Czytają

sobota, 18 kwietnia 2026

Notatka 562 Nosorożec to jaki jest?

Nadal niechętnie piszę.  Ale o nosorożcu trzeba, bo jakoś muszę wyłożyć na wierzch największy powód netowej milkliwości. Więc dłubię. Czysty masochizm, ale jak podłubię to szybko po tyractwie nie ruszę netowego pisania. 

Jedziem z dłubaniem. Kawałek  po kawałku.

Co wiemy na temat nosorożca? Nosorożców?

Dwa afrykańskie, trzy azjatyckie, duże,  masywne i  same dziwności w nich. Sprzeczności. Biedniuś i potwór w jednej szarej skórze. Stwora przyjazna i agresywana. 

Spór które zwierzę lądowe po słoniu największe wygrywa nosorożec biały afrykański. Na wymarciu, ratowany in vitro północny, jak na razie bezskutecznie, a żyją tylko dwie samice. Południowego bialego też ubywa. Giną wszystkie, czarne też były ratowane in vitro, nie do końca z sukcesem, czarny zachodni wyginął. Afrykańskie, białe i czarne żyją w tych samych siedliskach, czarny o wiele mniejszy. Obok, bo ciut inaczej zbudowany pysk powoduje że nie konkurują  o roślinne żarcie, inna specjalizacja żywieniowa,  nie pamiętam który woli trawkę a który listki. Dwa afrykańskie, trzy azjatyckie,  mniejsze,  indyjski, sumatrzański i jawajski.  Wszystkie szare, nazwy czarny i biały to efekt złych tłumaczeń.  

SKÓRA Skóra szara i gruba jak pancerz, tak gruba i robiaca wrażenie monolitu, że jest powiedzenie "ma skórę nosorożca", "gruboskórny jak nosorożec". I tu pierszy zonk, bo skóra-pancerz niestety nie jest owadoodporna, kleszcze, muchówki i gzy mają  duzo powierzchni do działań, a nosorożec sam nie wyjmie kleszcza - to dopiero by był zabieg.  Musi korzystać z pomocy innego gatunku zwierza.  Bąkojady czerwononogie, ptaszki wdzięczne niesłychanie,  służą oczyszczaniem  słoniom, bawołom, hipopotamom, krokodylom i nosorożcom, wszystkim tym zwierzakom co kąsane. Super, obsługiwane nosorożce są zdrowsze,  ptaszątka pełnią rolę  medyków. Ale  tak jak to z medykami bywa,  potrafi być drastycznie. Nie do końca to zbadano, są jednak  foty z nosorożcami obranymi z całych połaci skóry przez medyczne bąkojady,  wygląda to mało leczniczo.  Czysta groza, i być może taką grozą jest. 

Jeszcze o skórze. Nikt nie zeznawał  jaka ona w dotyku, twarda i szorstka,  czy może miękka, pluszowa. Być może to drugie, bo jest gruba, a  robi wrażenie pancerza dzięki solidnej warstwie kolagenu.  Ona łysa, tylko sumatrzański ma włosy, na ogół pod podwoziem, tam nie tak łatwo zetrzeć je tarzaniem się. Bez gruczołów potowych, co skutkuje tym, że zwierzaki buszują o chłodnych porach doby, a chcąc się bardziej ochłodzić korzystają z kąpieli błotnych. Azjatyckie pływają.  



RÓG. Broń i przyczyna wymierania. Bo ten róg w Azji jest cennym lekiem i afrodyzjakiem, nic to że to sama keratyna tak jak w ludzkich włosach i paznokciach. Mimo wiedzy że to ten sam pospolity związek chemiczny,  stwory nadal są  zabijane kłusowniczo z powodu rogu. Ostatnie dwie samice północnego nosorożca białego głównie z powodu kłusowników pilnowane jak skarb. Tak wogóle, to nosorożce rogate różnie, jako broń robi ten róg pierwszy na przodzie pyska, drugi  ma mniejsze znaczenie, u azjatyckich drugiego moze nie być  wcale a i pierwszy róg mały. Jako broń róg jest skuteczny,  taka wisienka na torciku obronności obok masy i prędkości stwora. Rogiem potrafi przewrócić spory samochód. Miotnąć nim lwa jak szmacianą kukiełkę. Poranić. Potrafi też to wszystko i bez rogu, masa stwora swoje robi. Potrafi np. ładnie zdeptać.  

