Uf. Czytaczu, w końcu otwarłam paczusię od Kocurka.
Dziękuję o Kocurro!!!!!
Blog był na próbę. Czy umiem, czy moja codzienność na to pozwoli, czy będzie mi się chciało. Mam na imię Romana i jestem unikatem, tak jak mój numer PESEL 50+. Żaden ze mnie cud . Jestem obrośnięta kotami, książkami, myślami o roślinach i tysiącami zaczętych spraw. Siedem wiatrów w tyłku, wciąż i ciągle, ale blog jest.
Uf. Czytaczu, w końcu otwarłam paczusię od Kocurka.
Dziękuję o Kocurro!!!!!
Na razie bez aktualnych ilustracji. Wstawię, owszem ale już kruca bomba mało casu. Wieczorem lub jutro.
Tylko na razie z wycieczki uskutecznionej drugiego maja. Zwinka patronką tej wycieczki.
Żadne tam istotności i ważności o skali większej niz osobnicza, po prostu wczoraj....
WTOREK
Po napisaniu poprzedniego posta i odebraniu paczusi od Kocurro, korzystając z pobliskiej ławki napisałam jeszcze pod postem kilka słów, dodałam dwa zdjęcia, zaktualizowalam posta. I nagle się okazało że są to ostatnie napisane na srajtfonie słowa, ostatnie działania. Strajk totalny i wymówienie pracy w tempie natychmiastowym. Martwota. Totalna. Nie da się włączyć. Zrobiło się tak w ułamku sekundy.
Napiszę Ci Czytaczu, że przyjęłam to wymówienie ze zrezygnowanym stuporem, ot jeden nosorożec-patrz poprzedni post Czytaczu, zblakł i zmalał, ale za to ten drugi znienacka na mnie usiadł. Po kilku bezowocnych próbach, takich przypominających bezradne kiwanie przysiadniętą nosorożcem rączką, już tylko siedziałam martwo wpatrując się w martwy sprzęt. Nie wiem jak długo. Pustka we łbie. Wszystkiego nagle mi się odechciało, paczka na rowerze od razu stała się nieważna, wybacz Kocurku, wszystko się stało nieważne i bez sensu.
Tak działa pani d., a mam nadzieję że nie znasz Czytaczu mocy zadanego znienacka przez nią ciosu. Miesiącami się po nim człek podnosi.
Ale.
To moja dzielnica.
Chcę czy nie wypełniona jest w znacznym procencie znanymi twarzami. Jednych od lat mijam na ulicy, nie znam ich, po prostu regularnie widuję. Inni rozpoznawalni bardziej.
I cud. Nie jedyny tego huśtawkowego dnia.
- Dzień dobry. A co pani tak siedzi? Ma pani coś dla mnie?
Regularnie spotykam tę kobietę, ona w moim mniej więcej wieku. Psiara, kociara, babcia wnukom. Bezimienna dla mnie, tak jak i ja dla niej. Napotkana wielokrotnie przy okazji przeglądu śmietnikowych wystawek, a już przy pierwszym spotkaniu prosiła, że jeśli znajdę cokolwiek komputerowo-elektroniczno-komórkowego, to ona bardzo prosi żeby zostawić to dla niej. Syn potrzebuje, zna się, naprawi, wykorzysta, zużyje. Znasz Czytaczu mój stosunek do wyrzucanych dóbr. Dobrych dóbr. Wiesz Czytaczu że nałogowo oglądam przyśmietnikowe wystawki. Wiesz o garażówkach i dlaczego. Więc kilka razy komputer, komórka, e-bok, sprzęt do domowego multikina. Komputery były ze trzy. Chyba. Może więcej, od ponad roku zostawiałam dla niej fanty. Różne. Monitory, myszki, klawiatury i konsole do gier też. Nie wiem czy działające, pewnie niekoniecznie mimo niezłego wyglądu. Nachalna, nie przywykła do uprzejmości, nawet zwykłe "dzień dobry" jakieś takie trochę jak obelga, no ale bardzo jej zależało na tych moich znalezionych fantach.
A niech ma. Widać było że jej rodzina tego potrzebuje, tych paru groszy. Nie każdy lata do Mopsu czy wystawia łapę żebrzącym gestem, ogrom po prostu tego nie robi, radząc sobie przy wykorzystaniu umiejętności własnych i surowców znaleźnych. Złomiarze, ludzie zabierający wyrzucone drewniane meble, ciuchy, nawet domowe kwiaty, no multum ich, są też tacy co nie przepuszczą wystawionej żywności. Bywa . Bardziej ten sposób mi przemawia do wszystkiego w organiźmie, niż dziedziczne etaty we wszystkich punktach pomocowych. Przecież z racji pracy w punkcie znam i takich tuptusi, etatowych, ich rodziny też etatowe w następnym pokoleniu. Oni niewiele umieją i nie chcą umieć poza wyciąganiem rączek. Tak to wygląda, obok naprawdę potrzebujących etatowe tuptusie. Część tych którym pomoc potrzebna ręki nie wyciągnie, bo by im uschła. Wolą śmietnik.
- Nie mam. - nieuprzejmie nawet na nią nie spojrzałam, głowa nadal opuszczona, głos z trudem opuszczał krtań. Cichutki. Stupor Czytaczu.
- CO SIĘ STAŁO?!!!
Podniosłam bardzo niemrawo ważącą tonę rękę ze smartfonem.
- martwy. - nie miałam sily na tłumaczenia.
