Czytają

niedziela, 10 maja 2026

Notatka 566 garażówka z wiewiórro na sweterro.

 


Z ponad trzydziestu cykanek blogger widzi niecałą jedną trzecią. Wrrrrr. Z trzy sztuki słusznie niewidziane, ale reszta?! Wrrrrr.

No trudno. Kij bloggerowi w oko. Stara maksyma wciąż aktualna, czyli 

NIE NAM SĄDZIĆ CZY LOS SZCZODROBLIWY,

TYM CO NAM DAŁ BĘDZIEM SOBIE RADZIĆ.

Jedziemy. 

Cykanka powyższa to ze stoiska naszego małego sąsiada w handlu wyprzedażowym. Miał własne, całkiem samodzielnie obsługiwane, pilnująca mama tylko pilnowała z pobliskiej ławki.  Debiutował i podobało mu się, wypytałam przy okazji cykania napisiku,  jakże samodzielnie wypisanego. 

A u mnie tak ogólnie






A tak szczególnie. I tu powinny nastąpić foty cudów od Kocurro, najpierw one, potem reszta, a na końcu cykanka odbicia w wielkiej szybie sweterka z wiewiórka na mojej osobie. 

Ale sorry, mam to co blogger pozwolił zobaczyć, nie znalazłam sposobu by dobrać się do tego, czego widzieć nie chce. Myślałam że chodzi o czas, ale nie jest to całkiem prawdą, niektórych cykanek z wtorku nie widzi i dziś,  w niedzielę. 

Pamiętasz Czytaczu tego wielkiego psiura pranego w laundromacie? Tu nie mogę zwalać na bloggera, nie zdążyłam nawet wyciągnąć srajtfona. Po prostu on został porwany z marszu, jako pierwszy. I to ledwo rozpostarłam płachtę, zdjąwszy psidło z ładunków na wózku, a już psi potwór był w rękach olbrzymiego gościa, rozmiar faceta jak najbardziej pasował do maskoty. I już z psem pod pachą mała negociacia ceny.  Poszedł, porwawszy w ramach obniżki małego pingwina do towarzystwa psowi. Pingwin chyba miał być psią zabawką.


To teraz wysypię to cykankowe co blogger daje wysypać i co do wysypu jako tako sie nadaje.. Opis potem. Bo znów do akcji. A nie zdążyłam ani zjeść, ani, co gorsza umyć się jak należy, a tu znów coś trza. No, toboły wdźwigane, futra nakarmione, ten drobiazg napisany i wypita dla przytomności kawa. 








💢


Już z powrotem w domu. Dlaczego w złachaniu po garażówce jakieś akcje? Ano dlatego, że specjalnie na imprezę przyszła znajoma z prośbą. Drobną, ale zapowiadało się że jej spełnianie spowoduje że szybko talerza z żarłem to nie zobaczę, a powrót do chałupy to około północy. Bo Czytaczu, ona gada. Przekochany człowiek, co doceniam bardzo, i nie tylko ja, ale czas w jej towarzystwie to rzecz deficytowa. Chodziło o duperelę, a ona jest z tych cudnych ludzi którzy dbają o zwierzaki. Bezdomne, lub złedomne. Koty, psy, jeże, gołębie. Więc wiadomo, ta duperela to dla dobra fauny , nie odmawia się zrobienia takiej dupereli. O koty chodziło, żeby opatrzeć strzegącym napisem wystawioną przez panią M. budkę-karmnik. Prosze bardzo, mogę. Pani M da farbę, moje pędzelki.  Trzy literki, tylko trzy, no ileż to zajmie, kwadrans? Nawet nie. Ale nie z panią M takie numery, newer. Cel to kocia budka, z panią M wędrówka okrężna przez pół godziny, samotny powrót niecałe dziesięć minut. Do domu powrót, szłyśmy spod jej bloku te pół godziny, a do niej szłam sześć minut. Cała pani M. 

Na bezczela (bo w brzuchu warkot lada chwila, bo niedomytam, bo lecę z nóg), nie słuchając pani M, gdy dokarmiane koty jadły namazalam ten napisik na daszku budki. Moment, działanie spokojne, nawet nie spłoszyło koteczków. Nie uchroniło by mnie to przed dłuuugim wieczorem towarzyskim, ale cudek z tych spodziewanych, trafił się pani M,  gdy mazałam napisik TOZ, znajomek do rozmowy.  Pooszło, gadu-gadu na całego. Łaska boska, wcinać się do cudzych razchaworów niegrzecznie, więc łatwo tym razem sprułam. 

I tym sposobem gotują mi się ziemniaczki na późny posiłek, a ja ci tu bazgrzę Czytaczu. 