Ale. 

Jako szczyl miałam w rękach książeczkę rozprawiającą się z mitami na temat afrykańskich zwierząt.  Hiena, lew, słoń, hipopotam, krokodyl, żyrafa, goryl i pawian, gepard i nosorożec.  Pisana w latach sześćdziesiątych książeczka zawierała bardzo liczne czarnobiałe fotografie autora ze zwierzakami, krokodyle, goryle, pawiany były solo, ale nosorożec biały  był przytulany, głaskany.  Obok słoni, hien i zdaje się że żyraf, nosorożce  darzone prawdziwą  miłością. Fota z młodym nosorożcem twarzą w twarz, spacer u boku ogroma, jazda na.  Autor nie miał tyle sympatii do np. lwów,  rujnował ich legendę z upodobaniem, a nosorożce kochał. Zachwalał że bardzo inteligentne, opiekuńcze, uważne i delikatne w stosunku  do jednostek zaprzyjaźnionych.  Za prawdziwie groźne i specjalnie złośliwe uważał np. hipopotamy, to one były wg. niego nieobliczalnie i bezintersownie agresywne, nosorożce  nigdy, zawsze miały powód do ataku, głupi, ale go mialy. 

Na ogół łagodne, a za furiackie i niespodziewane ataki agresji autor winił dwa czynniki. Obronę młodych i aktualnego terytorium.  Teren znaczą tak jak większość stworów, odchodami, i tak jak psy czy wilki z cudzych odczytują węchem informacje o innych osobnikach swojego gatunku. Owszem, zmieniają granice terytorium wędrując w poszukiwaniu żarcia i wody, ale w porównaniu do reniferów, bizonów, łosi i słoni to te wędrówki żadne. Autor tej dawno czytanej książeczki twierdził że węch i słuch to zmysły nosorożców równie rozwiniete jak u psa. Czyli o wiele bardziej od ludzkich. Uszy działają każde samodzielnie, nozdrza też swoje odwalają, no ale.

Otóż ze zmysłami nosorożców to jest tak, że wzrok to ich bardzo słaba strona, oczka nie mają szans zobaczyć jednego pola widzenia, umiejscowione po bokach masywnego łba. Duże roślinożerne tak mają, ale żadne aż tak jak nosorożce. Dodatkowo te afrykańskie mają te oczka baaardzo krótkowzroczne. 

To powód ataków.  To drugi czynnik sprzężony z potrzebą obrony terytorium i młodych, bo do strzeżenia terytorium i młodych używa niestety także wzroku. 

Jeśli coś, coś niespodziewanego pojawi się w polu widzenia ślepawego ślepka, stwór aatakuje, i diabli wiedzą jak one widzą skoro ruszają tak samo dziarsko do motylka i do samochodu, zwierz nie czeka aż do mózgu dotrze że zagrożenia nie ma. Zawsze. 







Atak na duże kształty i na motylka niezwykle niebezpieczny gdy stwór dopadnie atakowany obiekt, ale też gdy jest czas na unik wystarczy podobno zejść z linii ataku, uskoczyć i już, nosorożce nie zauważają że cel jest już za nim. Z tym że super refleks trzeba mieć, bo zwierzęcy czołg pędzi blisko pięćdziesiąt kilometrów na godzinę. Rzecz podobno wykonalna przy dawce szczęścia, autorowi się zawsze udawało, swoje napisał. 

To o słabym wzroku, mocnym węchu i słuchu oraz o atakach,  wiadomo na podstawie obserwacji nosorożców afrykańskich, głównie nosorożców czarnych, o azjatyckich badacze niewiele wiedzą. Indyjskie tak rzadkie, że nikt nie chce ryzykować ingerencji w populację, wiadomo tylko że unikają kontaktu z ludźmi, tylko gdy nie mają jak uciec atakują. Podobnie z jawajskim i sumatrzańskim.  Bada się  ich ślady i kupy, czy są zdrowe i jak liczne, i tyle naszej aktualnej  wiedzy. 

Ale. 

Pilnowane w rezerwacie dwa ostatnie północnoafrykańskie białe potwierdzają opinię niepamiętanego autora. Łagodne, delikatne, przyjazne. Inteligentne. Zaprzyjaźniły się ze strażnikami.

Straż jest całodobowa i jest konieczna. W 2018 zastrzelono trzech kłusowników usiłujących dostać się do zwierząt. 


