie Rysia zasnęła na trzy godziny, tak do nieprzytomności, wyjmowałam z transporterka samą ospałą bezwładność.  Też budząc mój strach tym snem, bo tak to żaden kot nie zasnął mi nigdy po po wecie, w drodze od.  Jacuś maluszek zasnął,  bo był intensywnie bujany, ale jednak zwyczajnie a nie tak do bezwładu. No nic, śpi to niech śpi. Ale niewiele brakowało żebym się do weta wróciła, nerwowo cóś mi było gdy spała. 

Po obudzeniu inny kot, kot co ma potrzebę skorzystania z kuwety, picia, jedzenia. Do mnie się poprzymilała, upominając się o dokładkę, dojadła. Po czym poszła do Felusia na tapczan i odwaliła toaletę, swoją i felusiowych uszek.  

Ufff. Odetchnęłam. Wet chyba też. Zastrzyk jest dwudobowy, gdyby w środę rano się pogorszyło zaprasza, ale wydaje się że może to nie być potrzebne. 

Musiała wcale nie spać, trwając w bolesnym bezruchu i dopiero moc zastrzyku pozwoliła naprawdę zasnąć. 

Musiała sobie nadwyrężyć łapki, może przy którymś skoku z ulubionych meblowych turni, może wcześniej cebulowym hokejem. 

Tak myślę, bo teraz Rysia chodzi, Rysia nawet delikatnie skacze, nawet wdrapuje się na niższe wyżyny,  ale ten ruch w porównaniu do tego sprzed nieruchawości, to jak samochód osobowy przy wyścigowym i jak auto niedzielnego kierowcy przy miejskim autobusie. Ale przyspiesza, i zanosi się że znów będę miała kocie ferrari intensywnie kursujace po chałupie. Szybko to będzie. Dziś lepiej niż wczoraj, wczoraj lepiej niż w popołudniowy poniedziałek.  Nie było potrzeby wetowania.

To nie tak że kursuje bez przerwy, po prostu Rysia jest kotunią żyjącą na pełnej petardzie, jak zabawa, jedzenie, kuwetowanie, mycie się, sen, czy pieszczoty, to całym sercem i ciałem. Impet, stąd stłuczona kilkukrotnie od niej cięższa miska na wodę, dlatego wszystko przy niej leci, dlatego Feluś ucieka gdy go myje. Za intensywnie to robi, ot co. Zapieścić też jej się nie da. Tak jak nie da się nie pogłaskać, bo nie da się zignorować gdy chce lub nie chce.  Stanowczość, na głowę wejdzie, by być pogłaskana,  a jak dość to dość, bo teraz kicia ma inne zajęcia.  

Wraca to, ta intensywność zachowania. Ufff.

Nie jest żle, ale co mi strachu napędziła!!!!!

Każde z moich futer widać musi. Przy każdym był ten moment grozy, tym bardziej straszny że czasem nie było heppyendów.


Kicia pod obserwacją.

Bloger, nie bądź łoś, daj wstawić cykankę Rysi.


Uuuu. Bloger, dlaczego akurat TA cykanka?!

Przecież ona jest stara, gdzie dzisiejsze?!!!

piątek, 22 maja 2026

Notatka 571 będzie się działo.


Na wszelki wypadek zaraz po powrocie do domu spróbuję  łupnąć się spać. I tak lecę  z nóg, może uda się zasnąć. Bo prawie bezsenna była noc, za późne położenie się spać, sen przerywany pobudkami z niepamiętanych koszmarów, zbyt nagle gorącym dotykiem śpiących ze mną futer, skokiem Jacusia w końcu.. Więc trzeba nadrobić, bo o porze właściwej dla snu może się okazać,  że dupa, nie da rady.....

Oczywiście nie wiem tego na pewno czy w tym roku tak będzie. Ale przysiadłam w połowie drogi z punktu, jest trochę przed trzynastą, do miejsca spodziewanej akcji jakiś kilometr z kawałkiem,  a słyszę że coś dudni, ktoś coś nadaje z rapowym rytmem. O, ucichło. Ustawiają chyba nagłośnienie. Albo może to nie z politechniki.

