Na razie bez aktualnych ilustracji. Wstawię, owszem ale już kruca bomba mało casu. Wieczorem lub jutro.
Tylko na razie z wycieczki uskutecznionej drugiego maja. Zwinka patronką tej wycieczki.
Żadne tam istotności i ważności o skali większej niz osobnicza, po prostu wczoraj....
WTOREK
Po napisaniu poprzedniego posta i odebraniu paczusi od Kocurro, korzystając z pobliskiej ławki napisałam jeszcze pod postem kilka słów, dodałam dwa zdjęcia, zaktualizowalam posta. I nagle się okazało że są to ostatnie napisane na srajtfonie słowa, ostatnie działania. Strajk totalny i wymówienie pracy w tempie natychmiastowym. Martwota. Totalna. Nie da się włączyć. Zrobiło się tak w ułamku sekundy.
Napiszę Ci Czytaczu, że przyjęłam to wymówienie ze zrezygnowanym stuporem, ot jeden nosorożec-patrz poprzedni post Czytaczu, zblakł i zmalał, ale za to ten drugi znienacka na mnie usiadł. Po kilku bezowocnych próbach, takich przypominających bezradne kiwanie przysiadniętą nosorożcem rączką, już tylko siedziałam martwo wpatrując się w martwy sprzęt. Nie wiem jak długo. Pustka we łbie. Wszystkiego nagle mi się odechciało, paczka na rowerze od razu stała się nieważna, wybacz Kocurku, wszystko się stało nieważne i bez sensu.
Tak działa pani d., a mam nadzieję że nie znasz Czytaczu mocy zadanego znienacka przez nią ciosu. Miesiącami się po nim człek podnosi.
Ale.
To moja dzielnica.
Chcę czy nie wypełniona jest w znacznym procencie znanymi twarzami. Jednych od lat mijam na ulicy, nie znam ich, po prostu regularnie widuję. Inni rozpoznawalni bardziej.
I cud. Nie jedyny tego huśtawkowego dnia.
- Dzień dobry. A co pani tak siedzi? Ma pani coś dla mnie?
Regularnie spotykam tę kobietę, ona w moim mniej więcej wieku. Psiara, kociara, babcia wnukom. Bezimienna dla mnie, tak jak i ja dla niej. Napotkana wielokrotnie przy okazji przeglądu śmietnikowych wystawek, a już przy pierwszym spotkaniu prosiła, że jeśli znajdę cokolwiek komputerowo-elektroniczno-komórkowego, to ona bardzo prosi żeby zostawić to dla niej. Syn potrzebuje, zna się, naprawi, wykorzysta, zużyje. Znasz Czytaczu mój stosunek do wyrzucanych dóbr. Dobrych dóbr. Wiesz Czytaczu że nałogowo oglądam przyśmietnikowe wystawki. Wiesz o garażówkach i dlaczego. Więc kilka razy komputer, komórka, e-bok, sprzęt do domowego multikina. Komputery były ze trzy. Chyba. Może więcej, od ponad roku zostawiałam dla niej fanty. Różne. Monitory, myszki, klawiatury i konsole do gier też. Nie wiem czy działające, pewnie niekoniecznie mimo niezłego wyglądu. Nachalna, nie przywykła do uprzejmości, nawet zwykłe "dzień dobry" jakieś takie trochę jak obelga, no ale bardzo jej zależało na tych moich znalezionych fantach.
A niech ma. Widać było że jej rodzina tego potrzebuje, tych paru groszy. Nie każdy lata do Mopsu czy wystawia łapę żebrzącym gestem, ogrom po prostu tego nie robi, radząc sobie przy wykorzystaniu umiejętności własnych i surowców znaleźnych. Złomiarze, ludzie zabierający wyrzucone drewniane meble, ciuchy, nawet domowe kwiaty, no multum ich, są też tacy co nie przepuszczą wystawionej żywności. Bywa . Bardziej ten sposób mi przemawia do wszystkiego w organiźmie, niż dziedziczne etaty we wszystkich punktach pomocowych. Przecież z racji pracy w punkcie znam i takich tuptusi, etatowych, ich rodziny też etatowe w następnym pokoleniu. Oni niewiele umieją i nie chcą umieć poza wyciąganiem rączek. Tak to wygląda, obok naprawdę potrzebujących etatowe tuptusie. Część tych którym pomoc potrzebna ręki nie wyciągnie, bo by im uschła. Wolą śmietnik.