Ze źródeł azjatyckich, mocno archaicznych, z daaawnych czasów odpowiadających europejskiemu antykowi, pochodzą historie o wykorzystywaniu indyjskich nosorożców do wojen. Podobno na zwierzach jechało po dwóch ludzi z włóczniami, a one  były odziane w metalowe osłony/zbroje, z rogami w metalowych zaostrzonych pokrowcach. Wystawiane w pierwszej linii ataku na pewno były zgrozą dla przeciwników. I co do indyjskich, źródła podają że walki samców są bardzo zajadłe i krwawe. Owszem, podobno dawały  się oswoić i ujeździć, ale czy rzeczywiście były bojowe i skuteczne w wojnach to cholera wie. Nie ma obrazków. 

Tak jak pisałam, teraz ich malutko, pochowane w lasach deszczowych i innych ostępach.

Wiec nie sprawdzi się  jak to jest z tą  inteligencją i przyjaznością\agresją nosorożców. Te co jeszcze żyją bardzo słusznie nas unikają. 

Obiegowo, wbrew wszystkiemu co można powiedzieć miłego o nosorożcach, pozostaną symbolem kłopotliwego, gruboskórnego i fiksum-dyrdum zachowania. Niesterowalnego. A one może wcale takie nie są. 

Ja nie pamiętałam o książeczce gdy porównywałam moje użeranie się  ze sprzętem do  nosorożca. Trudno. Przepadło.. Mogę wierzyć albo niepamiętanemu autorowi książeczki o zapomnianym tytule, albo obiegowej opinii o symbolicznym nosorożcu. 

Taki nosorożec, może niewiele mający wspólnego z rzeczywistym stworkiem pozostanie symbolem czających się  w krzakach kłopotów, niesterowalnych problemów przy których się  lawiruje z niewielką nadzieją  na uniknięcie kontaktu. 

U mnie ich dużo, tych paskud. Zdaję sobie sprawę że każdy ma, mial lub niestety będzie miał. Bywają tak trudne że włos się  jeży. Bywa ogólnie bardzo pod górkę. Ręce opadają, brak sił i poczucia że coś można. Nie warto wstawać bo i po co. Takie nosorożce to dopiero dupa. Wlazły na ludzia i na nim usiadły, tak piętrowo, jeden na drugim, przynajmniej trzy. Albo gonią z dudnieniem i zaraz rozdepczą, zwiewamy, ale one tuż za nami.... takie tańce-ganiańce z nosorożcami które wyszly z krzaków też niefajne, ale póki ludzia nie przysiadły, to gońmy i tańczmy. W rytm łomotu nosorożcowych nóg. 

Powód  dla którego netowe pisanie rzadkie jest nosorożcem niedużym.  

Ale jest, ale są.

  

No i. Hmmm. Na tego sprzętowego nosorożca to notatkę zaczynałam ze sto razy, kawałki mi sie plączą. W notatniku, jeśli już to tylko tam. Notatnikowanie ma tę przewagę nad tekstami w mailach czy blogerze, czy choćby  wpisami w wyszukiwarce, że literki tam mam ciut większe, także na klawiaturze aplikacji, I notatnik  nie jest tak czuły, ani tak tępy, stąd łatwiej mi walczyć z opornym sprzętem. Wstyd narzekać i nie narzekałam, dopiero teraz już nie da rady kryć że problem jest i z korzystaniem z netu i z pisaniem. Cholera, pierwszy srajtfon gubił kartę SIM, po iluś tam upadkach rozładowywał się migusiem. 

Ten jest prezentem, drogim, niespodziewanym i wielkodusznym. 

Jak narzekać na tak fajny przezent, no jak?

Darowanemu z serca koniowi w ząbki  się nie zagląda. 

Więc pysk był zamknięty.

Prezent fantastyczny,  tylko że złośliwe fatum wiszące nad moimi stosunkami z elektroniką pofikało. Bo co, nie wolno fikać? Żebym wiedziała jak zabronić fikania lub pogonić fatum, to bym to zrobiła, ma ktoś pomysła?