Ucichło to muzyczne coś, ale to nie znaczy że zrobiło się cicho. Kosiary chodzą  po przyblokowych trawnikach, koło mojego bloku wczoraj skosili tylko pół zielonego, więc myślę że też będzie rzegot. 

No nic, trzeba się ruszyć i rzeczywiście choć spróbować złapać godzinkę snu.

🌼

Acha. Akurat. Nie z nami te numery R.R., nie pośpisz. Próby, nie to że ciągle, ale skandowanie rapowe już drugi raz, i tak, to z politechniki. Jest dzień, moc dodatkowych dźwięków, więc stłumione. Ale jest nadzieja że to już maksymalna głośność. Da się wytrzymać, a jutro może nawet z przyjemnością posłuchać. 

Bo Juwenalia, Czytaczu, a dziś będzie wieczór rapu. Nie kocham i niespecjalnie lubię. Za to w sobotę będzie rock, taaak, to  już lepiej.

Ale teraz próby zaśnięcia bez szans na powodzenie, mimo że kosiar pod oknami nie ma. Raz te próby, dwa że na zgubę swojego spokoju przyniosłam z punktu gałązkę kocimiętki, z myślą żeby może ukorzenić. Prawdziwej kociej kocimiętki. Taaa.

Podczas pobytu w łazience reklamówka rozdrapana natychmiast, gałązka w kilkunastu fragmentach, reszta zawartości rozdrapanej torby robi za legowisko dla Felunia, rozanielonego do maksimum. Musiało przejść zapachem, a może gdzieś pod nim jest listek? Ale Jacuś i Rysia urządzają sobie cichutkie przepychanki-bójki i wojenki partyzanckie o coraz mniejsze zielone fragmenty. A przerwach pomiędzy cichymi bojami przychodzą nachalnie domagać się pieszczot.

Kocimiętka na pewno uspokaja futerka? Hmmm.

Muszę spod Felusia wyciągnąć pierogi. Kupiłam po drodze w biedronce. Jeszcze tak naprawdę nic się nie dzieje. Tylko jedna studentka kupujaca alkohol, młodzież jeszcze się nie wyroiła na ulice, dłuugie przerwy pomiędzy próbami głosu, mikrofonu, nagłośnienia. Miejsce akcji co prawda ogrodzone szczelnie metalowymi płotami (z rozpiętą na nich czarną folią już niekoniecznie tak szczelną), ale niemrawy prawie bezruch w widocznym fragmentami miejscu akcji.

Jem i pasę futra, i w momencie one idą zalegać. Może wiedzą co robią, idę do nich.

Proszę się  posunąć..

🏵

Odkąd imprezy juwenaliowe nigdy dotąd  nie było tak cichej. Prawdopodobnie trochę inaczej ustawione nagłośnienie, może akustyczna trauma w tym roku dotyczy blokow sto metrow dalej. Teraz ulga, to co słyszę jest stłumionym łomotem rytmu techno, naprawdę stłumionym. Bardzo fajnie, tak twierdzę dzisiejszej nocy gdy łupią techno-rapem. Może nawet to powtórzę gdy będzie rokowo.

🌼

Uuuu. Druga. Jednak nie da rady spać.  To nie bezpośrednio przez hałas, ten w porównaniu z poprzednimi latami żaden. To przez tajemnicze drgania, gdy dźwięk zbyt niski. Cały blok tak delikatniutko wibruje-drga. Delikatnie, ale odbiera to całe leżące ciało, od skóry na głowie,  przez zęby, kości, po koniuszki stóp.. wrażenie mniej dokuczliwe gdy pozycja bardziej pionowa. Tego to jeszcze nie było. Uuuuuu.

No dobra, impreza wyraźnie ma się ku końcowi, te drgania-wibracje to od odtwarzanego z maszyny techno. Żaden ludzki głos już od godziny go nie skaził. Czyli jeszcze trochę, może godzina -półtorej i będzie spokój. 

