Rrr czasem o kotach
Blog był na próbę. Czy umiem, czy moja codzienność na to pozwoli, czy będzie mi się chciało. Mam na imię Romana i jestem unikatem, tak jak mój numer PESEL 50+. Żaden ze mnie cud . Jestem obrośnięta kotami, książkami, myślami o roślinach i tysiącami zaczętych spraw. Siedem wiatrów w tyłku, wciąż i ciągle, ale blog jest.
Czytają
piątek, 29 maja 2026
Notatka 573 Blisko Jasnej Góry. Mineraly bardzo ozdobne.
środa, 27 maja 2026
Notatka 572 Ryszarda musiała
Piątek, sobota, niedziela. Były. Poniedziałek i wtorek też.
W niedzielę było duszno i tropikalnie, szklarniowo wręcz, a przecież to jeszcze nie lato. Tak było, że jeśli niedziela zwiastunem letniej pogody, to strach się bać. Lata. Zalegałam z futrami, żałując że Jacuś koniecznie musi zalegać przy moim ciele i że temu ciału jednak niewygodnie byłoby zalegać na chłodnej podłodze obok Felusia. Rysia też zalegała, jak zwykle na wysokości. Ruszyliśmy się solidniej dopiero gdy soczysty obfity deszcz pod wieczór spłukał szklarniową duchotę i senność. Motorki w tyłkach, otrzeźwienie i wszystko naraz. Ruchy, ruchy, wytoaletować się, ogarnąć, pędem dawać jeść i samej jeść. Tylko Rysi nie otrzeźwiło. Jak sobie leżała przed deszczem, tak i po.
Zlekceważyłam, pamiętając jak wściekle aktywnie kicia spędziła znaczną część sobotnio-niedzielnej nocy. Ma prawo odsypiać.
Bo Czytaczu, pamiętasz że ona zawodowo uprawia hokej wielokrążkowy? No i sobie pouprawiała, tyle że tym razem w roli krążków wystąpiły nie leciutkie piłeczki, papierki czy drobne zabaweczki i śmietki, a cztery solidne cebule, trzy czerwone i jedna czosnkowa. Uparła się na nie, zbierane wytaczała z koszyka, za drugim zbieraniem nawet nie czekała aż wszystkie w nim będą, czerwoną z zielonym szpicem szczypioru wytrąciła mi z ręki. No trudno, sąsiedzi z dołu wyjechani, blok i tak wibruje od niskich tonów, niech ma bawidło, cebulom nic nie będzie. Nic dziwnego że zalega, przy jej zwykłych krążkach do hokeja te cebule to tak jak piłki treningowe przy zwykłych.
Niepokój tknął mnie późnym wieczorem, w nocy panika, w poniedziałek rano wet. Coś nie tak.
Wieczorem zdejmuję z ambony. Syczenie, bardzo była niechętna zmianie lokalizacji, nigdy w życiu nawet pazurka czy ząbka na mnie nie wyciągnęła, syczeć syczy gdy wg. niej krzywdzę. Braniem na rączki?! No co jest? A może zjadła jakąś łupinę, jedna cebula ma ułamany szpic szczypioru, zjadła?! Przecież kotom nie wolno! Podstawiam miseczki, nic. Zero reakcji, a przecież to wołoduch.
Trudno, macany brzuszek, zwykły i pozwala na dotyk. No napiła się. Kuweta? Nie. To nie.
Śpi tam gdzie zostawiłam, na stołeczku. Stawiam na tapczanie. Kładzie się natychmiast, burcząc. Kota Ryszarda IV Waza nie chce wstać, nic jej nie obchodzi kuweta, picie, jedzenie. Syk przy braniu na ręce, postawiona natychmiast się kładzie na boku, równie chętnie na prawym jak lewym. Byle nie stać, kocia uparcie wywrotna. Omacane łapki, brzuszek, wszystko ok.
Ale nie chce wstać. Już niedługo do poniedziałku, rano do weta zamiast do punktu.
Transporterek, ulica, tramwaj, wet - wszystko witane z obojętnością, i Czytaczu, tak to jeszcze nie było. Najbardziej chore z futerek reagowały, bały się wyrażając swój dyskomfort miaukiem choćby, a Rysiunia nie. Przez tę obojętność kiciuni to mój zawał na miejscu o mało co, im dłużej Rysia była samą obojętnością tym bardziej mnie ogarniała panika. Taką to mnie wetowie do tej pory nie widzieli, jaskrawy kontrast z kocią pacjentką.