Na początku dwie drobne niedogodności w otrzymanej nówce nikłe, takie maniunie na granicy wymogu lupy. Jedna to aparat i zdjęcia w srajtfonie, przy uporze do opanowania. Tyle że opanowywać trzeba za każdym razem,  a z powodu rozrostu drugiego drobiażdżku w nosorożca,  to już niech szlag trafi foty. Druga maniunia wada sztuki nówki nieśmiganej, to ta że dotykowy ekran jakby nierówny pod względem czułości na dotyk.  Nadwrażliwość i tępota, na zmianę. Co nasilało się i rosło, do absurdu. Pół biedy gdy  chcę obejrzeć film, coś znaleźć, to jeszcze stosunkowo proste, choć też bywa nie do zniesienia. Raz włączony film czy program radiowy leci bez zarzutu, a  działania wymagające wpisu nieduże.  

Ale pisanie. 

Ło mamusiu. 

Ekran albo zupełnie nie reaguje na dotyk i trzeba się zdrowo nastukać, albo np. przy wbijaniu litery A na ekranie pojawia się cała grupka QWSAZ na przykład. Przy usuwaniu błędu to samo, albo wcale albo bardzo hurt. Dawałam radę, daję radę, tyle że pisanie bardzo niechętne. 

Pogorszyło się. 

Nowością przez którą zarzuciłam prawie zupełnie netowanie jest samodzielne życie dotykowego ekranu, upiera się  że powiększy lub zmniejszy tekst, będzie uparcie wracał w rytmie rzutów padaczki do poprzedniej strony lub po wariacku kierował w niechciane rejony. 

Fajnie?

Nie ma lekarstwa poza wyłączeniem ustrojstwa, no ale właśnie wtedy to upiera się  że się  nie wyłączy. Bardzo się upiera. Bardzo a bardzo. Mam pięciominutowe ustawienie wyłączenia przy braku działań, z wykluczeniem odtwarzanych filmów, to dopiero pomaga. Ale teraz, to potrafi sie wyłączyć po pólgodzinie, gdy się wyszaleje.  Przez pięć minut do kwadransa po ponownym uruchomieniu kochany sprzęt, zero usterek, działa jak złoto, da się  nawet pisać - byle bez przesady. Po pięciu minutach/kwadransie fiksum-dyrdum. 

Klęłabym markę Samsung do dziś, gdyby nie to że od mniej więcej dwóch tygodni wiem że to wina usterki technicznej, dającej znać że jest od zarania. 

Mianowicie kotulka Rysia kolejny raz niechcący oczywiście (to nie ja-czego wrzeszczysz-to inny kot-ten bialy z podwórka-krzywda-naleję ci do buta) zaatakowała mi kawę, kawa poległa. Tym razem pociekła pod leżący telefon, więc migusiem wycieram, wyjmuję srajtfon z objęć okładki bo może podciekło przez wycięcia na kamerę i nagle w rękach mam trzy elementy. 

Obudowa, tył srajtfona i ekran.  Rozwarstwił się skubaniec. A net na ekranie szaleje bez mojego dotyku.  Szaleje. NIC MU NIE ZROBIŁAM, temu srajtfonu, SŁOWO.

PREZENT BYŁ TRAKTOWANY Z CAŁYM SZACUNKIEM JAKIM DYSPONUJĘ.

Cholera, być może dlatego te tępoty i nadrażliwości dotykowego ekranu. Od samego początku. Rozwarstwiał się. 

Muszę kupić srajtfon. 

Pisała R.R.

I jeszcze o Kocurrowym nosorożcu. U Kocurro wiecznym nosorożcem dybiacym na portfel i psyche jest stan zdrowia futer. Kocurro robi co może. Jeśli chcesz i możesz to pomóż. 

pomagam

bo



sobota, 11 kwietnia 2026

Notatka 561 przed opisem nosorożca


Zdaje się że mój urlop od netu jeszcze  potrwa.

Musi być o nosorożcu, głównej przyczynie netowego postu, ale zanim o nim to:

Dzialo się  paskudnie, a ponieważ piszę jakbym brukowce łupała,  aż mnie odrzuca od opisów paskudności. Nie dość że każda litera wymaga wklepania z mozołem to jeszcze ma opisywać jak bylo niefajnie?  Pamięć też  wierzga, było wrednie i ciało przy wspominkach od razu musi jeszcze kasłać i może by poleżało.  Więc niechętnie bardzo, chętnie napiszę tylko że Jacuś już w formie i szaleje. 


Ale jednak trzeba, a niech to. 