💢
O garażówce. 
Bardzo mi przykro Kocurku, nie da rady wkleić cykanek przysłanego dobra. One są wystawione wszystkie, ja w wiewiórczym swetrze, a  dokumentalnych cykanek blogger nie widzi. Może jutro zobaczy, ale nie liczyłabym na to. Bo widzi tę późniejszą, z powrotu. Znów dwie z dziewięciu.  


Ta druga nieudana. Na tej, ta dziwność na pierwszym planie to wierzch wózka z wiezionym do chałupy dobrem. Alejami, a co. 

Te cykanki z widokiem ogólnym stoiska dokumentują stan zaraz po rozłożeniu. Co zniknęło w torbach i rękach odwiedzających galerię, było zaraz zastępowane. Dużo zawiozłam, nikło ubyło. No, pies-monstrum zrobił różnicę. Naprawdę  był wielki.

Co sprzedane?

- maskota psa, pingwinek
- ptaszorek od Kocurro
- komplet obrazków ubabranych w fiolecie i wrzosie, cztery wąskie blejtramy,  fragmenty gałęzi sosnowej po odpowiednim ułożeniu (pion, poziom, pion, poziom, poprzesuwane to) dające cały obraz 
- misio
- jeżyk
- jeden z hipopotamów
- trzy talerzyki w róże, te mniejsze
- wiklinowa kula-koszyk
- jedna z kiecek, udawany Versace, druga jeszcze jest. 
- dwa ptaszki z modelarskiej żywicy.

Chyba to wszystko. Najdroższy z tego interesu pies. Zarobek średni, bywało i dużo gorzej i dużo lepiej.


Jak było? Mało ludzi. Ograniczenia wprowadzone przez galerię nie służą imprezie. Nie można biżuterii, wszystko co wystawione to nielegal, taki nielegal był na prawie każdym stoisku. Nieliczne nie miały. Chłopczyk z napisem, gościu  z częściami samochodowymi, ogólnie nielegalu biżuteryjnego nie miewali ci wyspecjalizowani inaczej, ale pana z wyłącznie  biżuterią sztuczną nie było. On byłby nielegalny po całości. Szkoda, mial cuda.
Nie można rękodzieła. 
Rozmiar stoiska ograniczony, ich liczba też, 

To nie służy imprezie, tak samo jak zamknięcie w jej trakcie głównych wejściowych drzwi. Od parkingu ludzie wchodzili.  Przez jakieś półtorej godziny tak było, musiało zagrzmieć awanturą żeby te cholerne obrotówki uruchomili.

Więc ludzi nie tak dużo jak być mogło. Dodatkowo imprezy inne w mieście, targi ogrodnicze na przykład, czas komunii. 

Jak na tak mało ludną garażowkę to ogólnie źle nie było, tak twierdzę  ja. Ale Asia cała zdegustowana, dziś ona łapała miejsce, i to co się działo przy tym łapaniu wstrząsnęło nią. Sam stres. Nic miłego być popchniętą prawie do wywrotki, niemiło też widzieć jak pchający się cham zrzuca z wózka "konkurencji" skrzyneczki z porcelaną. Niby nie chciał, no ale czego się  spodziewał przy siłowym pchaniu w ludzi metalowego stelaża, takiego na kółkach, takiego na ciuchy. 

To jest problem Czytaczu, ci pchacze. Asia mówi, że nie wie czy będzie jej się chciało być na następnej. 

I tak to było.
Ziemniaczki ugotowane, pisała R.R.





czwartek, 7 maja 2026

Notatka 565 z akcji



Uf. Czytaczu, w końcu otwarłam paczusię od Kocurka. 

Dziękuję o Kocurro!!!!!











Łatwo nie było, okupacja przyniesionej paczki  bardzo uparta, bardzo czynnna pomoc w rozpakowywaniu i eksploracja  już wyciągniętego. 

Taka ekstremalna. Matko jedyna, no nie, wykochają całość  na amen, trzeba ratować!!!!!

💢

Notatka jest z akcji. Bohaterem paczka. Daję w poście spokój dobrom jadalnym, poza netowo, o Kocurro, są w pełni doceniane, a części wręcz już nie ma. Taki los jadalnego. 

Niejadalna część paczusi ma różne losy, zabaweczki dla futer są futrowe tak bardzo jak to możliwe, choć  jedna myszka będzie Myszka futra nie mojego,  jedna, taką w panterkę futerka oddelegowaly w prezencie dla babci. O, wcale nie bezintersownie ta delegacja.  Babcia ma w koscistym tyłeczku  inne prezenty niż drobne zabaweczki, więc myszkę poświęciły. Moje udają że ta myszka to z czystej sympatii , ale sumpatia nie do konca czysta. Też by chciały jak babcia i się łudzą że babcia zdradzi JAK TO ROBI. 