Powtórnie omacana u weta, solidniej i bardziej fachowo, zbadana temperatura, krew w podstawowym zakresie, pyszczek, no i niby wszystko dobrze, a się pokłada. Zginane i prostowane łapki zabiera bardzo stanowczo, ale tak jakbyśmy byli drobną niedogodnością, obojętnie. Apatia.
Mówię że maleńki Feluś też miał podobnie, niedobite robale zaatakowały układ nerwowy, przestał chodzić. Nie, raczej nie. Co możliwe u kota wychodzącego z bezdomności to niemożliwe u niewychodzacego domowego od dzieciństwa. Ale Rysia dostaje maź do pyszczka, ja strzykawkę z mazią dla pozostałych futer.
Obserwować, strzał przeciwbólowy/antyzapalny, taki długoterminowy, nawadniający wlew podskórny i obserwować. Telefon gdy coś się zmieni nawet po zamknięciu lecznicy, prywatny numer dostałam.
Po wecie Rysia zasnęła na trzy godziny, tak do nieprzytomności, wyjmowałam z transporterka samą ospałą bezwładność. Też budząc mój strach tym snem, bo tak to żaden kot nie zasnął mi nigdy po po wecie, w drodze od. Jacuś maluszek zasnął, bo był intensywnie bujany, ale jednak zwyczajnie a nie tak do bezwładu. No nic, śpi to niech śpi. Ale niewiele brakowało żebym się do weta wróciła, nerwowo cóś mi było gdy spała.
Po obudzeniu inny kot, kot co ma potrzebę skorzystania z kuwety, picia, jedzenia. Do mnie się poprzymilała, upominając się o dokładkę, dojadła. Po czym poszła do Felusia na tapczan i odwaliła toaletę, swoją i felusiowych uszek.
Ufff. Odetchnęłam. Wet chyba też. Zastrzyk jest dwudobowy, gdyby w środę rano się pogorszyło zaprasza, ale wydaje się że może to nie być potrzebne.
Musiała wcale nie spać, trwając w bolesnym bezruchu i dopiero moc zastrzyku pozwoliła naprawdę zasnąć.
Musiała sobie nadwyrężyć łapki, może przy którymś skoku z ulubionych meblowych turni, może wcześniej cebulowym hokejem.
Tak myślę, bo teraz Rysia chodzi, Rysia nawet delikatnie skacze, nawet wdrapuje się na niższe wyżyny, ale ten ruch w porównaniu do tego sprzed nieruchawości, to jak samochód osobowy przy wyścigowym i jak auto niedzielnego kierowcy przy miejskim autobusie. Ale przyspiesza, i zanosi się że znów będę miała kocie ferrari intensywnie kursujace po chałupie. Szybko to będzie. Dziś lepiej niż wczoraj, wczoraj lepiej niż w popołudniowy poniedziałek. Nie było potrzeby wetowania.
To nie tak że kursuje bez przerwy, po prostu Rysia jest kotunią żyjącą na pełnej petardzie, jak zabawa, jedzenie, kuwetowanie, mycie się, sen, czy pieszczoty, to całym sercem i ciałem. Impet, stąd stłuczona kilkukrotnie od niej cięższa miska na wodę, dlatego wszystko przy niej leci, dlatego Feluś ucieka gdy go myje. Za intensywnie to robi, ot co. Zapieścić też jej się nie da. Tak jak nie da się nie pogłaskać, bo nie da się zignorować gdy chce lub nie chce. Stanowczość, na głowę wejdzie, by być pogłaskana, a jak dość to dość, bo teraz kicia ma inne zajęcia.
Wraca to, ta intensywność zachowania. Ufff.
Nie jest żle, ale co mi strachu napędziła!!!!!
Każde z moich futer widać musi. Przy każdym był ten moment grozy, tym bardziej straszny że czasem nie było heppyendów.
Kicia pod obserwacją.
Bloger, nie bądź łoś, daj wstawić cykankę Rysi.
Uuuu. Bloger, dlaczego akurat TA cykanka?!