No dobra, bylo wrednie, długo i boleśnie, bo wirus typu A, jest nietypowy, nie kojarzy się  w sposób oczywisty z grypą,  bardzo łatwo zlekceważyć co zrobiłam oczywiście. Nie ma początkowo przez dwa-trzy dni objawów grypy,  jest ból głowy,  ból mięśni i ciśnieniowa i błędnikowa huśtawka, po co do czegoś takiego antywirusowe leki? Przeca to migrena,  nietypowa trochę, bo boli cały łeb i człowiek,  przeciwbólówka wystarczy... A nie, nie migrena i nie wystarczy, wirus zawitał i  trzeba naproksen jakiś lub cos innego antywirusowego bo grypowa  reszta z cholernym kaszlem przychodzi gdy wirus się rozbuja i ciężko  dziada wybić. Tak było u mnie, ale tegoroczne wirusy nie u każdego  takie.  Wredna cholera to jest, na szczęście za mną. Mniej szczęśliwie że skutki wredoty są długotrwałe. Błędnik. Ciśnienie.  Słabizna. Jeszcze kaszel. Jeszcze mniej fajnie że teraz z zarazą motają się Bobusiowie. Dla jasności napiszę  że zaraza złapała ich bez mojego udziału, Bobuś już wyszedł z niej ale kaszle razem z Beatką i Dzieckiem. Koncert okropny. 

I trzeba napisać że. 

W ramach umileń to Jacuś akurat wtedy gdy grypsko się w pełnej krasie pokazało uznał że on sikać to nie będzie. No super. Jak sobie przypomnę tę półprzytomną jazdę rowerem z Cackiem to myślę że rodzaj cudu nas spotkał.  Bo Cacek został na dwanaście dni u weterynarek. Z litosci został,  tak podejrzewam. Nie wymagal cewnikowania, po prostu zaczął sikać mało i krwawo, kolejny raz. Nowością bylo szarpiące serce biadolenie  w kuwecie, raz zapłakał i w transporter transporter w gruby ręcznik i na rower, i jazda. Kurde, w lodowatym deszczu, zacinajacym ze wszystkich stron bo wietrzysko wtedy oszalało, ja już z gorączką i z lekka nieprzytomna, on drący się jak nie wiem co. Albo piszczący.  Jedzie się z dwadzieścia minut przy dobrej pogodzie, wtedy rowerem miotało i pół drogi jechać się nie dało.  Super czas sobie wybrał na chorowanie, doprawdy, to że miesiąc grypsko u mnie szalało to dzięki Jacusiowi. No ale wyleczony, rozpieszczony.  Cudowne kobiety, uratowały przy okazji i mnie, bo za cholerę nie dałabym rady dowozić kota codziennie na kroplówki. Już ten pierwszy raz był wyczynem. Kasę im jeszcze wiszę, wdzięczna im jestem niezwykle.

Jacuś zostawił po sobie u nich bardzo dobre wrażenie, ach jaki łagodny i grzeczny,  ach jaki mięciutki, ach jaki przytulas i mruczuś, no cuduś nad cudusie. I jak ma ładnie na imię i jak reaguje i słucha. Na szczęście na poważnie wzięły ostrzeżenie że to dla innych futer CHUPACABRA, był  sam w wypasionej klatce więc nie doszło do incydentów gorszących. Są w Jacusiu zakochane, wcale się nie dziwię, jak nie pokazuje się od strony CHUPACABRY można, sama jestem. 

I jeszcze trzeba napisać że Rysia i Feluś  byli balsamem i okładem, zalegali przy mnie (i niestety na mnie) niezwykle wiernie i to zaleganie im zostało. Co niepokoi, bo tra la la wiosna, a tu miśki tak łóżkowe.  Nie mam sily i kasy ale cholera, przydałby się  przegląd i ich. Ludzkie wirusy, może ich zahaczyły?

To się działo przez ostatnie dwa miesiące. Odwyk od netu całkowity, bo gdy jaka taka forma to mogę się z nosorożcem bujać, niechętnie, ale choć odrobinkę, ale gdy formy nie ma to niech nosorożec buja się  sam. 

Cholera, pięć dni ten tekścik dlubałam.  

Jutro garażówka.

Na razie starczy. 

Pisała R.R.

poniedziałek, 2 grudnia 2024

Notatka 560 ***






Nie mam pojęcia jak powinna być zatytułowana ta notatka.

Znak życia? Ekspiacyjna? 