Bo Kocurro, i Wy wszyscy Czytacze kociomadki i kocietaty, ta konkretna babcia piątego maja świętowała rocznicę wzięcia pod łapę swojej kociejmadki. DWUDZIESTĄ SIÓDMĄ. A w formie jest wciąż takiej, że myszka będzie używana tak jak być powinna. 

Myszkowa danina zostanie przekazana w poniedziałek. 

Wzdech. Chciało by się, by te nasze futra też tak umiały i chciały. 

A sweterek wyrwany z łap futer był na mojej osobie na garażówce, pilnował by reszta paczkowego towarzystwa ładnie się na stoisku prezentowała. 

O czem potem. Zwłaszcza dlatego potem, że blogger nie widzi cyknietych przed godziną fot, tych z rana też nie widzi. 
Nara Czytaczu. 


Pisała R.R.







środa, 6 maja 2026

Notatka 564 o wczoraj

Na razie bez aktualnych ilustracji. Wstawię, owszem ale już kruca bomba mało casu.  Wieczorem lub jutro.  

Tylko na razie z wycieczki uskutecznionej drugiego maja. Zwinka patronką tej wycieczki.














Żadne tam istotności i ważności o skali większej niz osobnicza, po prostu wczoraj....

WTOREK

Po napisaniu poprzedniego posta i odebraniu paczusi od Kocurro, korzystając z pobliskiej ławki napisałam jeszcze pod postem kilka słów, dodałam dwa zdjęcia, zaktualizowalam posta. I nagle się okazało że są to ostatnie napisane na srajtfonie słowa,  ostatnie działania. Strajk totalny i wymówienie pracy w tempie natychmiastowym. Martwota. Totalna. Nie da się włączyć. Zrobiło się tak w ułamku sekundy.

Napiszę Ci Czytaczu, że przyjęłam to wymówienie ze zrezygnowanym stuporem, ot jeden nosorożec-patrz poprzedni post Czytaczu, zblakł i zmalał, ale za to ten drugi znienacka na mnie usiadł. Po kilku bezowocnych próbach, takich przypominających bezradne kiwanie przysiadniętą nosorożcem rączką,  już tylko siedziałam martwo wpatrując się w martwy sprzęt. Nie wiem jak długo. Pustka we łbie. Wszystkiego nagle mi się odechciało, paczka na rowerze od razu stała się nieważna, wybacz Kocurku, wszystko się stało nieważne i bez sensu.

Tak działa pani d., a mam nadzieję że nie znasz Czytaczu mocy zadanego znienacka przez nią ciosu. Miesiącami się po nim człek podnosi.

Ale. 

To moja dzielnica. 

Chcę  czy nie wypełniona jest w znacznym procencie znanymi twarzami. Jednych od lat mijam na ulicy, nie znam ich, po prostu regularnie widuję. Inni rozpoznawalni bardziej.  

I cud. Nie jedyny tego huśtawkowego dnia. 

- Dzień dobry. A co pani tak siedzi? Ma pani coś dla mnie?

Regularnie spotykam tę kobietę, ona w moim mniej więcej wieku. Psiara, kociara, babcia wnukom. Bezimienna dla mnie, tak jak i ja dla niej. Napotkana wielokrotnie przy okazji przeglądu śmietnikowych wystawek, a już przy pierwszym spotkaniu prosiła, że jeśli znajdę cokolwiek komputerowo-elektroniczno-komórkowego, to ona bardzo prosi żeby zostawić to dla niej. Syn potrzebuje, zna się, naprawi, wykorzysta, zużyje. Znasz Czytaczu mój stosunek do wyrzucanych dóbr. Dobrych dóbr. Wiesz Czytaczu że nałogowo oglądam przyśmietnikowe wystawki. Wiesz o garażówkach i dlaczego. Więc kilka razy komputer, komórka, e-bok, sprzęt do domowego multikina. Komputery były ze trzy. Chyba. Może więcej, od ponad roku zostawiałam dla niej fanty. Różne. Monitory, myszki, klawiatury i konsole do gier też. Nie wiem czy działające, pewnie niekoniecznie mimo niezłego wyglądu. Nachalna, nie przywykła do uprzejmości, nawet zwykłe "dzień dobry" jakieś takie trochę jak obelga, no ale bardzo jej zależało  na tych moich znalezionych fantach. 

A niech ma. Widać było że jej rodzina tego potrzebuje, tych paru groszy.  Nie każdy  lata do Mopsu czy wystawia łapę żebrzącym gestem, ogrom po prostu tego nie robi, radząc sobie przy wykorzystaniu umiejętności własnych i surowców znaleźnych. Złomiarze, ludzie zabierający wyrzucone drewniane meble, ciuchy, nawet domowe kwiaty, no multum ich, są też tacy co nie przepuszczą wystawionej żywności.  Bywa . Bardziej ten sposób mi przemawia do wszystkiego w organiźmie, niż dziedziczne etaty we wszystkich punktach pomocowych. Przecież z racji pracy w punkcie znam i takich tuptusi, etatowych, ich rodziny też etatowe w następnym pokoleniu. Oni niewiele umieją i nie chcą umieć poza wyciąganiem rączek. Tak to wygląda, obok naprawdę potrzebujących etatowe tuptusie. Część tych którym pomoc potrzebna ręki  nie wyciągnie, bo by im uschła. Wolą śmietnik.