Przecież ona jest stara, gdzie dzisiejsze?!!!
piątek, 22 maja 2026
Notatka 571 będzie się działo.
Na wszelki wypadek zaraz po powrocie do domu spróbuję łupnąć się spać. I tak lecę z nóg, może uda się zasnąć. Bo prawie bezsenna była noc, za późne położenie się spać, sen przerywany pobudkami z niepamiętanych koszmarów, zbyt nagle gorącym dotykiem śpiących ze mną futer, skokiem Jacusia w końcu.. Więc trzeba nadrobić, bo o porze właściwej dla snu może się okazać, że dupa, nie da rady.....
Oczywiście nie wiem tego na pewno czy w tym roku tak będzie. Ale przysiadłam w połowie drogi z punktu, jest trochę przed trzynastą, do miejsca spodziewanej akcji jakiś kilometr z kawałkiem, a słyszę że coś dudni, ktoś coś nadaje z rapowym rytmem. O, ucichło. Ustawiają chyba nagłośnienie. Albo może to nie z politechniki.
Ucichło to muzyczne coś, ale to nie znaczy że zrobiło się cicho. Kosiary chodzą po przyblokowych trawnikach, koło mojego bloku wczoraj skosili tylko pół zielonego, więc myślę że też będzie rzegot.
No nic, trzeba się ruszyć i rzeczywiście choć spróbować złapać godzinkę snu.
🌼
Acha. Akurat. Nie z nami te numery R.R., nie pośpisz. Próby, nie to że ciągle, ale skandowanie rapowe już drugi raz, i tak, to z politechniki. Jest dzień, moc dodatkowych dźwięków, więc stłumione. Ale jest nadzieja że to już maksymalna głośność. Da się wytrzymać, a jutro może nawet z przyjemnością posłuchać.
Bo Juwenalia, Czytaczu, a dziś będzie wieczór rapu. Nie kocham i niespecjalnie lubię. Za to w sobotę będzie rock, taaak, to już lepiej.
Ale teraz próby zaśnięcia bez szans na powodzenie, mimo że kosiar pod oknami nie ma. Raz te próby, dwa że na zgubę swojego spokoju przyniosłam z punktu gałązkę kocimiętki, z myślą żeby może ukorzenić. Prawdziwej kociej kocimiętki. Taaa.
Podczas pobytu w łazience reklamówka rozdrapana natychmiast, gałązka w kilkunastu fragmentach, reszta zawartości rozdrapanej torby robi za legowisko dla Felunia, rozanielonego do maksimum. Musiało przejść zapachem, a może gdzieś pod nim jest listek? Ale Jacuś i Rysia urządzają sobie cichutkie przepychanki-bójki i wojenki partyzanckie o coraz mniejsze zielone fragmenty. A przerwach pomiędzy cichymi bojami przychodzą nachalnie domagać się pieszczot.
Kocimiętka na pewno uspokaja futerka? Hmmm.
Muszę spod Felusia wyciągnąć pierogi. Kupiłam po drodze w biedronce. Jeszcze tak naprawdę nic się nie dzieje. Tylko jedna studentka kupujaca alkohol, młodzież jeszcze się nie wyroiła na ulice, dłuugie przerwy pomiędzy próbami głosu, mikrofonu, nagłośnienia. Miejsce akcji co prawda ogrodzone szczelnie metalowymi płotami (z rozpiętą na nich czarną folią już niekoniecznie tak szczelną), ale niemrawy prawie bezruch w widocznym fragmentami miejscu akcji.
Jem i pasę futra, i w momencie one idą zalegać. Może wiedzą co robią, idę do nich.
Proszę się posunąć..
🏵
Odkąd imprezy juwenaliowe nigdy dotąd nie było tak cichej. Prawdopodobnie trochę inaczej ustawione nagłośnienie, może akustyczna trauma w tym roku dotyczy blokow sto metrow dalej. Teraz ulga, to co słyszę jest stłumionym łomotem rytmu techno, naprawdę stłumionym. Bardzo fajnie, tak twierdzę dzisiejszej nocy gdy łupią techno-rapem. Może nawet to powtórzę gdy będzie rokowo.