Nara Czytaczu, i patrz jakie to dziwne. Najcichsza z dotychczasowych imprez, a i tak nie da rady spać.

czwartek, 21 maja 2026

Notatka 570 po szczupaczku o lotach na Ukrainie





Mogło mnie skrzywdzić strasznie, mogło by mnie wcale już nie być, nie myślę, mam więcej szczęścia niż rozumu.... gadaniu dziś nie było końca.  Niepotrzebnie powiedziałam dlaczego się krzywię przy schylaniu,  no i się zaczęło.  To znaczy też by było gadanie, ubiegły piątek dostarczył żeru, ale może byłoby mniej intensywnie. O połowę.

Teresa wykorzystała że czwartek jest dniem administracyjnym bez ludzi i gadaniu nie było końca. Dla niej. Dla mnie nie było miejsca i szansy na gadanie, nie dała. Dzięki czemu wiem że czwartek nadal jest moim najmniej ulubionym dniem tygodnia......

Bo Czytaczu, ona jest matką. Wiekowo na jej córkę pasuję i czasami mnie ta jej matczyność zahacza. Czasami matczyność zahacza, czasem inne teresowe instynkta,  przed którymi też ciężko uciec......  

Teresa ogólnie jest intensywna, wiek na to nie pomógł. Gdyby nie to, że podstawa charakteru Teresy to złoto i diamenty, dawno by ją ktoś ubił  za te instynkta intensywne. Takie są.

Ech.


Opowiedziała w piątek rodzinie jak leciałam za łachmytą, a w rodzinie ma taką co pracuje przy miejskim monitoringu. Ta z rodziny obejrzała sobie panów, mój bieg i odzyskanie monetek i wybuchła bluzgiem pomieszanym z pytaniami retorycznymi. 

Czemu nie było powiadomienia policji, czemu leciałam sama, tak mi się nie chce żyć  że umrę  za cudze grosze? Wczoraj bluzg był do Teresy, dziś mnie przekazany z licznymi dodatkowymi barwnymi wypowiedziami i na temat piątku i na temat świeży dla Teresy, czyli szczupaczkowania. 

Zostałam oprócz wtórnego bluzgu i pierwotnego bluzgu przytłoczona matczyną troską Teresy oraz pytaniami i wiedzą z miejskiego monitoringu na temat panów. 

Otóż to są regularni grasanci po autobusach, małych lokalach gastronomicznych, tłumkach ludzkich. Z narzędziami tnącymi torby i paski toreb. Z małpimi łapami manipulującymi po cudzych kieszeniach. Ulatniają się zawsze spokojnie (ten luz przy spacerku do Jasnej Góry!), a ludzie bardzo rzadko zgłaszają, nie będąc świadomi kto ich obrobił i że widać kto na miejskim monitoringu. Na jednym jesiennym nagraniu gdzie pobity pijak, też prawdopodobnie oni, pijany bronił się przed brutalnym rewidowaniem i został pobity i skopany. Figury pasują, twarzy nie widać....

Pisałam tu, do Teresy też od razu mówiłam, że wtedy przy gonitwie za panami nic nie myślałam, odruch, instynkt i już. Że udało się z zaskoczenia.  Na kazanie-gadanie-kwokowanie nie pomogło nic a nic.

Mam nadzieję że  ta górka na której odwaliłam szczupaczkowanie nie ma kamery, a jeśli kamera jest, to bez znajomości dokładnego miejsca i czasu zdarzenia osobie monitorującej nie będzie się chciało szukać. Gdyby się dało tak samej, bez konsekwencji w postaci opieprzu (który dziś przecież solidnie zaliczyłam), zobaczyć zajście. Jednego jestem ciekawa, wiem co działo  się ze mną, wyrzuciło mnie po prostu nad kierownicę, cudem puszczoną, więc od pierwszej sekundy lecieliśmy oddzielnie, ja płaskim szczupakiem a rower to nie wiem. Jak on leciał? Dlaczego tak dziwnie poskręcany tuż za mną? 

W sumie nieważne. Ważne że się udało, a znowu nie boli aż tak jak przy poprzednim locie. 

Bo to mój trzeci lot z roweru.

Pierwszy i drugi były na Ukrainie, marka rowera taka, radzieckiego rowera. Rowera czy roweru? Nikomu się wtedy nie śniło  że może istnieć państwo Ukraina. 