- Nie mam. - nieuprzejmie nawet na nią nie spojrzałam, głowa nadal opuszczona,  głos z trudem opuszczał krtań. Cichutki. Stupor Czytaczu. 

- CO SIĘ STAŁO?!!!

Podniosłam bardzo niemrawo ważącą tonę rękę ze smartfonem. 

- martwy. - nie miałam sily na tłumaczenia.

- Pani to da. - właściwie wyłuskała mi telefon z tej podniesionej ręki - wieczorem oddam, wiem gdzie pani mieszka. Syn zobaczy.

Przesiedziałam jeszcze długo, z dwie-trzy godziny na ławce, było mi wszystko jedno, nic nie miało sensu. Gdyby nie futra to pewnie siedziałabym tam do teraz. 

Ale przez futra się  ruszyłam. Starczyło sił na ich obsługę i na nic więcej. Zasnęłam. W butach, bo po co ściągać? Paczka została na byle jak zaparkowanym pod blokiem rowerze, nieprzypiętym. Bo po co?

Wieczorem obudził mnie łomot do drzwi. Zombi otworzyło. Z dużym ociąganiem. 

- Ma pani. 

Telefon właściwie ciśnięty, i już zbiegała ze schodów. Bez pożegnania i wyjaśnień, bez czekania na jakąkolwiek reakcję, czyli syn nic nie zdziałał. 

Pani d. robiła co mogła, ale futra wymagają, więc tym razem mnie nie ululała. Ale zombi wlokło się po mieszkaniu, takie na chwilę przed ostatecznym zgonem.

Gdzieś tak tuż po dwudziestej pierwszej wzięłam w rękę srajtfona, odruchowo, odruchowo kliknęłam włącznik, tak zupełnie bezmyślnie. Jak to zombi. 

Jak widzisz Czytaczu srajtfon działa. 

I to lepiej niż przed zgonem. Da się  pisać bez połowy  problemów bo nadwrażliwość ekranu se poszła. Potem się okazało że tępota  nie całkiem, są flauty i nieczułości, trzeba kilka razy stukać w co którąś literkę, ekran nadal jest oddzielnie od reszty. 

ALE DZIAŁA. Nosorożec schudł i wyraźnie zmalał.

CUD. 

Od razu jak fala przyszło ożywienie. 

Co to ja miałam? Aaaa, pranie. 

Ale może nie maskotki, może te codzienne łachy, bo przy przedsennym rozrywaniu saszetek sosik poszedł  na bluzkę. Ileś tam innych łachów też wymaga. Teraz ściągnięcie pofajdanej, umycie się, pakowanie torbiszcza i będzie jazda. Kruca bomba, mało casu.  Paczka z roweru powędrowała do piwnicy, trudno, zapomniałam o niej. Potem. Wszystko potem. 

W laundromacie władowane brudy tym razem bez dodatkowych wsadów odwaniacza, niepotrzebny.  W przypływie brawury wrzucone w bęben noszone tekstylne buty i sweter. No dobra, włączamy. 

Zonk. 

Nie da się, dotykowy ekranik ustawiony na funkcjach administracyjnych, potrzebne piny i hasła, nie da rady tego obejść. 

To ożywienie po zombi kazało szukac drogi wyjścia. Telefon, BO MAM TELEFON, na wskazany na plakacie numer. Nie odbiera. Nie rezygnuję. Za moment SMS z tego numeru.  Administrator instytucji, nie może rozmawiać, ale pisać tak, może.  I sobie popisaliśmy, ja wciąż w szoku że MOGĘ tak prosto i łatwo. Pranie i suszenie zrobione bardzo sprawnie bez udziału nieczynnego chwilowo urzadzenia, zdalnie, co też jest swego rodzaju cudem, tyle Ci Czytaczu napiszę. 

Poprzedni post był słuszny. Polecajka właściwą. 

W suchych wypranych  butach i suchym wypranym swetrze dojechałam do domu grubo po pierwszej.  Słaba z emocji, ale w euforii. Dziś zaspałam, no trudno. Paczkę dopiero wniosę i rozpakuję. Bo dziś też się dzieje, już nie tak dramatycznie dziwnie, ale dzień pracowity i jednocześnie słaby. Przeładowany koniecznościami i zakatarzony. Bo może i był i jest upał, ale jazda ciemną dość zimną nocą bez czapki swoje zrobiła. Wszystko idzie niezbornie i niemrawo. 