Październik był zły. Kłopoty się zaczynały nawarstwiać, bezsilny. Pani d podnosiła swój parszywy łeb. Listopad był do dupy pod każdym względem. Każdym. Było, no ech. Październik do kwadratu. Na szczęście grudzień witamy w komplecie, Jacuś np. znów był ratowany. Jest z nim już bardzo dobrze. Rysia też sobie nie pożałowała wetowania, zarasta bardzo ładnie golenie, na łapce (bioderko) śladu już nie ma po bolesności, sztywności i spuchnięciu, sierść minimalnie krótsza. Jedyny ślad  bo normalnie biega i chodzi, a alarm mi urządziła, portfel i nerwy wydrenowała i wcale nie wiem co jej było. I wszystko takie, kumulacja. Więc z tym życiem to słabiutko po listopadzie, bardzo słabo, no ale co miało się zawalić to już leży, reszta chwiejnie trwa.





Nie mam siły na tłumaczenia, ale moje netowe milczenie być może że jeszcze potrwa. Mial być nowy telefon, futra  się postarały przepuścić kasę ze sporym naddatkiem i na razie nie będzie. Karta SIM okiełznana w końcu skutecznie, ALE. Rzecz w tym, że srajtfon po licznych upadkach może służyć wyłącznie przez godzinę, no, góra przy wyłączonym necie dwie-trzy godziny na wychodnym. Potem żegnaj, bateria drenuje się upiornie szybko. A ja musiałam być "pod telefonem" zawsze, więc wciąż noszony pożyczony stary Playowiec, karta SIM przekładana w adapterach, co jest zajęciem przestrasznym, niełatwym, żmudnym jak nie wiem co, grożącym uszkodzeniem pożyczeńca, bo "adapter" wchodzi przemocą, więc zajęcie całej siły unikane bo poty zlewne przy nim. Taki model. Playowiec baterię ma jak mocarz, dwa-trzy dni trzyma bez trudu,  ale netu nie ma. Nie chce za cholerę uznać innego niż Play dostawcy netu. No trudno, dodatkowe doznania spowodowały że nawet przez sekundę nie miałam ochoty walczyć z telefonami i  byłam tylko telefoniczna, tak jak było konieczne i być może po dziesiątym grudnia sytuacja się powtórzy. 





Listopad był fa-tal-ny. Sił starczyło mi tylko na absolutne konieczności. Wymieniam.

Futra oczywiście odruchowo były na pierwszym miejscu. Niby powinno być na full, wobec całokształtu tak nie było. Być może ich chorowania - ratowania były w proteście, one nie lubią minimum. Tylko Feliks zrozumiał że pańcia ledwo dycha i się oparł pokusie robienia za chorego. Przekochany misiunio-tygrysek.

Podjęte zobowiązanie w punkcie charytatywnym. To trwa, nie jest to zajęcie jakoś szalenie trudne, uznałam że bez jaj, jestem, jakoś się przyjęłam, żal rzucać. Nie miałam tylko cierpliwości do wysłuchiwania cudzesów. Dają siłę takie przykłady na żywca, bo skoro gość biorący chemię antyskorupową z góry ciuchów wybiera seksowną i bardzo gorącą bieliznę dla żony to wieje nadzieją, czyż nie? Ma ją, tę nadzieję. Ciasto upiekł, że gliniak niesmaczny to nieistotny szczegół, upiekł, przyniósł, chwała mu. Chemii nie biorę, powinnam też mieć, tę nadzieję. Przykłady, ale nie opowieści, na słuchanie o życiowych traumach nie miałam siły, mam nadzieję że nie było widać jak bardzo nie mam siły. Nadal.





Bardzo słabe odpieranie drobnych kataklizmów życiowych walących doprawdy falami i kilku kataklizmów nie odparłam, co będzie mi czkało i czkało. Nie odrobię. Przepadło.

Więc zdycham po tym październiku a zwłaszcza po listopadzie, pani d też nie ułatwiała, to poczucie tonięcia, najgorsze z dostarczanych przez panią d...... być może byłoby łatwiej w innym miesiącach, listopad fatalny i bez dodatkowych atrakcji. Znów schudłam, niech to cholera, bo do tego doszły mi dolegliwości jelitowe, niewątpliwie mające przyczynę w całokształcie. 

Listopad do kasacji. Bardzo proszę. Bardzo.




Uffffff. Wiecej nie tłumaczę. Dlatego było tak kamienne milczenie. 

