Jak wiadomo do mego milczenia w blogosferze przyczynia się problem techniczny ze srajtfonem. Nie jest to podstawowy powód, raczej wzmacnia niechęć do czynnego netowania. Ale problem wagi i masy nosorożca jest, niefajnie się pisze, bardzo niefajnie. Co jeszcze potrwa, bo zbieranie gotówki na nowy sprzęt napotyka Himalaje innych konieczności. Wetki jeszcze, a za wetkami pralka.
Nosorożec. Pralka nosorożec.
Jak wczesną jesienią przestała w połowie prania działać, tak już nie działa. Oberwana ta część co trzyma silnik. Pralka tuż po gwarancji, nosz jasna dupa, nie do naprawy.. A góra brudów urosła na wzór Himalajów. Są na świecie większe problemy niż brak pralki, też mam, takie składowisko nosorożców, w którym konieczność kupna pralki jest sporym ale nie jedynym.
Nie znaczy to jednak że nie można sobie poradzić bez pralki. Można. Można uniknąć Himalajów. Tylko że nie wtedy, jak ma się takiego Cacusia co leje gdy lanie ciut zaczyna boleć i taką Rysię wyrażającą laniem dezaprobatę dla mych poczynań. Gdy Jacuś zaczyna, to ona też. Koldry, koce, poduszki. Raz polka w szafie, innym razem moja najfajniejsza kurtka ściągnięta z wieszaka. Zgroza. Góry zafoliowanych brudów. Zgroza.
Dwa razy prosiłam o pranie dziewczyny, koca, poduszki, no ale. Kłopotliwe dla nich i dla mnie, bo logistyka i.... prały jak dla siebie, a kto ma koty lejące ten wie że trzeba trochę inaczej. Zlane te wyprane zostały natychmiast po przyniesieniu. Uważały kochane moje baby, że płyn do płukania załatwi sprawę, stworom mocne płyny zapachowe jednak nie spodobały się. Z błędu koleżanek nie wyprowadzałam, po prostu zaczęłam główkować, pakując kolejne wory z brudami.
Samemu. Bo się wie że woda utleniona, soda, boraks, ocet. Coś z tego.
Więc samoobsługowe pralnie. Kombinowalam, że przy własnoręcznym wsadzaniu do pralki bez problemów dodam koniecznego usuwacza zapachów. Bo naprawdę trzeba, nie wystarczą boraks czy soda już obecne w składach proszków, proszki nie przewidują siłowania się z kocim sikiem.
Pralnie są. Rozsiane po mieście nielicznie, ale są. Najpierw ta najbliższa. Uuuuu. Trauma z uruchamianiem, kilka podejść, wstyd, staroruryzm techniczny. Ale uruchomiłam, uuuu. Mały wybór programów. Za mały. Krótkie, za krótkie cykle służące do pobieżnych przepierek po lekkim upoceniu a nie do prania zlanej przez Rysiunię kołdry. Drogo. Moc studentów o każdej porze, im widac takie pranie pasuje. Nieswojo sie tam czułam, niby nic, ale jednak coś niezbyt. Przeprane wyszło prawie suche, domowe wirowanie w życiu nie da takich efektów i smród se poszedł bo dodany boraks, ale plamki pozostawione przez łapki Rysi nie. A powinny zniknąć bez żadnego problemu. Za krótko prało, nie da się ustawić tak by na niskiej temperaturze prało dłużej. I drogo. Wtopa, ale wyprane niedoprane przetrwało dłużej.
Szukanie po necie, czytanie opinii. Czy wszystkie takie? W innych miastach jest taka co to wzzyscy zachwyceni. A w Cz-wie? Net kręci. Bardzo kręci. Trzeba sprawdzić jest czy nie. Daleko, drugi koniec miasta prawie. Przejazd tramwajem pozwolil zobaczyć że jest. Przynajmniej oszyldowany lokal jest. Czy działa? Kiedy? Jak?; No do sprawdzenia dokładnego. Kiedyś. Bo jednak daleko.
Ha.
Sprawa zrobiła się gwałtownie nagląca bo tym razem ja sama załatwiłam sobie kawą w łóżku ostatni kocyk. A tu noc, za późno na najbliższą pralnię. Ostatnie godziny drugiego maja. Kumpela kiedyś wspomniała, że przy którymś z Kauflandów pralnia samoobsługowa całodobowa. Nie ma wyjścia, trzeba poszukać przy którym, pojechac z tobołami szmat, przeprać i tym razem skorzystać suszary. Jak bez suszary pranie było ledwie wilgotne, to z nią będzie suchutkie. Może się pod wypranym prześpię. Szukamy.