- Pani to da. - właściwie wyłuskała mi telefon z tej podniesionej ręki - wieczorem oddam, wiem gdzie pani mieszka. Syn zobaczy.
Przesiedziałam jeszcze długo, z dwie-trzy godziny na ławce, było mi wszystko jedno, nic nie miało sensu. Gdyby nie futra to pewnie siedziałabym tam do teraz.
Ale przez futra się ruszyłam. Starczyło sił na ich obsługę i na nic więcej. Zasnęłam. W butach, bo po co ściągać? Paczka została na byle jak zaparkowanym pod blokiem rowerze, nieprzypiętym. Bo po co?
Wieczorem obudził mnie łomot do drzwi. Zombi otworzyło. Z dużym ociąganiem.
- Ma pani.
Telefon właściwie ciśnięty, i już zbiegała ze schodów. Bez pożegnania i wyjaśnień, bez czekania na jakąkolwiek reakcję, czyli syn nic nie zdziałał.
Pani d. robiła co mogła, ale futra wymagają, więc tym razem mnie nie ululała. Ale zombi wlokło się po mieszkaniu, takie na chwilę przed ostatecznym zgonem.
Gdzieś tak tuż po dwudziestej pierwszej wzięłam w rękę srajtfona, odruchowo, odruchowo kliknęłam włącznik, tak zupełnie bezmyślnie. Jak to zombi.
Jak widzisz Czytaczu srajtfon działa.
I to lepiej niż przed zgonem. Da się pisać bez połowy problemów bo nadwrażliwość ekranu se poszła. Potem się okazało że tępota nie całkiem, są flauty i nieczułości, trzeba kilka razy stukać w co którąś literkę, ekran nadal jest oddzielnie od reszty.
ALE DZIAŁA. Nosorożec schudł i wyraźnie zmalał.
CUD.
Od razu jak fala przyszło ożywienie.
Co to ja miałam? Aaaa, pranie.
Ale może nie maskotki, może te codzienne łachy, bo przy przedsennym rozrywaniu saszetek sosik poszedł na bluzkę. Ileś tam innych łachów też wymaga. Teraz ściągnięcie pofajdanej, umycie się, pakowanie torbiszcza i będzie jazda. Kruca bomba, mało casu. Paczka z roweru powędrowała do piwnicy, trudno, zapomniałam o niej. Potem. Wszystko potem.
W laundromacie władowane brudy tym razem bez dodatkowych wsadów odwaniacza, niepotrzebny. W przypływie brawury wrzucone w bęben noszone tekstylne buty i sweter. No dobra, włączamy.
Zonk.
Nie da się, dotykowy ekranik ustawiony na funkcjach administracyjnych, potrzebne piny i hasła, nie da rady tego obejść.
To ożywienie po zombi kazało szukac drogi wyjścia. Telefon, BO MAM TELEFON, na wskazany na plakacie numer. Nie odbiera. Nie rezygnuję. Za moment SMS z tego numeru. Administrator instytucji, nie może rozmawiać, ale pisać tak, może. I sobie popisaliśmy, ja wciąż w szoku że MOGĘ tak prosto i łatwo. Pranie i suszenie zrobione bardzo sprawnie bez udziału nieczynnego chwilowo urzadzenia, zdalnie, co też jest swego rodzaju cudem, tyle Ci Czytaczu napiszę.
Poprzedni post był słuszny. Polecajka właściwą.
W suchych wypranych butach i suchym wypranym swetrze dojechałam do domu grubo po pierwszej. Słaba z emocji, ale w euforii. Dziś zaspałam, no trudno. Paczkę dopiero wniosę i rozpakuję. Bo dziś też się dzieje, już nie tak dramatycznie dziwnie, ale dzień pracowity i jednocześnie słaby. Przeładowany koniecznościami i zakatarzony. Bo może i był i jest upał, ale jazda ciemną dość zimną nocą bez czapki swoje zrobiła. Wszystko idzie niezbornie i niemrawo.
No dobra, idę po paczkę.
Fot nie mogę wkleić.
Nara Czytaczu
ŚRODA i CZWARTEK
Wczoraj i dziś.
Z racji tego że wszystko wczoraj co po punkcie było rozlazłe, nie wyrobiłam się, do domu wróciłam późno i umęczona. Co po punkcie to takie było. Bo tam. No tam była orka. Ranne zaspanie spowodowało że pedałowałam bez opamiętania, byle zdążyć przed ósmą, lub chociaż chwilkę po ósmej. Sukces, udało się. I z marszu nastąpiła krzątanina i latanina, do jedenastej. Norma, tam tak jest, trzeba zapisać ludzi wydając żetony, trzeba posortować przywieziony z netto warzywny chłam, poczęstować czymś drobnym dobrym wpatrzonych w zajęte łapy oczekujących na wydawkę, potem wydawanie i sprzątanie po. Nie wygląda to szczególnie męcząco przy pisaniu, ale uwierz Czytaczu, bywa bardzo. I denerwująco. Wczoraj było do pewnego momentu do zniesienia, potem nerw mi strzelił na chamstwo, takie że nie przejdę nad tym chamstwem bez słowa. Wczoraj, gdy chamstwo się wykryło, jego sprawcy już se poszli, zaopatrzeni w dobra jak należy. Ofiary chamstwa nie. Ofiarom nie można robić kęsim, dla nich już zaopatrzenia takiego jak być powinno nie było, ofiary są ofiarami. Krzywda i dla mnie, nie dalo się rozladować nerwa na winnych ale... Chamów i chamki dopadnę jutro. Bo przyjdą najprawdopodobniej, wydawki są w poniedziałki, środy i piątki.