No dobra, idę po paczkę.

Fot nie mogę wkleić. 

Nara Czytaczu

ŚRODA  i  CZWARTEK

Wczoraj i dziś. 

Z racji tego że wszystko wczoraj co po punkcie było rozlazłe, nie wyrobiłam się, do domu wróciłam późno i umęczona. Co po punkcie to takie było. Bo tam. No tam była orka. Ranne zaspanie spowodowało że pedałowałam bez opamiętania, byle zdążyć przed ósmą, lub chociaż chwilkę po ósmej. Sukces, udało się. I z marszu nastąpiła krzątanina i latanina, do jedenastej. Norma, tam tak jest, trzeba zapisać ludzi wydając żetony, trzeba posortować przywieziony z netto warzywny chłam, poczęstować czymś drobnym dobrym wpatrzonych w zajęte łapy oczekujących na wydawkę, potem wydawanie i sprzątanie po. Nie wygląda to szczególnie męcząco przy pisaniu, ale uwierz Czytaczu, bywa bardzo. I denerwująco. Wczoraj było do pewnego momentu do zniesienia, potem nerw mi strzelił na chamstwo, takie że nie przejdę nad tym chamstwem bez słowa.  Wczoraj, gdy chamstwo się  wykryło, jego sprawcy już se poszli, zaopatrzeni w dobra jak należy. Ofiary chamstwa nie. Ofiarom nie można robić kęsim, dla nich już zaopatrzenia takiego jak być powinno nie było, ofiary są ofiarami. Krzywda i dla mnie, nie dalo się  rozladować nerwa na winnych ale... Chamów i chamki dopadnę jutro. Bo przyjdą najprawdopodobniej, wydawki są w poniedziałki, środy i piątki.

Potem środa zrobiła się taka, że Czytaczu, aż mnie cofa przed opisem. Nic strasznego, tylko taka niezgrabna, niezborna, ze ślimaczącą się niemożliwie akcją pełną falstartów i poślizgów. Może dlatego że echo po wtorku,  może to że nie dało się naprawić krzywdy, cholera wie. 

To nie mnie skrzywdziło.

Ale. 

Nosz, jasna dupa 

To że pani d tak łatwo mi się w życiorysie zagnieździła częściowo zawdzięczam pracy. Dekady gdy NIC nie mogłam poradzić na cudzą dziejącą się w niej krzywdę, na krzywdę własną też niewiele mogłam. 

Więc do cholery, nigdy więcej praca w której szujostwo. Nawet drobne i nie wobec mnie. 

No, miejmy nadzieję  że rzecz się  uda naprostować w piątek. Chodzi o zasady, mają nie być szujowe. Chamów nie naprostuję, zdaję  sobie z tego sprawę, nie mam zresztą zamiaru, 

Rzecz polega na tym Czytaczu, że punkt działa dłuuugo. Był pod zarządzaniem kilku osób w trakcie tej długiej działalności, zmieniały się, tak jak adresy działalności. I zasady rozdawnictwa. Siłą wieloletniej tradycji chyba istnieją tam zapisy i żetony. 

Zapisuję rano nazwiska tych co przyszli, w kolejności takiej jak przyszli. I według tej kolejności, rzeczywistej powinni wchodzić i otrzymywać dobro. Zgadza się?

Nie do końca. Część przychodzących to grupa "specjalna", z rozmaitymi niepełnosprawnościami, oni za zgodą zarządzającego ojca są obsługiwani inaczej. Część z nich nie wychodzi podczas przygotowań do wydawania, obsługiwane są wg. klucza, jedna osoba "specjalna", jedna z zewnątrz, bez przywilejów. Ok. to jest, nie chciałabym widzieć blisko stuletniej babusi sterczącej pod oknem a przyszła trzydziesta. 

Przy zapisach, za kaucją w kwocie 2 zł wydawane są żetony-numerki, przy wydawaniu dóbr żetonik jest odbierany, dwa złote wraca do kiesy.  Tak jest w poniedziałki i środy. W piątek, dzień najobfitszy w dobra, kaucja za żeton-numerek wynosi 3 zł i jest bezzwrotną. Idzie na częściowy zwrot kosztów własnych punktu, symboliczne kwoty wychodzą wobec całości kosztów. Można też powiedzieć że symbolicznie się płaci za dobra otrzymane, symbolicznie choćby za te trzy bochenki chleba dostane w ciągu tygodnia obowiązkowo i zawsze. 

Nie wszyscy mają te drobne monety. Znaczna część ludzi przychodzi bo ogólnie nie ma. Więc nie wszyscy biorą żetony-numerki. 