🌼
Uuuu. Druga. Jednak nie da rady spać. To nie bezpośrednio przez hałas, ten w porównaniu z poprzednimi latami żaden. To przez tajemnicze drgania, gdy dźwięk zbyt niski. Cały blok tak delikatniutko wibruje-drga. Delikatnie, ale odbiera to całe leżące ciało, od skóry na głowie, przez zęby, kości, po koniuszki stóp.. wrażenie mniej dokuczliwe gdy pozycja bardziej pionowa. Tego to jeszcze nie było. Uuuuuu.
No dobra, impreza wyraźnie ma się ku końcowi, te drgania-wibracje to od odtwarzanego z maszyny techno. Żaden ludzki głos już od godziny go nie skaził. Czyli jeszcze trochę, może godzina -półtorej i będzie spokój.
Nara Czytaczu, i patrz jakie to dziwne. Najcichsza z dotychczasowych imprez, a i tak nie da rady spać.
czwartek, 21 maja 2026
Notatka 570 po szczupaczku o lotach na Ukrainie
Mogło mnie skrzywdzić strasznie, mogło by mnie wcale już nie być, nie myślę, mam więcej szczęścia niż rozumu.... gadaniu dziś nie było końca. Niepotrzebnie powiedziałam dlaczego się krzywię przy schylaniu, no i się zaczęło. To znaczy też by było gadanie, ubiegły piątek dostarczył żeru, ale może byłoby mniej intensywnie. O połowę.
Teresa wykorzystała że czwartek jest dniem administracyjnym bez ludzi i gadaniu nie było końca. Dla niej. Dla mnie nie było miejsca i szansy na gadanie, nie dała. Dzięki czemu wiem że czwartek nadal jest moim najmniej ulubionym dniem tygodnia......
Bo Czytaczu, ona jest matką. Wiekowo na jej córkę pasuję i czasami mnie ta jej matczyność zahacza. Czasami matczyność zahacza, czasem inne teresowe instynkta, przed którymi też ciężko uciec......
Teresa ogólnie jest intensywna, wiek na to nie pomógł. Gdyby nie to, że podstawa charakteru Teresy to złoto i diamenty, dawno by ją ktoś ubił za te instynkta intensywne. Takie są.
Ech.
Opowiedziała w piątek rodzinie jak leciałam za łachmytą, a w rodzinie ma taką co pracuje przy miejskim monitoringu. Ta z rodziny obejrzała sobie panów, mój bieg i odzyskanie monetek i wybuchła bluzgiem pomieszanym z pytaniami retorycznymi.
Czemu nie było powiadomienia policji, czemu leciałam sama, tak mi się nie chce żyć że umrę za cudze grosze? Wczoraj bluzg był do Teresy, dziś mnie przekazany z licznymi dodatkowymi barwnymi wypowiedziami i na temat piątku i na temat świeży dla Teresy, czyli szczupaczkowania.
Zostałam oprócz wtórnego bluzgu i pierwotnego bluzgu przytłoczona matczyną troską Teresy oraz pytaniami i wiedzą z miejskiego monitoringu na temat panów.
Otóż to są regularni grasanci po autobusach, małych lokalach gastronomicznych, tłumkach ludzkich. Z narzędziami tnącymi torby i paski toreb. Z małpimi łapami manipulującymi po cudzych kieszeniach. Ulatniają się zawsze spokojnie (ten luz przy spacerku do Jasnej Góry!), a ludzie bardzo rzadko zgłaszają, nie będąc świadomi kto ich obrobił i że widać kto na miejskim monitoringu. Na jednym jesiennym nagraniu gdzie pobity pijak, też prawdopodobnie oni, pijany bronił się przed brutalnym rewidowaniem i został pobity i skopany. Figury pasują, twarzy nie widać....
Pisałam tu, do Teresy też od razu mówiłam, że wtedy przy gonitwie za panami nic nie myślałam, odruch, instynkt i już. Że udało się z zaskoczenia. Na kazanie-gadanie-kwokowanie nie pomogło nic a nic.
Mam nadzieję że ta górka na której odwaliłam szczupaczkowanie nie ma kamery, a jeśli kamera jest, to bez znajomości dokładnego miejsca i czasu zdarzenia osobie monitorującej nie będzie się chciało szukać. Gdyby się dało tak samej, bez konsekwencji w postaci opieprzu (który dziś przecież solidnie zaliczyłam), zobaczyć zajście. Jednego jestem ciekawa, wiem co działo się ze mną, wyrzuciło mnie po prostu nad kierownicę, cudem puszczoną, więc od pierwszej sekundy lecieliśmy oddzielnie, ja płaskim szczupakiem a rower to nie wiem. Jak on leciał? Dlaczego tak dziwnie poskręcany tuż za mną?