To był rower w zamierzeniu rodzinny, kupiony w Bratysławie przez Łojca. On zawsze za swoją  kasę  chciał solidości, ale jak najtaniej. Były inne, trochę droższe, dużo lżejsze w budowie i w wadze. Moja Mama protestowała mówiąc że jak rower ma służyć wszystkim to nie ten, dla niej za ciężki. Dała kasę wskazując inny, miał go kupić i przywieźć przy jeździe do domu, wtedy wracałyśmy bez Łojca.  Owszem, kupił rower, przyjechał, przywiózł rower. Ukrainę, bo taki tani i solidny. Mama przejechała dziesięć metrów i powiedziała:

- NIE.  Oddaj to co dostałeś na ten inny. Ten zabierz. Nie da się na nim jeździć.

Skończyło się na tym  że jeździłam ja, klnąc i kapiąc litrami potu. Innego roweru nie było.

Budowali wtedy promenadę Niemena, spacerowy asfaltowy trakt po tych czterdziestu latach dziś  jest na nowo rozbabrany. Tyle że teraz rozbabrany remontem modernizacyjnym idącym od początku, wtedy nowiutki asfalt sięgał prawie do samego końca promenady. Prawie. Promenada Niemena ma bez trzystu metrow dwa kilometry, nie było jeszcze może dwustu metrow asfaltu. Ten koniec asfaltu był  jak ucięty, tuż za asfaltem dopiero zasypywany dół po wybieraniu żwiru. Też zjazd z górki, tylko że wtedy dół i koniec asfaltu widziałam od samej prawie chwili zjazdu ze szczytu górki, z jednej strony (tej od której wjeżdżałam), baaardzo łagodnej, a od szczytu już nie łagodnej. Dałam ostro po hamulcach, całkowicie w porę. To była Ukraina, klunkier. Cholernie ciężki pod każdym względem. Szybki, owszem, ale prościej było go prowadzić pod ciut mniej łagodne wzniesienia, przy zjazdach natomiast  szatan nie kogut, rozpędzał się w momencie tak że ferrari by dogonił.  Hamować należało przy byle spadku trasy, bo ten rozpęd....

Gwinty i śruby w nim wiecznie się rozkręcały. Ni z tego ni z owego, a to siodełko przekręcone pod tyłkiem, a to obrotowa kierownica. Bagażnik był  nie do opanowania, jego zatrzask  też był na pokrętło z jakąś  sprężyną. I albo wypuścił  podczas jazdy spod siebie trzymaną rzecz, albo chciał uciąć rękę  przy obsłudze. Co trzymał nie miało znaczenia, mógł nic nie trzymać i fiksować kłapiąc zatrzaskiem.

Rower był klunrem. Solidny inaczej, jednym bardziej zrozumiałym zwrotem określając.

A poleciałam, bo radzieckie spawanie przy tym akurat hamowaniu też okazało się solidne inaczej, urwały się oba mocowania tylnego koła. Jednocześnie i absolutnie znienacka przy naciśnięciu hamulca. Wywinęłam salto widząc jak rower jedzie nadal,  zgrzytając ramą bez tylnego koła o nowy asfalt. Samodzielne koło popruło w dół, do samego żwirowego wyrobiska, wyskoczyło z niego i dopiero  przy tym wyskoku przekręciło się tak, że legło.  Oba elementy mnie minęły, nieruchomiejąc daaaleko w dole. Jakimś cudem wylądowałam  jak akrobata, na stopach, podpierając się rękami. Nic mi się nie stało, zero obrażeń, żadnych boloków.

Rower wymagał natomiast spawania. A przedtem trzeba było i koło i zdezelowany pojazd jakoś do domu i tego spawania dostarczyć. Z racji tego że  był klunkrem, to jego transport nadrobił doskonale brak uszkodzeń przy locie.

Ale został pospawany, na złe gwintowania spawacz też pomógł,  dał w te gwintowane miejsca jakąś cienką błonę i rower się nie rozkręcał. No to jeździłam. 

Do czasu drugiego lotu.  Znów promenada , znów  ten sam cel (tfudzialka), dwa miesiace później. I ta sama górka, z asfaltem położonym na zasypanym dole. Tym razem nie hamowałam, bo po co? Zdążę przed laskiem i końcem drogi. 