Potem środa zrobiła się taka, że Czytaczu, aż mnie cofa przed opisem. Nic strasznego, tylko taka niezgrabna, niezborna, ze ślimaczącą się niemożliwie akcją pełną falstartów i poślizgów. Może dlatego że echo po wtorku, może to że nie dało się naprawić krzywdy, cholera wie.
To nie mnie skrzywdziło.
Ale.
Nosz, jasna dupa
To że pani d tak łatwo mi się w życiorysie zagnieździła częściowo zawdzięczam pracy. Dekady gdy NIC nie mogłam poradzić na cudzą dziejącą się w niej krzywdę, na krzywdę własną też niewiele mogłam.
Więc do cholery, nigdy więcej praca w której szujostwo. Nawet drobne i nie wobec mnie.
No, miejmy nadzieję że rzecz się uda naprostować w piątek. Chodzi o zasady, mają nie być szujowe. Chamów nie naprostuję, zdaję sobie z tego sprawę, nie mam zresztą zamiaru,
Rzecz polega na tym Czytaczu, że punkt działa dłuuugo. Był pod zarządzaniem kilku osób w trakcie tej długiej działalności, zmieniały się, tak jak adresy działalności. I zasady rozdawnictwa. Siłą wieloletniej tradycji chyba istnieją tam zapisy i żetony.
Zapisuję rano nazwiska tych co przyszli, w kolejności takiej jak przyszli. I według tej kolejności, rzeczywistej powinni wchodzić i otrzymywać dobro. Zgadza się?
Nie do końca. Część przychodzących to grupa "specjalna", z rozmaitymi niepełnosprawnościami, oni za zgodą zarządzającego ojca są obsługiwani inaczej. Część z nich nie wychodzi podczas przygotowań do wydawania, obsługiwane są wg. klucza, jedna osoba "specjalna", jedna z zewnątrz, bez przywilejów. Ok. to jest, nie chciałabym widzieć blisko stuletniej babusi sterczącej pod oknem a przyszła trzydziesta.
Przy zapisach, za kaucją w kwocie 2 zł wydawane są żetony-numerki, przy wydawaniu dóbr żetonik jest odbierany, dwa złote wraca do kiesy. Tak jest w poniedziałki i środy. W piątek, dzień najobfitszy w dobra, kaucja za żeton-numerek wynosi 3 zł i jest bezzwrotną. Idzie na częściowy zwrot kosztów własnych punktu, symboliczne kwoty wychodzą wobec całości kosztów. Można też powiedzieć że symbolicznie się płaci za dobra otrzymane, symbolicznie choćby za te trzy bochenki chleba dostane w ciągu tygodnia obowiązkowo i zawsze.
Nie wszyscy mają te drobne monety. Znaczna część ludzi przychodzi bo ogólnie nie ma. Więc nie wszyscy biorą żetony-numerki.
Co daje wzięcie i zapłata za żeton? Ano, coś daje. Punkt obok chleba i warzyw kupuje i inne produkty. W ilości 40 sztu na ogół, coś, jeden raz w tygodniu. Nie musi, to jest dobra wola klasztoru że są te zakupy dodatkowe. A w dniu wydawki jest pięćdziesiąt sześć zapisanych osób, z czego trzydzieści pięć miało na kaucję za żeton. Kumasz Czytaczu? Jasne jest, że te pięć sztuk czegoś dobrego pójdzie do osób wg. uznania wydającego, tym, co żetonu nie "kupili". Wszystko w rękach tak naprawdę wydającego. Bo jeśli wydajacy uzna, że zamiast paczki zakupionego mięska mielonego, bezdomny i niegotujący "żetonowiec" dostanie kupioną kiedy indziej puszkę gulaszu angielskiego, to na ogół wydający wie co robi. Nieżetonowiec nie zobaczy ani mięska, ani puszki. Chyba że wydający zadecyduje inaczej.
Nie ma wyjścia, takie zasady obowiązują od lat, dobrze że choć część ludzi ma szansę na drobny luksus, bo takim właśnie "luksusem" jest te kupione 40 sztuk czegoś. Mięsko najpopularniejsze, ale i masełko. Albo kakao i mleko. Olej. Różnie.
Pewnie że byłoby super gdyby każdy dostał, no ale co, dołożysz lub dokupisz Czytaczu? Tak tydzień w tydzień? Przez rok, dwa-trzy lata? Albo tak jak klasztor, przez te dzieści lat ?
Więc godzę się z żetonowym kryterium, zresztą one nie niezmienne, bo uwaga, jest np. kilku jaroszy. W dupie mają i konserwy i mięsko. Dostają coś innego atrakcyjnego, jeśli jest na stanie.
Ale.
Żetonowe pańcie, takie etatowe w łażeniu po punktach, bliskie dostania praw emerytalnych z tych etatów, wypchnęły mi z kolejki kobietę w zaawansowanej ciąży i bezdomnego faceta. Łatwo zgadnąć że nie mieli na kaucję, stąd numerka nie dostali. "Wy na końcu, zawsze najpierw ci z numerkami".
Może tak było te ileś lat temu. Teraz tak być nie może. Forsa może mieć znaczenie w większości spraw, ale nie może decydować o tym kiedy ktoś przyszedł.