Co daje wzięcie i zapłata za żeton? Ano, coś daje. Punkt obok chleba i warzyw kupuje i inne produkty. W ilości 40 sztu na ogół, coś, jeden raz w tygodniu. Nie musi, to jest dobra wola klasztoru że są te zakupy dodatkowe.  A w dniu wydawki jest pięćdziesiąt sześć zapisanych osób, z czego trzydzieści pięć miało na kaucję za żeton. Kumasz Czytaczu? Jasne jest, że te pięć sztuk czegoś dobrego pójdzie do osób wg. uznania wydającego, tym, co żetonu nie "kupili". Wszystko w rękach tak naprawdę wydającego. Bo jeśli wydajacy uzna, że zamiast paczki zakupionego mięska mielonego, bezdomny i niegotujący "żetonowiec" dostanie kupioną kiedy indziej puszkę gulaszu angielskiego, to na ogół wydający wie co robi. Nieżetonowiec nie zobaczy ani mięska, ani puszki. Chyba że wydający zadecyduje inaczej.

Nie ma wyjścia, takie zasady obowiązują od lat,  dobrze że choć część ludzi ma szansę na drobny luksus, bo takim właśnie "luksusem" jest te kupione 40 sztuk czegoś. Mięsko najpopularniejsze, ale i masełko. Albo kakao i mleko. Olej. Różnie. 

Pewnie że byłoby super gdyby każdy dostał, no ale co, dołożysz lub dokupisz Czytaczu? Tak tydzień w tydzień? Przez rok, dwa-trzy lata? Albo tak jak klasztor, przez te dzieści lat ?

Więc godzę się z żetonowym kryterium, zresztą one nie niezmienne, bo uwaga, jest np. kilku jaroszy. W dupie mają i konserwy i mięsko. Dostają coś innego atrakcyjnego, jeśli jest na stanie.

Ale. 

Żetonowe pańcie, takie etatowe w łażeniu po punktach, bliskie dostania praw emerytalnych z tych etatów, wypchnęły mi z kolejki kobietę w zaawansowanej ciąży i bezdomnego faceta. Łatwo zgadnąć że nie mieli na kaucję, stąd numerka nie dostali. "Wy na końcu, zawsze najpierw ci z numerkami". 

Może tak było te ileś lat temu. Teraz tak być nie może. Forsa może mieć znaczenie w większości spraw, ale nie może decydować o tym kiedy ktoś przyszedł.

I te ofiary stanęły grzecznie na końcu kolejki. Za takimi co to mi się nie meldowali. A ja pilnuję żeby ci co zapisani dostali przyzwoite porcje. Zawsze też daję odrobinkę mniej niż mogłabym, bo zawsze, zawsze ale to zawsze, przyjdzie ktoś kto nie zdążył przed wydawaniem się zapisać. Często głodny. I tak, oni też nie wyjdą z pustymi rękami, ale szans nie mają ani na mięsko czy konserwę, ani na wiele więcej niż pomidor z jedną pomarańczą. Najgorzej gdy taki głodny przyjdzie gdy nie ma już nic. 

Kobieta w ciąży dostała właśnie taki zestaw witamin. Bochenek chleba, jeden niewielki napój. Bezdomny ostatnie dwa nieładne banany, chleb, już bez picia. Po blisko trzech godzinach stania. Prowiant na dwa dni.  A wpisywałam ich po ósmej. Fajnie? 

Cała  środa była z pamięcią spuchniętych nóg ciężarnej, psiej rezygnacji w oczach bezdomnego. 

Duet pań Halinka/Reginka do przetrzepania. O ile to one. Nic to, będzie wrzask ogólny. Rzadko wrzeszczę ale na ogół skutecznie

Howgh.


Przeddeszczowe widoczki. Zdziśki z jasnogórskiego parku. Co jest, czemu blogger nie widzi większości zdjęć?













No i czemu nie mogę wkleić wiewiórro dla Kocurro? Ktoś wie?


JEST.  Dlaczego dopiero w piątek widać zdjęcia z czwartku ?  To tak teraz jest?



wtorek, 5 maja 2026

Notatka 563 laundromat na nosorożca



Jak wiadomo do mego milczenia w blogosferze przyczynia się problem techniczny ze srajtfonem. Nie jest to podstawowy powód, raczej wzmacnia niechęć do czynnego netowania. Ale problem wagi i masy nosorożca  jest, niefajnie się pisze, bardzo niefajnie.  Co jeszcze potrwa, bo zbieranie gotówki na nowy sprzęt napotyka Himalaje innych konieczności. Wetki jeszcze, a za wetkami pralka.

Nosorożec. Pralka nosorożec.

Jak wczesną jesienią przestała w połowie prania działać,  tak już nie działa. Oberwana ta część co trzyma silnik. Pralka tuż po gwarancji,  nosz jasna dupa, nie do naprawy.. A góra brudów urosła na wzór Himalajów. Są  na świecie większe problemy niż brak pralki, też mam, takie składowisko nosorożców, w którym konieczność kupna pralki jest sporym, ale nie jedynym.