Taa. Drugie latanie było skutkiem wkręcenia się w łańcuch i w piastę koła wiezionej na bagażniku ukochanej chusty. Rower tym razem poleciał ze mną, po salcie zrobionym łącznie puszczony wylądował tak, że poszło zawieszenie przedniego koła.  Ja po salcie już bez roweru wylądowałam szczupakiem przed rowerem. Na płasko, i było szorowanie. Instynkt musiał zadziałać, koniecznie nie chciałam lądować na Ukrainie i udało się. Tyle że wtedy, o matko. Odebrało mi oddech. Zero nóżką, zero rączką. Krwawo od szorowania po asfalcie. Goły poraniony przód. Przedramiona. Czoło też ucierpiało, musiałam nim walnąć, guz był taki z dużych.  Nikogo wokół. Bezludzie, co nie do uwierzenia skoro tam teraz bardzo ludna dzielnica obok. Bardzo długo się zbierałam. 

A tu gruchot z czarnymi strzępami chusty. Oddzielnie gdzieś tam scentrowane koło. Tym razem nie czułam się na siłach by targać grata. Wystarczająco mi dokopało wyrywanie z niego pociętego chustowego skarbu.

Bo tak, ja już wtedy  byłam chustowo-szalowa. Chusta była z czarnej włóczki do której dodano metaliczną srebrno-złotą nić. Wielka, trójkątna, dwustronna, cienka, mięciutka i mocno frędzlasta. Wtedy letnie łaszki nie ochroniły, październikowy upał spowodował że nikt nie myślał o dżinsach czy sweterkach, chusta była wożona bo wieczory, bo ranki, Dłuuugo żałowałam utraty cuda, dużo szybciej zaleczyły się moje obrażenia. Wtedy chusta poratowała po raz ostatni, pozwoliła dokustykać do domu bez straszenia krwawym ciałem. Ciało ucierpiało, pewnie, mogło się skończyć dużo gorzej, ale lat trzeba było żeby w końcu zniknęły ślady po szorowaniu asfaltu. I tygodni by zniknął z czoła nabity guz. Po Ukrainę został wysłany Łojciec, i szczerze pisząc  nie wiem z jakim efektem. Nigdy więcej jej na oczy nie widziałam, pytał się co prawda o adres spawacza, ale nie wiem czy w sprawie klunkra.  

Rowery przestały mnie dotyczyć na ponad trzydzieści lat. 

No. Głowa przestała pulsować. Będę żyć. 

Dlaczego teraz jeżdżę na rowerze będzie nie teraz. Kiedyś tam.  

Teraz to kwitną złotokapy i wisarie. Zauważ Czytaczu. Co prawda te foty to ofertowo-handlowe, ale rozpoznasz w naturze, mogą zachwycić. Mnie zachwycają. 

Pisała R.R.




Ps bardzo niechciany. 
Patrz na komentarz Małgosi zapapilotowanej i na moją odpowiedź. Nie chce mi się bardzo ponownie wypisywać tego co tam napisałam.

Za to dodam coś w temacie rzucania się na asfalt z okrzykiem JUHU!!! Oraz uporu w uprawianiu życia.

Mamy na ogół wyjątkowo krótką pamięć nawet przy wyjątkowych ogólnie  dniach, które nam osobiście  nie dały się we znaki. Pamiętasz Czytaczu, był w tym roku taki zimowy poniedziałek gdy wszystkie  media ostrzegały że ślisko. Słusznie ostrzegały, padły rekordy w ilości kontuzji i  złamań, a że jest cholernie ślisko to dało się zauważyć po pierwszym zrobionym kroku, no góra po dwóch krokach. Poniedziałek, punkt, ludzie. Przyszli wszyscy, ale to wszyscy z niesprawnościami ruchowymi. Szwedki, łaski, chodziki, wózki. W normalne nieśliskie dni pojawia się ich pół lub jedna trzecia, nigdy wszyscy. Pytam dlaczego, przecież tak cholernie niebezpiecznie i dla sprawnych nóg. Milczenie. Zakłopotany pan Franio, drapie się w zadumie po głowie ręką uwolnioną z uchwytu kuli. Z zaklopotaniem mówi. 

- Trochę dreszczyku nie zaszkodzi. Adrenalinki.