I te ofiary stanęły grzecznie na końcu kolejki. Za takimi co to mi się nie meldowali. A ja pilnuję żeby ci co zapisani dostali przyzwoite porcje. Zawsze też daję odrobinkę mniej niż mogłabym, bo zawsze, zawsze ale to zawsze, przyjdzie ktoś kto nie zdążył przed wydawaniem się zapisać. Często głodny. I tak, oni też nie wyjdą z pustymi rękami, ale szans nie mają ani na mięsko czy konserwę, ani na wiele więcej niż pomidor z jedną pomarańczą. Najgorzej gdy taki głodny przyjdzie gdy nie ma już nic.
Kobieta w ciąży dostała właśnie taki zestaw witamin. Bochenek chleba, jeden niewielki napój. Bezdomny ostatnie dwa nieładne banany, chleb, już bez picia. Po blisko trzech godzinach stania. Prowiant na dwa dni. A wpisywałam ich po ósmej. Fajnie?
Cała środa była z pamięcią spuchniętych nóg ciężarnej, psiej rezygnacji w oczach bezdomnego.
Duet pań Halinka/Reginka do przetrzepania. O ile to one. Nic to, będzie wrzask ogólny. Rzadko wrzeszczę ale na ogół skutecznie
Howgh.
Przeddeszczowe widoczki. Zdziśki z jasnogórskiego parku. Co jest, czemu blogger nie widzi większości zdjęć?
No i czemu nie mogę wkleić wiewiórro dla Kocurro? Ktoś wie?
JEST. Dlaczego dopiero w piątek widać zdjęcia z czwartku ? To tak teraz jest?
Jak wiadomo do mego milczenia w blogosferze przyczynia się problem techniczny ze srajtfonem. Nie jest to podstawowy powód, raczej wzmacnia niechęć do czynnego netowania. Ale problem wagi i masy nosorożca jest, niefajnie się pisze, bardzo niefajnie. Co jeszcze potrwa, bo zbieranie gotówki na nowy sprzęt napotyka Himalaje innych konieczności. Wetki jeszcze, a za wetkami pralka.
Nosorożec. Pralka nosorożec.
Jak wczesną jesienią przestała w połowie prania działać, tak już nie działa. Oberwana ta część co trzyma silnik. Pralka tuż po gwarancji, nosz jasna dupa, nie do naprawy.. A góra brudów urosła na wzór Himalajów. Są na świecie większe problemy niż brak pralki, też mam, takie składowisko nosorożców, w którym konieczność kupna pralki jest sporym, ale nie jedynym.
Nie znaczy to jednak że nie można sobie poradzić bez pralki. Można. Można uniknąć Himalajów. Tylko że nie wtedy, jak ma się takiego Cacusia co leje gdy lanie ciut zaczyna boleć i taką Rysię wyrażającą laniem dezaprobatę dla mych poczynań. Gdy Jacuś zaczyna, to ona też. Kołdry, koce, poduszki. Raz polka w szafie, innym razem moja najfajniejsza kurtka ściągnięta z wieszaka. Zgroza. Góry zafoliowanych brudów. Zgroza.
Dwa razy prosiłam o pranie dziewczyny. Koce, poduszka, no ale. Kłopotliwe dla nich i dla mnie, bo logistyka i.... mimo próśb prały jak dla siebie, a kto ma koty lejące ten wie że trzeba trochę inaczej. Zlane te wyprane zostały natychmiast po przyniesieniu. Uważały kochane moje baby, że płyn do płukania załatwi sprawę, stworom mocne płyny zapachowe jednak nie podpasowały. Uważały kochane stwory.... nie wiem co uważały, ale sikaństwo było błyskawiczne i stanowcze. Z błędu koleżanek nie wyprowadzałam, nie uświadamiałam co do losów upranego, po prostu zaczęłam główkować, pakując kolejne wory z brudami.
Samemu. Bo się wie że woda utleniona, soda, boraks, ocet. Coś z tego.
Więc samoobsługowe pralnie. Kombinowałam, że przy własnoręcznym wsadzaniu do pralki bez problemów dodam koniecznego usuwacza zapachów. Bo naprawdę trzeba, nie wystarczą boraks czy soda już obecne w składach proszków, proszki nie przewidują siłowania się z kocim sikiem.
Pralnie są. Rozsiane po mieście nielicznie, ale są. Najpierw ta najbliższa. Uuuuu. Trauma z uruchamianiem, kilka podejść, wstyd, staroruryzm techniczny. Ale uruchomiłam, uuuu. Mały wybór programów. Za mały. Krótkie, za krótkie cykle służące do pobieżnych przepierek po lekkim upoceniu one, a nie do prania zlanej przez Rysiunię kołdry. Drogo. Moc studentów o każdej porze, im widać takie pranie pasuje. Nieswojo się tam czułam, niby nic, ale jednak coś niezbyt. Przeprane wyszło prawie suche, domowe wirowanie w życiu nie da takich efektów i smród se poszedł (bo dodany boraks), ale plamki pozostawione przez łapki Rysi nie. A powinny zniknąć bez żadnego problemu. Za krótko prało, nie da się ustawić tak by na niskiej temperaturze prało dłużej. I drogo. Wtopa, ale wyprane niedoprane przetrwało dłużej.
Szukanie po necie, czytanie opinii. Czy wszystkie takie? W innych miastach jest taka sieć co to wszyscy zachwyceni. A w Cz-wie? Net kręci. Bardzo kręci. Trzeba sprawdzić jest czy nie. Daleko, drugi koniec miasta prawie. Przejazd tramwajem pozwolił zobaczyć że jest. Przynajmniej oszyldowany lokal jest. Czy działa? Kiedy? Jak?; No do sprawdzenia dokładnego. Kiedyś. Bo jednak daleko.