Nie znaczy to jednak że nie można sobie poradzić bez pralki. Można. Można uniknąć  Himalajów. Tylko że nie wtedy, jak ma się takiego Cacusia co leje gdy lanie ciut zaczyna boleć i taką Rysię wyrażającą  laniem dezaprobatę  dla mych poczynań. Gdy Jacuś zaczyna, to ona też. Kołdry, koce, poduszki. Raz polka w szafie, innym razem moja najfajniejsza kurtka ściągnięta z wieszaka. Zgroza. Góry zafoliowanych brudów. Zgroza.

Dwa razy prosiłam o pranie dziewczyny. Koce, poduszka,  no ale. Kłopotliwe dla nich i dla mnie, bo logistyka i.... mimo próśb prały  jak dla siebie, a kto ma koty lejące ten wie że trzeba trochę inaczej.  Zlane te wyprane zostały natychmiast po przyniesieniu. Uważały kochane moje baby, że płyn do płukania załatwi sprawę,  stworom mocne płyny zapachowe jednak nie podpasowały. Uważały kochane stwory.... nie wiem co uważały, ale sikaństwo było błyskawiczne  i  stanowcze. Z błędu koleżanek nie wyprowadzałam, nie uświadamiałam co do losów upranego, po prostu zaczęłam główkować, pakując kolejne wory z brudami.

Samemu. Bo się wie że woda utleniona, soda, boraks, ocet. Coś z tego.

Więc samoobsługowe pralnie. Kombinowałam, że przy własnoręcznym wsadzaniu do pralki bez problemów dodam koniecznego usuwacza zapachów. Bo naprawdę  trzeba, nie wystarczą boraks czy soda już obecne w składach proszków, proszki nie przewidują siłowania się z kocim sikiem. 

Pralnie są.  Rozsiane po mieście nielicznie, ale są. Najpierw ta najbliższa.  Uuuuu. Trauma z uruchamianiem, kilka podejść, wstyd, staroruryzm techniczny. Ale uruchomiłam, uuuu.  Mały wybór programów. Za mały. Krótkie, za krótkie cykle służące do pobieżnych przepierek po lekkim upoceniu one, a nie do prania zlanej przez Rysiunię kołdry. Drogo. Moc studentów o każdej porze, im widać takie pranie pasuje. Nieswojo się tam czułam, niby nic, ale jednak coś niezbyt. Przeprane wyszło prawie suche, domowe wirowanie w życiu nie da takich efektów i smród se poszedł (bo dodany boraks), ale plamki pozostawione przez łapki Rysi nie. A powinny zniknąć bez żadnego problemu. Za krótko prało, nie da się ustawić tak by na niskiej temperaturze prało dłużej. I drogo. Wtopa, ale wyprane niedoprane przetrwało dłużej. 

Szukanie po necie, czytanie opinii. Czy wszystkie takie? W innych miastach jest taka sieć co to wszyscy zachwyceni. A w Cz-wie? Net kręci. Bardzo kręci. Trzeba sprawdzić jest czy nie. Daleko, drugi koniec miasta prawie.  Przejazd tramwajem pozwolił zobaczyć że jest. Przynajmniej oszyldowany lokal jest.  Czy działa? Kiedy? Jak?; No do sprawdzenia dokładnego. Kiedyś. Bo jednak daleko.

Ha.

Sprawa zrobiła się gwałtownie nagląca bo tym razem ja sama załatwiłam  sobie kawą w łóżku ostatni prany/niedoprany kocyk. A tu noc, za późno na najbliższą pralnię. Ostatnie godziny drugiego maja. Kumpela kiedyś wspomniała, że przy którymś z Kauflandów pralnia samoobsługowa całodobowa. Nie ma wyjścia,   trzeba poszukać przy którym, pojechac z tobołami szmat, przeprać i tym razem  skorzystać z suszary. Jak bez suszary pranie było ledwie wilgotne,  to z nią będzie suchutkie.  Może się pod wypranym prześpię. Szukam. 

I cud. Net pokazał że jest całodobowa, ta którą widziałam z okien tramwaju, ta daleko, ta najlepsza. Błyskawicznie załadowana na maksa wielka torba z Ikei, soda w kieszeń, płyn do prania i cztery śmieciowe worki też, wysiłkowo zwleczony tobół po schodach, kombinacje straszne jak to zamontować na rowerze i jazda. Nocą z drugiego na trzeci maja. Ludna noc, mój załadowany rower na wąskiej ścieżce natykał się i na pieszych i na inne bicykle w ilości niespotykanej.  Łatwo i szybko nie było.

No, dojechałam, chwila prawdy.