- Nie mam. - nieuprzejmie nawet na nią nie spojrzałam, głowa nadal opuszczona, głos z trudem opuszczał krtań. Cichutki. Stupor Czytaczu.
- CO SIĘ STAŁO?!!!
Podniosłam bardzo niemrawo ważącą tonę rękę ze smartfonem.
- martwy. - nie miałam sily na tłumaczenia.
- Pani to da. - właściwie wyłuskała mi telefon z tej podniesionej ręki - wieczorem oddam, wiem gdzie pani mieszka. Syn zobaczy.
Przesiedziałam jeszcze długo, z dwie-trzy godziny na ławce, było mi wszystko jedno, nic nie miało sensu. Gdyby nie futra to pewnie siedziałabym tam do teraz.
Ale przez futra się ruszyłam. Starczyło sił na ich obsługę i na nic więcej. Zasnęłam. W butach, bo po co ściągać? Paczka została na byle jak zaparkowanym pod blokiem rowerze, nieprzypiętym. Bo po co?
Wieczorem obudził mnie łomot do drzwi. Zombi otworzyło. Z dużym ociąganiem.
- Ma pani.
Telefon właściwie ciśnięty, i już zbiegała ze schodów. Bez pożegnania i wyjaśnień, bez czekania na jakąkolwiek reakcję, czyli syn nic nie zdziałał.
Pani d. robiła co mogła, ale futra wymagają, więc tym razem mnie nie ululała. Ale zombi wlokło się po mieszkaniu, takie na chwilę przed ostatecznym zgonem.
Gdzieś tak tuż po dwudziestej pierwszej wzięłam w rękę srajtfona, odruchowo, odruchowo kliknęłam włącznik, tak zupełnie bezmyślnie. Jak to zombi.
Jak widzisz Czytaczu srajtfon działa.
I to lepiej niż przed zgonem. Da się pisać bez połowy problemów bo nadwrażliwość ekranu se poszła. Potem się okazało że tępota nie całkiem, są flauty i nieczułości, trzeba kilka razy stukać w co którąś literkę, ekran nadal jest oddzielnie od reszty.
ALE DZIAŁA. Nosorożec schudł i wyraźnie zmalał.
CUD.
Od razu jak fala przyszło ożywienie.
Co to ja miałam? Aaaa, pranie.
Ale może nie maskotki, może te codzienne łachy, bo przy przedsennym rozrywaniu saszetek sosik poszedł na bluzkę. Ileś tam innych łachów też wymaga. Teraz ściągnięcie pofajdanej, umycie się, pakowanie torbiszcza i będzie jazda. Kruca bomba, mało casu. Paczka z roweru powędrowała do piwnicy, trudno, zapomniałam o niej. Potem. Wszystko potem.
W laundromacie władowane brudy tym razem bez dodatkowych wsadów odwaniacza, niepotrzebny. W przypływie brawury wrzucone w bęben noszone tekstylne buty i sweter. No dobra, włączamy.
Zonk.
Nie da się, dotykowy ekranik ustawiony na funkcjach administracyjnych, potrzebne piny i hasła, nie da rady tego obejść.
To ożywienie po zombi kazało szukac drogi wyjścia. Telefon, BO MAM TELEFON, na wskazany na plakacie numer. Nie odbiera. Nie rezygnuję. Za moment SMS z tego numeru. Administrator instytucji, nie może rozmawiać, ale pisać tak, może. I sobie popisaliśmy, ja wciąż w szoku że MOGĘ tak prosto i łatwo. Pranie i suszenie zrobione bardzo sprawnie bez udziału nieczynnego chwilowo urzadzenia, zdalnie, co też jest swego rodzaju cudem, tyle Ci Czytaczu napiszę.
Poprzedni post był słuszny. Polecajka właściwą.
W suchych wypranych butach i suchym wypranym swetrze dojechałam do domu grubo po pierwszej. Słaba z emocji, ale w euforii. Dziś zaspałam, no trudno. Paczkę dopiero wniosę i rozpakuję. Bo dziś też się dzieje, już nie tak dramatycznie dziwnie, ale dzień pracowity i jednocześnie słaby. Przeładowany koniecznościami i zakatarzony. Bo może i był i jest upał, ale jazda ciemną dość zimną nocą bez czapki swoje zrobiła. Wszystko idzie niezbornie i niemrawo.