Ha.
Sprawa zrobiła się gwałtownie nagląca bo tym razem ja sama załatwiłam sobie kawą w łóżku ostatni prany/niedoprany kocyk. A tu noc, za późno na najbliższą pralnię. Ostatnie godziny drugiego maja. Kumpela kiedyś wspomniała, że przy którymś z Kauflandów pralnia samoobsługowa całodobowa. Nie ma wyjścia, trzeba poszukać przy którym, pojechac z tobołami szmat, przeprać i tym razem skorzystać z suszary. Jak bez suszary pranie było ledwie wilgotne, to z nią będzie suchutkie. Może się pod wypranym prześpię. Szukam.
I cud. Net pokazał że jest całodobowa, ta którą widziałam z okien tramwaju, ta daleko, ta najlepsza. Błyskawicznie załadowana na maksa wielka torba z Ikei, soda w kieszeń, płyn do prania i cztery śmieciowe worki też, wysiłkowo zwleczony tobół po schodach, kombinacje straszne jak to zamontować na rowerze i jazda. Nocą z drugiego na trzeci maja. Ludna noc, mój załadowany rower na wąskiej ścieżce natykał się i na pieszych i na inne bicykle w ilości niespotykanej. Łatwo i szybko nie było.
No, dojechałam, chwila prawdy.
Pralnia otwarta, no hurra. Promocje 50 procent, jeszcze wieksze hurra. Wspaniale, akurat na program co pasi, hurra!!! Nie trzeba proszku czy płynu, tam jest dodawany i dozowany automatycznie, w zależnosci od programu. Załadowana pralka, wszystko poszło do dwudziestokilowej i jeszcze trochę luzu jest. Wsypana w łachy soda i próby uruchomienia. Nic. Martwota. Zepsuło się?! Na to wygląda, nosz karwa.
Klnąc wyciągnęłam łachy rozsypujac sodę, wywlokłam torbiszcze, jeszcze rzut okiem czy wszystko zgarnęłam, to sodowe też, i... o cholera. Na drzwiach jak byk że instytucja działa od szóstej rano do północy. Czyli za niecałe pięć godzin mogę prać. To dlatego wszystkie dotykowe ekraniki nie działały.
Net jednak bywa szują.
Wlec tobół z powrotem? I potem jeszcze raz?!! Jednak tam, ta koło mnie otwierana później. I droga i ogólnie be. Jeszcze raz się pocić przy mijaniu obładowanym rowerem na wąskiej tunelowej dwukilometrowej ścieżce pieszych i innych rowerów? Rusz czerepem babo, nie chcesz tego. No to ruszyłam.
Zawartość torbiszcza władowana w dwa sześćdziesięciolitrowe wory na śmieci i zabunkrowana w krzakach. Pełne wyszły, torba Ikea to potęga. Do domu, trudno, albo łachy przetrwają, albo nie, nie wiozę z powrotem brudów. Co będzie to będzie.
Informuję, że wory przetrwały. Trzeciego maja po spaniu bez przykrycia uczciłam święto jazdą lekkim rowerem i praniem. Wyszło super i tanio.
Jak to ja, trochę pecha, trochę fuksa. Fuksem było spotkanie tego trzeciego maja piorącej tony bielizny do hotelu dziewczyny, zajęła wszystkie pralki, co w pierwszej chwili wcale nie wydawało się korzystne. Ale gdy zwolniła się jedna z dwóch największych pral, pomogła uruchomić ustrojstwo, sama bym tego chyba nie rozkminiła. Niby prościutko a wcale że nie. I potem jeszcze skorzystałam za jej zaproszeniem z suszar, wykupiła za długi czas, a już wszystko było suche. Tą metodą i moje pranie wyszło suchutkie. Bo suszary można w dowolnym momencie wyłączyć, wyjąć wsad lub doładować, dokupić czas. No czadowo, czyż nie? I promocja.
Tak mnie to rozochociło że powtórzyłam rozrywkę pralniczą w poniedziałek, tym razem w roli gwiazdy wystąpił ogromny pies (to jego uprany pysk zaczyna posta), maskota co w normalnej domowej pralce zmieści tylko niecały tyłek przy sporym uporze. I inne maskotki. W ogromej jutowej torbie zawiozłam całą moc maskotek. Zostały na jeszcze jeden ładunek jutowego potwora. Bo mam tego multum, zbierane na garażówki, wymagały prania i nie było jak. Teraz jest. Zwłaszcza jak są promocje. Psowy ogrom wszedł bez problemu do dwudziestokilowej praly, trzy czwarte torbiszcza pomieściła. Suszara odwaliła co swoje i wszystko suche i piękne. Delikatnie pachnące nieinwazyjnie, odsierścione. Czyste bardzo.
W domu, bez stosownych urządzeń w życiu tak nie wyjdzie. Wyjdzie czyste, fakt, ale już nie tak dobrze odsierścione i w tak szybkim czasie do użytku. Nawet poduszki. Hotelowa dziewczyna prała, stąd wiem.
Ku Twej wiedzy ten post, Czytaczu. Napisany, bo może Ci się przyda.
Może stwory ci nie sikają, ale poduszki raz w roku podobno trzeba uprać. Może nie masz potwornej maskoty-psa i góry innych maskotek, ale kołdry, puchowe kurtki do prania po zimie to jak najbardziej. Masz.