Nie chcę tu zapeszać, pluję przez lewe ramię, zaklinam los, gadam do Absolutu, ale grudzień być może będzie lepszy. Może. Po jednej przewałkonionej z futrami niedzieli jakoś mi lepiej. A w przyszłą garażówka.

I przerwa w konieczności bycia na telefonie. Ufff.

Mój srajtfon teraz jest na tapecie, o rany, NET. Cudowne, nic mi nie szkodzi że srajtfon jest na wiecznym doładowaniu i robi za telefon stacjonarny, na razie może, na razie z ulgą rzuciłam się do słuchania, oglądania, sprawdzania gdzie do cholery jest ulica Włodzimierza, gdzie kupić Cistone, jak nastawia się barszcz, czy wyszła jakaś nowa książka pióra ulubieńców, czym zmyć silikon, jak poratować rozdarcie w skórzanej kurtce, itd. itp, no mrowie mi się nagromadziło do tego sprawdzania w baardzo szerokim zakresie.. Widać że mi lepiej. Jeszcze się nie rzucam na Włodzimierza ani do robienia barszczu, ale wiedzę już mam. I Cistone.

Blogger w końcu. 

Jestem. Na pewno do dziesiątego grudnia. I bardzo sorry. 


Ze skruchą pisała R.R.


Za ilustrację Rysiunia i Jacuś oraz pocztówki z rannej Cz-wy, zdziśki z drogi do punktu. Ze srajtfonem ta droga. Na wspólnej cykance z 10 października jeszcze oba futerka zdrowe. Wieczór, w nocy pisk Rysi. Łapka. Gdy Rysia trochę jeszcze szwankowała 30 października zachorował Jacuś. I zrobił taki horror, że doprawdy. Siwizna. 

niedziela, 29 września 2024

Notatka 559 kanie i bo to całkiem lub trochę inaczej


Kłębiło, post ma pomóc. Post pisany dziwnie, częściami od soboty. Klecony kawałkami był do godzin nocnych niedzielnych.  Może ten składak jakoś się poklei w spójną całość. Obaczym. Zacznie go część pisana po powrocie z lasu. 

Zaskoczki są, potrafi być zupełnie inaczej niż się człekowi wydaje że jest. Zupełnie inaczej. Albo trochę inaczej, ale to "trochę"  zaskakuje. Ale o tem potem, najpierw leśnie.

W lesie byłyśmy dwukrotnie ostatnio, z drugiego bycia dopiero co wróciłam (sobota, wtedy pisane).  Przykra niespodzianka, co dziesiąta cykanka naprawdę zcykana, tyle tego wydawałoby się że napstrykałam, a tu niet, ani śladu po nich. 

Ale grzybki były, zostały zebrane zaraz będzie obróbka. Głównie kanie, odrobina maślaczków no i takie piękności. 


Prawdziwki, pierwsze znalezione w tym sezonie, potem doszło jeszcze trochę. Dziwnie było. Chłodno. Słońce chwilami świeciło, ale wyraźnie dając do zrozumienia że po letniemu to nie teraz. Trasy przemierzone wielekroć jakby krótsze. To zawsze tak, znane drogi stają  się krótkie, dłużą się te nieznane. Jak jest naprawdę, one krótkie czy długie? Nie ma w każdym razie błądzenia, ono tam gdzie chodzimy rzadko lub po raz pierwszy. A ta trasa na tyle często przemierzana że jej dwie główne części dostały nazwy, Kaniowisko i Aleja elektryczna. Ponieważ z aktualnymi cykankami jest fatalnie, więc trochę cykanek z wtorkowej wyprawy. Kapliczka była wtedy mocno zcykana i te cykanki z wtorku.  Ona leśna, ale też nie do końca, blisko plac po wyrąbanym lesie, blisko tory i ścieżka rowerowa. Ale prawie przy niej znalazłam prawdziwki. Czyli leśna. Kiczowata, ale taki to już urok kapliczek. 






Aleja elektryczna i posiad, Asia na padłym drzewie, ja na wyposażeniu Alei. 



Początek Kaniowiska, stąd cykanka, w sobotę masa, masa ludzi krążyła po lesie, widać parkujące samochody którymi zjechali na grzyby. 