Pralnia otwarta, no hurra. Promocje 50 procent, jeszcze wieksze hurra. Wspaniale, akurat na program co pasi, hurra!!!  Nie trzeba proszku czy płynu, tam jest dodawany i dozowany automatycznie,  w zależnosci od programu. Załadowana pralka, wszystko poszło do dwudziestokilowej i jeszcze trochę luzu jest. Wsypana w łachy soda i próby  uruchomienia. Nic. Martwota. Zepsuło się?!  Na to wygląda, nosz karwa. 

Klnąc wyciągnęłam łachy rozsypujac sodę, wywlokłam torbiszcze, jeszcze rzut okiem czy wszystko zgarnęłam, to sodowe też, i... o cholera. Na drzwiach jak byk że instytucja działa od szóstej rano do północy. Czyli za niecałe pięć godzin mogę prać. To dlatego wszystkie dotykowe ekraniki nie działały.

Net jednak bywa szują.

Wlec tobół z powrotem? I potem jeszcze raz?!! Jednak tam, ta koło mnie otwierana później. I droga i ogólnie be. Jeszcze raz się pocić przy mijaniu obładowanym rowerem na wąskiej tunelowej dwukilometrowej ścieżce pieszych i innych rowerów? Rusz czerepem babo, nie chcesz tego. No to ruszyłam.

Zawartość torbiszcza władowana w dwa sześćdziesięciolitrowe wory na śmieci i zabunkrowana w krzakach. Pełne wyszły, torba Ikea to potęga. Do domu, trudno, albo łachy przetrwają, albo nie, nie wiozę z powrotem brudów. Co będzie to będzie.

Informuję, że wory przetrwały. Trzeciego maja po spaniu bez przykrycia uczciłam święto  jazdą lekkim rowerem i praniem. Wyszło super i tanio. 



Jak to ja, trochę pecha, trochę fuksa. Fuksem było  spotkanie tego trzeciego maja piorącej tony bielizny do hotelu dziewczyny, zajęła wszystkie pralki, co w pierwszej chwili wcale nie wydawało się  korzystne. Ale gdy zwolniła się jedna z dwóch największych pral, pomogła  uruchomić ustrojstwo, sama bym tego chyba nie rozkminiła. Niby prościutko a wcale że nie. I potem jeszcze skorzystałam za jej zaproszeniem z suszar, wykupiła za długi czas, a już wszystko było suche. Tą metodą i moje pranie wyszło suchutkie. Bo suszary można w dowolnym momencie wyłączyć, wyjąć wsad lub doładować, dokupić czas. No czadowo, czyż  nie? I promocja. 

Tak mnie to rozochociło że powtórzyłam rozrywkę pralniczą w poniedziałek, tym razem w roli gwiazdy wystąpił ogromny pies (to jego uprany pysk zaczyna posta), maskota co w normalnej domowej pralce zmieści tylko niecały tyłek przy sporym uporze. I inne maskotki.  W ogromej jutowej torbie zawiozłam całą moc maskotek. Zostały na jeszcze jeden ładunek jutowego potwora. Bo mam tego multum, zbierane na garażówki, wymagały prania i nie było jak. Teraz jest. Zwłaszcza jak są promocje.  Psowy ogrom wszedł bez problemu do dwudziestokilowej praly, trzy czwarte torbiszcza pomieściła. Suszara odwaliła co swoje i wszystko suche i piękne. Delikatnie pachnące nieinwazyjnie, odsierścione. Czyste bardzo.

W domu, bez stosownych urządzeń w życiu tak nie wyjdzie. Wyjdzie czyste, fakt, ale już nie tak dobrze odsierścione i w tak szybkim czasie do użytku. Nawet poduszki. Hotelowa dziewczyna prała, stąd wiem. 



Ku Twej wiedzy ten post, Czytaczu. Napisany, bo może Ci się przyda. 

Może stwory ci nie sikają, ale poduszki raz w roku podobno trzeba uprać. Może nie masz potwornej maskoty-psa i góry innych maskotek, ale kołdry, puchowe kurtki do prania po zimie to jak najbardziej. Masz. 

Laundromat jest super, nikt mi za te słowa nie płaci, ha, to ja z chęcią zapłacę wioząc jeszcze dziś kolejną porcję w torbie monstrum do prania. Bo jeszcze dziś promocja na pranie dla kolorów w temp. 40 stopni Celsjusza. 50%. 

Nosorożec pralkowy mniej czarny. Przeprał się.


Pa Czytaczu, idę odebrać paczusię od Kocurro.

A potem jazda i pranie.

Znów będę czekać, jak poniżej.



Cholera, a może post zbędny?. Może  masz Czytaczu na domowy użytek coś równie skutecznego pralniczo?

Ps. 

Paczusia od Kocurro odebrana. 

Boję się otwierać, miała być jedna książeczka.