Laundromat jest super, nikt mi za te słowa nie płaci, ha, to ja z chęcią zapłacę wioząc jeszcze dziś kolejną porcję w torbie monstrum do prania. Bo jeszcze dziś promocja na pranie dla kolorów w temp. 40 stopni Celsjusza. 50%.
Nosorożec pralkowy mniej czarny. Przeprał się.
Pa Czytaczu, idę odebrać paczusię od Kocurro.
A potem jazda i pranie.
Znów będę czekać, jak poniżej.
Ps.
Paczusia od Kocurro odebrana.
Boję się otwierać, miała być jedna książeczka.
Nadal niechętnie piszę. Ale o nosorożcu trzeba, bo jakoś muszę wyłożyć na wierzch największy powód netowej milkliwości. Więc dłubię. Czysty masochizm, ale jak podłubię to szybko po tyractwie nie ruszę netowego pisania.
Jedziem z dłubaniem. Kawałek po kawałku.
Co wiemy na temat nosorożca? Nosorożców?
Dwa afrykańskie, trzy azjatyckie, duże, masywne i same dziwności w nich. Sprzeczności. Biedniuś i potwór w jednej szarej skórze. Stwora przyjazna i agresywana.
Spór które zwierzę lądowe po słoniu największe wygrywa nosorożec biały afrykański. Na wymarciu, ratowany in vitro północny, jak na razie bezskutecznie, a żyją tylko dwie samice. Południowego bialego też ubywa. Giną wszystkie, czarne też były ratowane in vitro, nie do końca z sukcesem, czarny zachodni wyginął. Afrykańskie, białe i czarne żyją w tych samych siedliskach, czarny o wiele mniejszy. Obok, bo ciut inaczej zbudowany pysk powoduje że nie konkurują o roślinne żarcie, inna specjalizacja żywieniowa, nie pamiętam który woli trawkę a który listki. Dwa afrykańskie, trzy azjatyckie, mniejsze, indyjski, sumatrzański i jawajski. Wszystkie szare, nazwy czarny i biały to efekt złych tłumaczeń.
SKÓRA Skóra szara i gruba jak pancerz, tak gruba i robiaca wrażenie monolitu, że jest powiedzenie "ma skórę nosorożca", "gruboskórny jak nosorożec". I tu pierszy zonk, bo skóra-pancerz niestety nie jest owadoodporna, kleszcze, muchówki i gzy mają duzo powierzchni do działań, a nosorożec sam nie wyjmie kleszcza - to dopiero by był zabieg. Musi korzystać z pomocy innego gatunku zwierza. Bąkojady czerwononogie, ptaszki wdzięczne niesłychanie, służą oczyszczaniem słoniom, bawołom, hipopotamom, krokodylom i nosorożcom, wszystkim tym zwierzakom co kąsane. Super, obsługiwane nosorożce są zdrowsze, ptaszątka pełnią rolę medyków. Ale tak jak to z medykami bywa, potrafi być drastycznie. Nie do końca to zbadano, są jednak foty z nosorożcami obranymi z całych połaci skóry przez medyczne bąkojady, wygląda to mało leczniczo. Czysta groza, i być może taką grozą jest.
Jeszcze o skórze. Nikt nie zeznawał jaka ona w dotyku, twarda i szorstka, czy może miękka, pluszowa. Być może to drugie, bo jest gruba, a robi wrażenie pancerza dzięki solidnej warstwie kolagenu. Ona łysa, tylko sumatrzański ma włosy, na ogół pod podwoziem, tam nie tak łatwo zetrzeć je tarzaniem się. Bez gruczołów potowych, co skutkuje tym, że zwierzaki buszują o chłodnych porach doby, a chcąc się bardziej ochłodzić korzystają z kąpieli błotnych. Azjatyckie pływają.
RÓG. Broń i przyczyna wymierania. Bo ten róg w Azji jest cennym lekiem i afrodyzjakiem, nic to że to sama keratyna tak jak w ludzkich włosach i paznokciach. Mimo wiedzy że to ten sam pospolity związek chemiczny, stwory nadal są zabijane kłusowniczo z powodu rogu. Ostatnie dwie samice północnego nosorożca białego głównie z powodu kłusowników pilnowane jak skarb. Tak wogóle, to nosorożce rogate różnie, jako broń robi ten róg pierwszy na przodzie pyska, drugi ma mniejsze znaczenie, u azjatyckich drugiego moze nie być wcale a i pierwszy róg mały. Jako broń róg jest skuteczny, taka wisienka na torciku obronności obok masy i prędkości stwora. Rogiem potrafi przewrócić spory samochód. Miotnąć nim lwa jak szmacianą kukiełkę. Poranić. Potrafi też to wszystko i bez rogu, masa stwora swoje robi. Potrafi np. ładnie zdeptać.
Ale.
Jako szczyl miałam w rękach książeczkę rozprawiającą się z mitami na temat afrykańskich zwierząt. Hiena, lew, słoń, hipopotam, krokodyl, żyrafa, goryl i pawian, gepard i nosorożec. Pisana w latach sześćdziesiątych książeczka zawierała bardzo liczne czarnobiałe fotografie autora ze zwierzakami, krokodyle, goryle, pawiany były solo, ale nosorożec biały był przytulany, głaskany. Obok słoni, hien i zdaje się że żyraf, nosorożce darzone prawdziwą miłością. Fota z młodym nosorożcem twarzą w twarz, spacer u boku ogroma, jazda na. Autor nie miał tyle sympatii do np. lwów, rujnował ich legendę z upodobaniem, a nosorożce kochał. Zachwalał że bardzo inteligentne, opiekuńcze, uważne i delikatne w stosunku do jednostek zaprzyjaźnionych. Za prawdziwie groźne i specjalnie złośliwe uważał np. hipopotamy, to one były wg. niego nieobliczalnie i bezintersownie agresywne, nosorożce nigdy, zawsze miały powód do ataku, głupi, ale go mialy.