No dobra, idę po paczkę.
Fot nie mogę wkleić.
Nara Czytaczu
ŚRODA i CZWARTEK
Wczoraj i dziś.
Z racji tego że wszystko wczoraj co po punkcie było rozlazłe, nie wyrobiłam się, do domu wróciłam późno i umęczona. Co po punkcie to takie było. Bo tam. No tam była orka. Ranne zaspanie spowodowało że pedałowałam bez opamiętania, byle zdążyć przed ósmą, lub chociaż chwilkę po ósmej. Sukces, udało się. I z marszu nastąpiła krzątanina i latanina, do jedenastej. Norma, tam tak jest, trzeba zapisać ludzi wydając żetony, trzeba posortować przywieziony z netto warzywny chłam, poczęstować czymś drobnym dobrym wpatrzonych w zajęte łapy oczekujących na wydawkę, potem wydawanie i sprzątanie po. Nie wygląda to szczególnie męcząco przy pisaniu, ale uwierz Czytaczu, bywa bardzo. I denerwująco. Wczoraj było do pewnego momentu do zniesienia, potem nerw mi strzelił na chamstwo, takie że nie przejdę nad tym chamstwem bez słowa. Wczoraj, gdy chamstwo się wykryło, jego sprawcy już se poszli, zaopatrzeni w dobra jak należy. Ofiary chamstwa nie. Ofiarom nie można robić kęsim, dla nich już zaopatrzenia takiego jak być powinno nie było, ofiary są ofiarami. Krzywda i dla mnie, nie dalo się rozladować nerwa na winnych ale... Chamów i chamki dopadnę jutro. Bo przyjdą najprawdopodobniej, wydawki są w poniedziałki, środy i piątki.
Potem środa zrobiła się taka, że Czytaczu, aż mnie cofa przed opisem. Nic strasznego, tylko taka niezgrabna, niezborna, ze ślimaczącą się niemożliwie akcją pełną falstartów i poślizgów. Może dlatego że echo po wtorku, może to że nie dało się naprawić krzywdy, cholera wie.
To nie mnie skrzywdziło.
Ale.
Nosz, jasna dupa
To że pani d tak łatwo mi się w życiorysie zagnieździła częściowo zawdzięczam pracy. Dekady gdy NIC nie mogłam poradzić na cudzą dziejącą się w niej krzywdę, na krzywdę własną też niewiele mogłam.
Więc do cholery, nigdy więcej praca w której szujostwo. Nawet drobne i nie wobec mnie.
No, miejmy nadzieję że rzecz się uda naprostować w piątek. Chodzi o zasady, mają nie być szujowe. Chamów nie naprostuję, zdaję sobie z tego sprawę, nie mam zresztą zamiaru,
Rzecz polega na tym Czytaczu, że punkt działa dłuuugo. Był pod zarządzaniem kilku osób w trakcie tej długiej działalności, zmieniały się, tak jak adresy działalności. I zasady rozdawnictwa. Siłą wieloletniej tradycji chyba istnieją tam zapisy i żetony.
Zapisuję rano nazwiska tych co przyszli, w kolejności takiej jak przyszli. I według tej kolejności, rzeczywistej powinni wchodzić i otrzymywać dobro. Zgadza się?
Nie do końca. Część przychodzących to grupa "specjalna", z rozmaitymi niepełnosprawnościami, oni za zgodą zarządzającego ojca są obsługiwani inaczej. Część z nich nie wychodzi podczas przygotowań do wydawania, obsługiwane są wg. klucza, jedna osoba "specjalna", jedna z zewnątrz, bez przywilejów. Ok. to jest, nie chciałabym widzieć blisko stuletniej babusi sterczącej pod oknem a przyszła trzydziesta.
Przy zapisach, za kaucją w kwocie 2 zł wydawane są żetony-numerki, przy wydawaniu dóbr żetonik jest odbierany, dwa złote wraca do kiesy. Tak jest w poniedziałki i środy. W piątek, dzień najobfitszy w dobra, kaucja za żeton-numerek wynosi 3 zł i jest bezzwrotną. Idzie na częściowy zwrot kosztów własnych punktu, symboliczne kwoty wychodzą wobec całości kosztów. Można też powiedzieć że symbolicznie się płaci za dobra otrzymane, symbolicznie choćby za te trzy bochenki chleba dostane w ciągu tygodnia obowiązkowo i zawsze.