Nikt z nich się nie uszkodził bardziej. Uszkodził się  za to w pełni sprawny ruchowo do tej pory pan Staszek. Operacja, długie składanie potrzaskanej miednicy, niepewność czy kiedykolwiek będzie chodził. Po tych kilku miesiącach chodzi, jest w stanie poruszać się o chodziku, drobniutki kroczek za drobniutkim kroczkiem. 
Nie przewidzisz Czytaczu.

A mojemu aniołowi stróżowi i tak uważam że należy się flacha. Dużo gwiazdkowy koniak lub sześćdziesięcioletnia whisky.




niedziela, 17 maja 2026

Notatka 569 obchód ksiegarni. Empik.

Nie wiem jak do ciężkiej zgryzoty mam zilustrować tego posta. Blogger widzi mi jako najnowsze nieliczne cykanki z dziesiątego maja. A mamy który? No właśnie. Kombinacje. Cykanki w album, wołamy album i wklejamy co jest. Ale tu też prosto nie ma, potrzebne czystki by zechciał taki albumik zobaczyć, na otwarcie czeka się  długo,  no i już wiem że może zawierać maksimum sześć cykanek. Jak więcej to kicha, jeśli taki albumik otworzy to widzi z niego pół zamieszczonych cykanek. A może go wcale nie otworzyć. Syzyf miał łatwo.


Post jest efektem wędrówek po rozmaitych księgarniach. Jednym antykwariacie, empiku, Dedalusie, Świecie książki, Ptasich sprawkach. Ominięte jak na razie księgarnia dla biegaczy, inne antykwariaty i punkty podobne Dedalusowi. 

Empik.


Pierwsza pozycja cykankowa to autor który mnie kiedyś zachwycił. Czym? Prostym bezpośrednim językiem, tym że nie robi za wszechwiedzący autorytet rozróżniając co wiemy na pewno, a co ma tylko postawioną hipotezę. Temat książki  nie był dla mnie nowy, ale przedstawiony tak, że ochy i achy się mi wyrywały, bo podłożone pod nos tezy zebrane łącznie wyjaśnialy więcej niż wszystkie przeczytane wcześniej pozycje. A parę ich było.  Tak odbierałam nowego dla mnie autora. Link.


No cóż, po przekartkowaniu i podczytaniu obszernych fragmentów  ("przepraszam panią, tu nie czytelnia") stwierdzam, że to się nie zmieniło, nadal prosto, może nawet za łopatologicznie dla co niektórych pisze. Dla mnie to zaletą, wolę prostotę wypowiedzi. Za krótka niestety była to lektura, ale i tak brewka mi podskoczyła w górę z tytułu zaskoczki. Więc książka pod obserwacją. Nie  kupię jej jednak, wypożyczę. Bo. Patrz komentarze do posta Czytaczu.

Ale pogoniona z racji podczytywania wcale sobie z Empiku nie poszłam. Nowa seria o zwierzakach. Taka bardziej dla tych świeżo zainteresowanych fauną, ale może być interesujaca, przyznaję. Otwarta książka o głupich robakach akurat na pająku bagniku, przeczytane o nim i zaczęłam się rozglądać czy nie ma tego więcej. Są. Najpierw ta o owadach. 






I tu jest wielka krzywda Czytaczu,  tekst po opublikowaniu posta robi się nieczytelny.
Ja na własnym srajtfonie przeczytam bez problemu, Ty Czytaczu już niekoniecznie.  Jeden robak znany, nieliczne domy go nie gościły, drugi to potencjalny młot na wędkarzy bo jego opis daje informację taką,  że kilkudniowy kac po wędkowaniu połączony z biegunką i wymiotami, to nie kac. To skutek ukąszenia przez bagnika. 


Potem ta o ptakach. 








Przegląd  poważny powyższej, i niestety, dziwa te książki opowiadają, ale po pierwsze wcale nie o wszystkich ptakach Polski, po drugie. Te przekręcania nazw, czy autor naprawdę musi? Jakby same nazwy ptaków nie były wystarczająco dziwne. Drozd ma taryfę ulgową, inne nie. Przy owadach zaakceptowałam manierę, przy ptakach zaczęło uwierać.
Brak mi przy ptakach jeszcze czegoś, na końcu nie ma porządnego indeksu, ciężko znaleźć poszukiwanego stwora. 
Ale  jest jeszcze taka.