W sumie nieważne. Ważne że się udało, a znowu nie boli aż tak jak przy poprzednim locie.
Bo to mój trzeci lot z roweru.
Pierwszy i drugi były na Ukrainie, marka rowera taka, radzieckiego rowera. Rowera czy roweru? Nikomu się wtedy nie śniło że może istnieć państwo Ukraina.
To był rower w zamierzeniu rodzinny, kupiony w Bratysławie przez Łojca. On zawsze za swoją kasę chciał solidości, ale jak najtaniej. Były inne, trochę droższe, dużo lżejsze w budowie i w wadze. Moja Mama protestowała mówiąc że jak rower ma służyć wszystkim to nie ten, dla niej za ciężki. Dała kasę wskazując inny, miał go kupić i przywieźć przy jeździe do domu, wtedy wracałyśmy bez Łojca. Owszem, kupił rower, przyjechał, przywiózł rower. Ukrainę, bo taki tani i solidny. Mama przejechała dziesięć metrów i powiedziała:
- NIE. Oddaj to co dostałeś na ten inny. Ten zabierz. Nie da się na nim jeździć.
Skończyło się na tym że jeździłam ja, klnąc i kapiąc litrami potu. Innego roweru nie było.
Budowali wtedy promenadę Niemena, spacerowy asfaltowy trakt po tych czterdziestu latach dziś jest na nowo rozbabrany. Tyle że teraz rozbabrany remontem modernizacyjnym idącym od początku, wtedy nowiutki asfalt sięgał prawie do samego końca promenady. Prawie. Promenada Niemena ma bez trzystu metrow dwa kilometry, nie było jeszcze może dwustu metrow asfaltu. Ten koniec asfaltu był jak ucięty, tuż za asfaltem dopiero zasypywany dół po wybieraniu żwiru. Też zjazd z górki, tylko że wtedy dół i koniec asfaltu widziałam od samej prawie chwili zjazdu ze szczytu górki, z jednej strony (tej od której wjeżdżałam), baaardzo łagodnej, a od szczytu już nie łagodnej. Dałam ostro po hamulcach, całkowicie w porę. To była Ukraina, klunkier. Cholernie ciężki pod każdym względem. Szybki, owszem, ale prościej było go prowadzić pod ciut mniej łagodne wzniesienia, przy zjazdach natomiast szatan nie kogut, rozpędzał się w momencie tak że ferrari by dogonił. Hamować należało przy byle spadku trasy, bo ten rozpęd....
Gwinty i śruby w nim wiecznie się rozkręcały. Ni z tego ni z owego, a to siodełko przekręcone pod tyłkiem, a to obrotowa kierownica. Bagażnik był nie do opanowania, jego zatrzask też był na pokrętło z jakąś sprężyną. I albo wypuścił podczas jazdy spod siebie trzymaną rzecz, albo chciał uciąć rękę przy obsłudze. Co trzymał nie miało znaczenia, mógł nic nie trzymać i fiksować kłapiąc zatrzaskiem.
Rower był klunrem. Solidny inaczej, jednym bardziej zrozumiałym zwrotem określając.
A poleciałam, bo radzieckie spawanie przy tym akurat hamowaniu też okazało się solidne inaczej, urwały się oba mocowania tylnego koła. Jednocześnie i absolutnie znienacka przy naciśnięciu hamulca. Wywinęłam salto widząc jak rower jedzie nadal, zgrzytając ramą bez tylnego koła o nowy asfalt. Samodzielne koło popruło w dół, do samego żwirowego wyrobiska, wyskoczyło z niego i dopiero przy tym wyskoku przekręciło się tak, że legło. Oba elementy mnie minęły, nieruchomiejąc daaaleko w dole. Jakimś cudem wylądowałam jak akrobata, na stopach, podpierając się rękami. Nic mi się nie stało, zero obrażeń, żadnych boloków.
Rower wymagał natomiast spawania. A przedtem trzeba było i koło i zdezelowany pojazd jakoś do domu i tego spawania dostarczyć. Z racji tego że był klunkrem, to jego transport nadrobił doskonale brak uszkodzeń przy locie.