Nie wszyscy mają te drobne monety. Znaczna część ludzi przychodzi bo ogólnie nie ma. Więc nie wszyscy biorą żetony-numerki.
Co daje wzięcie i zapłata za żeton? Ano, coś daje. Punkt obok chleba i warzyw kupuje i inne produkty. W ilości 40 sztu na ogół, coś, jeden raz w tygodniu. Nie musi, to jest dobra wola klasztoru że są te zakupy dodatkowe. A w dniu wydawki jest pięćdziesiąt sześć zapisanych osób, z czego trzydzieści pięć miało na kaucję za żeton. Kumasz Czytaczu? Jasne jest, że te pięć sztuk czegoś dobrego pójdzie do osób wg. uznania wydającego, tym, co żetonu nie "kupili". Wszystko w rękach tak naprawdę wydającego. Bo jeśli wydajacy uzna, że zamiast paczki zakupionego mięska mielonego, bezdomny i niegotujący "żetonowiec" dostanie kupioną kiedy indziej puszkę gulaszu angielskiego, to na ogół wydający wie co robi. Nieżetonowiec nie zobaczy ani mięska, ani puszki. Chyba że wydający zadecyduje inaczej.
Nie ma wyjścia, takie zasady obowiązują od lat, dobrze że choć część ludzi ma szansę na drobny luksus, bo takim właśnie "luksusem" jest te kupione 40 sztuk czegoś. Mięsko najpopularniejsze, ale i masełko. Albo kakao i mleko. Olej. Różnie.
Pewnie że byłoby super gdyby każdy dostał, no ale co, dołożysz lub dokupisz Czytaczu? Tak tydzień w tydzień? Przez rok, dwa-trzy lata? Albo tak jak klasztor, przez te dzieści lat ?
Więc godzę się z żetonowym kryterium, zresztą one nie niezmienne, bo uwaga, jest np. kilku jaroszy. W dupie mają i konserwy i mięsko. Dostają coś innego atrakcyjnego, jeśli jest na stanie.
Ale.
Żetonowe pańcie, takie etatowe w łażeniu po punktach, bliskie dostania praw emerytalnych z tych etatów, wypchnęły mi z kolejki kobietę w zaawansowanej ciąży i bezdomnego faceta. Łatwo zgadnąć że nie mieli na kaucję, stąd numerka nie dostali. "Wy na końcu, zawsze najpierw ci z numerkami".
Może tak było te ileś lat temu. Teraz tak być nie może. Forsa może mieć znaczenie w większości spraw, ale nie może decydować o tym kiedy ktoś przyszedł.
I te ofiary stanęły grzecznie na końcu kolejki. Za takimi co to mi się nie meldowali. A ja pilnuję żeby ci co zapisani dostali przyzwoite porcje. Zawsze też daję odrobinkę mniej niż mogłabym, bo zawsze, zawsze ale to zawsze, przyjdzie ktoś kto nie zdążył przed wydawaniem się zapisać. Często głodny. I tak, oni też nie wyjdą z pustymi rękami, ale szans nie mają ani na mięsko czy konserwę, ani na wiele więcej niż pomidor z jedną pomarańczą. Najgorzej gdy taki głodny przyjdzie gdy nie ma już nic.
Kobieta w ciąży dostała właśnie taki zestaw witamin. Bochenek chleba, jeden niewielki napój. Bezdomny ostatnie dwa nieładne banany, chleb, już bez picia. Po blisko trzech godzinach stania. Prowiant na dwa dni. A wpisywałam ich po ósmej. Fajnie?
Cała środa była z pamięcią spuchniętych nóg ciężarnej, psiej rezygnacji w oczach bezdomnego.
Duet pań Halinka/Reginka do przetrzepania. O ile to one. Nic to, będzie wrzask ogólny. Rzadko wrzeszczę ale na ogół skutecznie
Howgh.
Przeddeszczowe widoczki. Zdziśki z jasnogórskiego parku. Co jest, czemu blogger nie widzi większości zdjęć?
No i czemu nie mogę wkleić wiewiórro dla Kocurro? Ktoś wie?
JEST. Dlaczego dopiero w piątek widać zdjęcia z czwartku ? To tak teraz jest?