I cud. Jest całodobowa, ta którą widziałam z okien tramwaju, ta daleko, ta najlepsza. Błyskawicznie załadowana na maksa wielka torba z Ikei, soda w kieszeń, płyn do prania i cztery śmieciowe worki też, wysiłkowo zwleczony tobół po schodach, kombinacje straszne jak to zamontować na rowerze i jazda. Nocą z drugiego na trzeci maja. Ludna noc, mój załadowany rower na wąskiej ścieżce natykał się i na pieszych i na inne bicykle w ilości niespotykanej. Łatwo i szybko nie było.
No, dojechałam, chwila prawdy.
Pralnia otwarta, no hurra. Promocje 50 procent, jeszcze wieksze hurra. Wspaniale, akurat na program co pasi, hurra!!! Nie trzeba proszku czy płynu, tam jest dodawany i dozowany automatycznie, w zależnosci od programu. Załadowana pralka, wsypana w łachy soda i próby uruchomienia. Nic. Martwota. Zepsuło się?! Na to wygląda, nosz karwa.
Klnąc wyciągnęłam łachy rozsypujac sodę, wywlokłam torbiszcze, jeszcze rzut okiem czy wszystko zgarnęłam, to sodowe też, i... o cholera. Na drzwiach jak byk że instytucja działa od szóstej rano do północy. Czyli za niecałe pięć godzin mogę prać. To dlatego wszystkie dotykowe ekraniki nie działały.
Net jednak bywa szują.
Wlec tobół z powrotem? I potem jeszcze raz? Jednak tam, ta koło mnie otwierana później. I droga i ogólnie be. Jeszcze raz się pocić przy mijaniu obładowanym rowerem na wąskiej tunelowej dwukilometrowej ścieżce pieszych i innych rowerów? Rusz czerepem babo, nie chcesz tego. No to ruszyłam.
Zawartość torbiszcza władowana w dwa sześćdziesięciolitrowe wory na śmieci i zabukrowana w krzakach. Pełne wyszły, torba Ikea to potęga. Do domu, trudno, albo łachy przetrwają, albo nie, nie wiozę z powrotem brudów. Co będzie to będzie.
Informuję, że wory przetrwały, trzeciego maja dzień konstytucji po spaniu bez przykrycia uczciłam jazdą lekkim rowerem i praniem. Wyszło super i tanio.
Jak to ja, trochę pecha, trochę fuksa. Fuksem było spotkanie tego trzeciego maja piorącej tony bielizny do hotelu dziewczyny, zajęła wszystkie pralki, co w pierwszej chwili wcale nie wydawało się korzystne. Ale gdy zwolniła się jedna z dwóch największych pral, pomogła uruchomić ustrojstwo, sama bym tego chyba nie rozkminiła. Niby prościutko a wcale że nie. I potem jeszcze skorzystałam za jej zaproszeniem z suszar, wykupiła za długi czas, a już wszystko było suche. Tą metodą i moje pranie wyszło suchutkie. Bo suszary można w dowolnym momencie wyłączyć, wyjąć wsad lub doładować, dokupić czas. No czadowo, czyż nie? I promocja.
Tak mnie to rozochociło że powtórzyłam rozrywkę pralniczą w poniedziałek, tym razem w roli gwiazdy wystąpił ogromny pies (to jego uprany pysk zaczyna posta), mastkota co w normalnej domowej pralce zmieści tylko niecały tyłek przy sporym uporze. I inne maskotki. W ogromej jutowej torbie zawiozłam całą moc maskotek. Jezcze zostały na jeszcze jeden ładunek jutowego potwora. Bo mam tego multum, zbierane na garażówki, wymagały prania i nie było jak. Teraz jest. Zwłaszcza jak są promocje. Psowy ogrom wszedł bez problemu do dwudziestokilowej praly, trzy czwarte torbiszcza pomieściła. Suszara odwaliła co swoje i wszystko suche i piękne. Delikatnie pachnące nieinwazyjnie, odsierścione. Czyste bardzo.
W domu, bez stosownych urządzeń w życiu tak nie wyjdzie. Może czyste, ale już nie tak dobrze odsierścione i w tak szybkim czasie do użytku.
Ku Twej wiedzy ten post, Czytaczu.
Może stwory ci nie sikają, ale poduszki raz w roku podobno trzeba uprać. Może nie masz potwornej maskoty-psa i góry innych maskotek, ale kołdry, puchowe kurtki do prania po zimie to jak najbardziej. Masz.
Laundromat jest super, i nikt mi za te słowa nie płaci, cha, to ja z chęcią zapłacę wioząc jeszcze dziś kolejną porcję monstrum do prania. Bo jeszcze dziś promocja na pranie dla kolorów w temp. 40 stopni Celsjusza. 50%.
Nosorożec pralkowy mniej czarny. Przeprał się.
Pa Czytaczu, idę odebrać paczusię od Kocurro.
A potem pranie.
Znów będę czekać, jak poniżej.
Ps.
Paczusia od Kocurro odebrana.
Boję się otwierać, miała być jedna książeczka.

























