Na ogół łagodne, a za furiackie i niespodziewane ataki agresji autor winił dwa czynniki. Obronę młodych i aktualnego terytorium. Teren znaczą tak jak większość stworów, odchodami, i tak jak psy czy wilki z cudzych odczytują węchem informacje o innych osobnikach swojego gatunku. Owszem, zmieniają granice terytorium wędrując w poszukiwaniu żarcia i wody, ale w porównaniu do reniferów, bizonów, łosi i słoni to te wędrówki żadne. Autor tej dawno czytanej książeczki twierdził że węch i słuch to zmysły nosorożców równie rozwiniete jak u psa. Czyli o wiele bardziej od ludzkich. Uszy działają każde samodzielnie, nozdrza też swoje odwalają, no ale.
Otóż ze zmysłami nosorożców to jest tak, że wzrok to ich bardzo słaba strona, oczka nie mają szans zobaczyć jednego pola widzenia, umiejscowione po bokach masywnego łba. Duże roślinożerne tak mają, ale żadne aż tak jak nosorożce. Dodatkowo te afrykańskie mają te oczka baaardzo krótkowzroczne.
To powód ataków. To drugi czynnik sprzężony z potrzebą obrony terytorium i młodych, bo do strzeżenia terytorium i młodych używa niestety także wzroku.
Jeśli coś, coś niespodziewanego pojawi się w polu widzenia ślepawego ślepka, stwór aatakuje, i diabli wiedzą jak one widzą skoro ruszają tak samo dziarsko do motylka i do samochodu, zwierz nie czeka aż do mózgu dotrze że zagrożenia nie ma. Zawsze.
Atak na duże kształty i na motylka niezwykle niebezpieczny gdy stwór dopadnie atakowany obiekt, ale też gdy jest czas na unik wystarczy podobno zejść z linii ataku, uskoczyć i już, nosorożce nie zauważają że cel jest już za nim. Z tym że super refleks trzeba mieć, bo zwierzęcy czołg pędzi blisko pięćdziesiąt kilometrów na godzinę. Rzecz podobno wykonalna przy dawce szczęścia, autorowi się zawsze udawało, swoje napisał.
To o słabym wzroku, mocnym węchu i słuchu oraz o atakach, wiadomo na podstawie obserwacji nosorożców afrykańskich, głównie nosorożców czarnych, o azjatyckich badacze niewiele wiedzą. Indyjskie tak rzadkie, że nikt nie chce ryzykować ingerencji w populację, wiadomo tylko że unikają kontaktu z ludźmi, tylko gdy nie mają jak uciec atakują. Podobnie z jawajskim i sumatrzańskim. Bada się ich ślady i kupy, czy są zdrowe i jak liczne, i tyle naszej aktualnej wiedzy.
Ale.
Ze źródeł azjatyckich, z daaawnych czasów odpowiadających europejskiemu antykowi, pochodzą historie o wykorzystywaniu indyjskich nosorożców do wojen. Podobno na zwierzach jechało po dwóch ludzi z włóczniami, a one były odziane w metalowe osłony/zbroje, z rogami w metalowych zaostrzonych pokrowcach. Wystawiane w pierwszej linii ataku na pewno były zgrozą dla przeciwników. I co do indyjskich, źródła podają że walki samców są bardzo zajadłe i krwawe. Owszem, podobno dawały się oswoić i ujeździć, ale czy rzeczywiście były bojowe i skuteczne w wojnach to cholera wie. Nie ma obrazków.
Tak jak pisałam, teraz ich malutko, pochowane w lasach deszczowych i innych ostępach.
Wiec nie sprawdzi się jak to jest z tą inteligencją i przyjaznością\agresją nosorożców. Te co jeszcze żyją bardzo słusznie nas unikają.
Obiegowo, wbrew wszystkiemu co można powiedzieć miłego o nosorożcach, pozostaną symbolem kłopotliwego, gruboskórnego i fiksum-dyrdum zachowania. Niesterowalnego. A one może wcale takie nie są.
Nie pamiętałam o książeczce gdy porównywałam moje użeranie się ze sprzętem do nosorożca. Trudno. Przepadło.. Mogę wierzyć albo niepamiętanemu autorowi książeczki o zapomnianym tytule, albo obiegowej opinii o symbolicznym nosorożcu.
Taki nosorożec, może niewiele mający wspólnego z rzeczywistym stworkiem pozostanie symbolem czających się w krzakach kłopotów, niesterowalnych problemów przy których się lawiruje z niewielką nadzieją na uniknięcie kontaktu.
U mnie ich dużo, tych paskud. Zdaję sobie sprawę że każdy ma, mial lub niestety będzie miał. Bywają tak trudne że włos się jeży. Bywa ogólnie bardzo pod górkę. Ręce opadają, brak sił i poczucia że coś można. Nie warto wstawać bo i po co. Takie nosorożce to dopiero dupa. Wlazły na ludzia i na nim usiadły, tak piętrowo, jeden na drugim, przynajmniej trzy. Albo gonią z dudnieniem i zaraz rozdepczą, zwiewamy, ale one tuż za nami.... takie tańce-ganiańce z nosorożcami które wyszly z krzaków też niefajne, ale póki ludzia nie przysiadły, to gońmy i tańczmy. W rytm łomotu nosorożcowych nóg.