Ale został pospawany, na złe gwintowania spawacz też pomógł, dał w te gwintowane miejsca jakąś cienką błonę i rower się nie rozkręcał. No to jeździłam.
Do czasu drugiego lotu. Znów promenada , znów ten sam cel (tfudzialka), dwa miesiace później. I ta sama górka, z asfaltem położonym na zasypanym dole. Tym razem nie hamowałam, bo po co? Zdążę przed laskiem i końcem drogi.
Taa. Drugie latanie było skutkiem wkręcenia się w łańcuch i w piastę koła wiezionej na bagażniku ukochanej chusty. Rower tym razem poleciał ze mną, po salcie zrobionym łącznie puszczony wylądował tak, że poszło zawieszenie przedniego koła. Ja po salcie już bez roweru wylądowałam szczupakiem przed rowerem. Na płasko, i było szorowanie. Instynkt musiał zadziałać, koniecznie nie chciałam lądować na Ukrainie i udało się. Tyle że wtedy, o matko. Odebrało mi oddech. Zero nóżką, zero rączką. Krwawo od szorowania po asfalcie. Goły poraniony przód. Przedramiona. Czoło też ucierpiało, musiałam nim walnąć, guz był taki z dużych. Nikogo wokół. Bezludzie, co nie do uwierzenia skoro tam teraz bardzo ludna dzielnica obok. Bardzo długo się zbierałam.
A tu gruchot z czarnymi strzępami chusty. Oddzielnie gdzieś tam scentrowane koło. Tym razem nie czułam się na siłach by targać grata. Wystarczająco mi dokopało wyrywanie z niego pociętego chustowego skarbu.
Bo tak, ja już wtedy byłam chustowo-szalowa. Chusta była z czarnej włóczki do której dodano metaliczną srebrno-złotą nić. Wielka, trójkątna, dwustronna, cienka, mięciutka i mocno frędzlasta. Wtedy letnie łaszki nie ochroniły, październikowy upał spowodował że nikt nie myślał o dżinsach czy sweterkach, chusta była wożona bo wieczory, bo ranki, Dłuuugo żałowałam utraty cuda, dużo szybciej zaleczyły się moje obrażenia. Wtedy chusta poratowała po raz ostatni, pozwoliła dokustykać do domu bez straszenia krwawym ciałem. Ciało ucierpiało, pewnie, mogło się skończyć dużo gorzej, ale lat trzeba było żeby w końcu zniknęły ślady po szorowaniu asfaltu. I tygodni by zniknął z czoła nabity guz. Po Ukrainę został wysłany Łojciec, i szczerze pisząc nie wiem z jakim efektem. Nigdy więcej jej na oczy nie widziałam, pytał się co prawda o adres spawacza, ale nie wiem czy w sprawie klunkra.
Rowery przestały mnie dotyczyć na ponad trzydzieści lat.
No. Głowa przestała pulsować. Będę żyć.
Dlaczego teraz jeżdżę na rowerze będzie nie teraz. Kiedyś tam.
Teraz to kwitną złotokapy i wisarie. Zauważ Czytaczu. Co prawda te foty to ofertowo-handlowe, ale rozpoznasz w naturze, mogą zachwycić. Mnie zachwycają.
Pisała R.R.
niedziela, 17 maja 2026
Notatka 569 obchód ksiegarni. Empik.
Nie wiem jak do ciężkiej zgryzoty mam zilustrować tego posta. Blogger widzi mi jako najnowsze nieliczne cykanki z dziesiątego maja. A mamy który? No właśnie. Kombinacje. Cykanki w album, wołamy album i wklejamy co jest. Ale tu też prosto nie ma, potrzebne czystki by zechciał taki albumik zobaczyć, na otwarcie czeka się długo, no i już wiem że może zawierać maksimum sześć cykanek. Jak więcej to kicha, jeśli taki albumik otworzy to widzi z niego pół zamieszczonych cykanek. A może go wcale nie otworzyć. Syzyf miał łatwo.











































