Tu już zarzuty mimo wszystko większe. Opis  dzika, ten co go nie widzisz, to licentia poetica autora, popłynął.  Z tekstu wiesz drogą wysnuwania wniosków, że
- coraz cześciej goszczą w miastach,
- są wszystkożerne, 
- samce potrafią  byc ponad dwukrotnie cięższe od samic, oni 320 kg, one 140 kg. Tak może być. 
Wszystko powtórzone na prawej stronicy.
Tam ponadto informacja ze 
- długość ciała od 90 cm do 160 cm.
Że wiosną i wczesnym latem są warchlaki (czyli młode), że jesienią intensywnie żrą gromadząc na zimę warstwę tłuszczu. Najlepiej omijać zawsze,  a już na pewno w okresie wiosenno- wczesnoletnim, gdy w stadzie są warchlaki. Nie karmić, nie oswajać. 

Niedosyt Czytaczu. Ale patrząc obiektywnie, to jest książka zawierająca w sobie wiedzę o rybach, ptakach, gadach, ssakach z podziałem na środowiska, dla początkujących. 

Są  też domowe stworki. Czy ten opis ukochanych pasuje?








Ufff. Co mnie podkusiło!!!! No trudno, już tyle z mozołem, że szkoda rzucić, popcham dalej. 


Ogólnie to te książki tak ładne, że przyjemnie popatrzeć, potrzymać, poczytać w końcu. Uwierz Czytaczu, te teksty na plamach to autorski wymysł srajtfona i programu do obrobki cykanek. Musiałam wyostrzać w nieskończoność byś mógł poczytać na brudnym tle to co w książkach na śnieżnej bieli. Co do treści serii, to da się znieść manierę pisania, jest konsekwencją słowa "głupie" w tytułach. Dla początkujących w zwierzoznawstwie jak najbardziej polecam.

I jeszcze takie ładne.



Kamil Janicki pisał, co samo w sobie może być rekomendacją, wziąwszy pod uwagę jak i co mówi w necie. Przejrzałam tę o Słowianach, za krótko, ale może  dopadnę w bibliotece. Ważne że przegląd  nie wykrył śladu Księstwa czy Cesarstwa Wielkiej Lechii, to już cenne. Dobry język, czego należało się spodziewać.

Tu już gościu od "przepraszam panią, tu nie czytelnia" zaczął  robić numer rekini, krążąc obok mnie z denerwującą częstotliwością. 

Więc chodu. Nie lubimy rekinów. 
Ale jeszcze złośliwie zcykałam regały do przeglądu przy następnej wizycie. A co. 







Dlaczego takie akurat książki? Gdzie fantastyka, kryminał, obyczajówka? 

Tam gdzie zawsze. Wizyta w Empiku była spowodowana chęcią zakupu mądrego przewodnika po roślinach rodzimych, brak mi takiego. Owszem, mam potworne tomiszcza z tytułami np. "Rośliny naczyniowe Polski", ale one nieporęczne z racji rozmiarów zbliżonych do połówki bloczka ytong, wagi na pewno większej. 

Nie bylo jej na regale który powinien tę szukaną książeczkę zawierać. Misz-masz zniechęcający ten regał. Co prawda dziwa na nim, obok książek o robótkach, hodowli gołębia domowego i budowie kominka, takie np.





Za to ten obok, z Panem Harari na czele....
No i pooszło oglądanie. Gdyby nie rekini ekspedient, pewnie byłoby więcej o treści widzianych.  Może  jeszcze inny regał.

Wizyty w książkowych sklepach, bo strasznie, ale to strasznie już mnie ciągnie do kupna książek, wbrew finansowym nosorożcom. A tu jeszcze nie, jeszcze dłuuugo nie będzie to mądre,  więc sobie oglądam. Na zaś. 

Ale gdyby był poręczny i niedrogi przewodnik po roślinach... Mógłby być drukowany maczkiem, mam poręczną lupę.

Ufffff. Syzyf naprawdę miał prosto.
Nara Czytaczu.