Powód dla którego netowe pisanie rzadkie jest nosorożcem niedużym.
Ale jest, ale są.
No i. Hmmm. Na tego sprzętowego nosorożca to notatkę zaczynałam ze sto razy, kawałki mi się plączą. W notatniku, jeśli już to tylko tam. Notatnikowanie ma tę przewagę nad tekstami w mailach czy blogerze, czy choćby wpisami w wyszukiwarce, że literki tam mam ciut większe, także na klawiaturze aplikacji. I notatnik nie jest tak czuły, ani tak tępy, stąd łatwiej mi walczyć z opornym sprzętem. Wstyd narzekać i nie narzekałam, dopiero teraz już nie da rady kryć że problem jest i z korzystaniem z netu i z pisaniem. Cholera, pierwszy srajtfon gubił kartę SIM, po iluś tam upadkach rozładowywał się migusiem.
Ten jest prezentem, drogim, niespodziewanym i wielkodusznym. Zaskakującym, bo w życiu się bym nie spodziewała.
Jak narzekać na tak fajny przezent, no jak?
Darowanemu z serca koniowi w ząbki się nie zagląda.
Więc pysk był zamknięty.
Prezent fantastyczny, tylko że złośliwe fatum wiszące nad moimi stosunkami z elektroniką pofikało. Bo co, nie wolno fikać? Żebym wiedziała jak zabronić fikania lub pogonić fatum, to bym to zrobiła, ma ktoś pomysła?
Na początku dwie drobne niedogodności w otrzymanej nówce nikłe, takie maniunie na granicy wymogu lupy. Jedna to aparat i zdjęcia w srajtfonie, przy uporze do opanowania. Tyle że opanowywać trzeba za każdym razem, a z powodu rozrostu drugiego drobiażdżku w nosorożca, to już niech szlag trafi foty. Druga maniunia wada sztuki nówki nieśmiganej, to ta że dotykowy ekran jakby nierówny pod względem czułości na dotyk. Nadwrażliwość i tępota, na zmianę. Co nasilało się i rosło, do absurdu. Pół biedy gdy chcę obejrzeć film, coś znaleźć, to jeszcze stosunkowo proste, choć też bywa nie do zniesienia. Raz włączony film czy program radiowy leci bez zarzutu, a działania wymagające wpisu nieduże.
Ale pisanie.
Ło mamusiu.
Ekran albo zupełnie nie reaguje na dotyk i trzeba się zdrowo nastukać, albo np. przy wbijaniu litery A na ekranie pojawia się cała grupka QWSAZ na przykład. Przy usuwaniu błędu to samo, albo wcale albo bardzo hurt. Dawałam radę, daję radę, tyle że pisanie bardzo niechętne.
Pogorszyło się.
Nowością przez którą zarzuciłam prawie zupełnie netowanie jest samodzielne życie dotykowego ekranu, upiera się że powiększy lub zmniejszy tekst, będzie uparcie wracał w rytmie rzutów padaczki do poprzedniej strony lub po wariacku kierował w niechciane rejony.
Fajnie?
Nie ma lekarstwa poza wyłączeniem ustrojstwa, no ale właśnie wtedy to upiera się że się nie wyłączy. Bardzo się upiera. Bardzo a bardzo. Mam pięciominutowe ustawienie wyłączenia przy braku działań, z wykluczeniem odtwarzanych filmów, to dopiero pomaga. Ale teraz, to potrafi sie wyłączyć po pólgodzinie, gdy się wyszaleje. Przez pięć minut do kwadransa po ponownym uruchomieniu kochany sprzęt, zero usterek, działa jak złoto, da się nawet pisać - byle bez przesady. Po pięciu minutach/kwadransie fiksum-dyrdum.
Klęłabym markę Samsung do dziś, gdyby nie to że od mniej więcej dwóch tygodni wiem że to wina usterki technicznej, dającej znać że jest od zarania.
Mianowicie kotulka Rysia kolejny raz niechcący oczywiście (to nie ja-czego wrzeszczysz-to inny kot-ten bialy z podwórka-krzywda-naleję ci do buta) zaatakowała mi kawę, kawa poległa. Tym razem pociekła pod leżący telefon, więc migusiem wycieram, wyjmuję srajtfon z objęć okładki bo może podciekło przez wycięcia na kamerę i nagle w rękach mam trzy elementy.
Obudowa, tył srajtfona i ekran. Rozwarstwił się skubaniec. A net na ekranie szaleje bez mojego dotyku. Szaleje. NIC MU NIE ZROBIŁAM, temu srajtfonu, SŁOWO.
PREZENT BYŁ TRAKTOWANY Z CAŁYM SZACUNKIEM JAKIM DYSPONUJĘ.
Cholera, być może dlatego te tępoty i nadrażliwości dotykowego ekranu. Od samego początku. Rozwarstwiał się.
Muszę kupić srajtfon.
Pisała R.R.
I jeszcze o Kocurrowym nosorożcu. U Kocurro wiecznym nosorożcem dybiacym na portfel i psyche jest stan zdrowia futer. Kocurro robi co może. Jeśli chcesz i możesz to pomóż.