Wycinanki po całości, dwa lata temu był tu las, parkingu przy szosie nie było widać, niższa cykanka jest wycinanką większej, samochodów szereg, ale nie wszystkie. Dużo przy drodze wzdłuż torów. I zawsze jakiś gdzie tylko da się wjechać.  I ludzie na rowerach. Jesienny najazd, naród ruszył na grzyby. Kaniowisko jednak i nam dało kanie.  Wobec ilości plątającego się luda wcale nie oczywisty fakt że wyprawa dała nam tyle grzybów że będę miała grzybne posiłki do środy, tak szacuję. Kanie już pożarłam, pycha. 

Wiesz Czytaczu że wcale nie trzeba ich moczyć w mleku? Ani taplać w jajku? Wystarczy umyć i opaprać mąką, mniej dobra co prawda zdejmujemy z patelni, ale za to więcej kani w kaniach. Solimy nie kanie a to czym opaprujemy, ma to znaczenie i dla procesu smażenia i dla smaku całości, tak jak ma znaczenie by smażyć blaszkowe grzybki najpierw blaszkami w dół. Powaga. U mnie tym razem była tylko osolona mąka na opłukane kanie, było ich na tyle że starczyło by opanierowanych klasycznie dla trzech żertych ludziów, w panierce mącznej dla dwóch, a dałam radę sama. No co, nie chciało mi się wyciągać suszarki a smażone da się utrwalić, w zalewie octowej doprawionej jak do śledzi. Też wybitna pycha, no ale przepadło, pożarłam.

Po raz któryś powtórzę że kanie można suszyć, całe mniejsze kapelusze lub cząstki dużych. Suszone zalewa się gorącą cieczą (wodą lub mlekiem), przykrywa się i po ostygnięciu smaży w wersjach jak dla świeżych. Troszkę inny smak, też pyszne. Sezon się zaczął, może uda się uzbierać tyle by nie dało się zjeść od razu i zrobić zapasy.

No. Sezonowa radocha obgadana, teraz opis tego co mną majtało. 

Wstrząsnęło mną zdarzenie sprzed  przed lasu. Mocno, i jak teraz oceniam zupełnie nieodpowiednio. No ale co zrobić. 

Przystanek nie mój, przy moim nie ma gdzie ani kupić biletu, ani nic innego, przynajmniej nie w sobotę przed dziewiątą. Ludzi malutko, powsiadali w autobus i tramwaj, rozleźli się ci co ich komunikacja miejska przywiozła, a nowych jeszcze nie ma. Sobota, ogólnie ruch nieduży. Mój tramwaj widzę, jest daleko, będzie miał jeszcze z dwa przystanki zanim dojedzie do tego.  Więc czekam ja sobie Czytaczu na tramwaj o właściwym numerku, samochody jakoś ciszej i wtem słyszę zduszony skowyt. Moje głuchawe uszka takie dźwięki potrafią wyłapać wyjątkowo sprawnie, no i wyłapały.
 
Pies, taki ze średnich większy, czarny, wisi przy pniu brzozy, podryguje a właściciel sobie stoi , pali papieroska i dosyć nerwowo się rozgląda.
No ******* powiesił psa!!!!!

Nie dowierzam sama sobie. Jeszcze raz zduszony skowyt i podryg psiego ciałka. No nie!!! 

Moj ryk "CO PAN ROBI!!!!" Zero reakcji. Odwrócony gość  jest do mnie tyłem. A pies wisi już bez ruchu, martwo. Bieg w poprzek pustej jezdni, szczęście że pustej, bo nawet nie spojrzałam czy coś nie jedzie. W biegu myśl, co najpierw, kop właścicielowi i wyrwanie mu smyczy, czy od razu do psa. Do psa!
Dwa kroki od celu pies oderwał się od brzozy. Cały i zdrowy, na niczym nie powieszony. Ułamany cienki konarek zwisał wzdłuż pnia, pieseczek się na nim uwiesił chcąc zyskać patyczek do rzucania. Patrzy na mnie już z ziemi, cały uśmiechnięty i oczekujący super zabawy, tyłek mu radośnie majta. Młody amstafowaty, te oczka aż się śmieją razem z całą szeroką paszczą. UFFF! Miałby zabawę gdybym wybrała z tego co najpierw kop właścicielowi. UFF.

Po krótkiej wymianie zdań (ja pełna ulgi, właściciel zdumiony) wracam znów w poprzek jezdni, wsiadam do tramwaju i cykam to co zaczyna posta, żeby opanować emocje. Po czym zaczynam się trząść, nie opanowałam.  Rozłożyło mnie w momencie. 

Ten ludny i grzybny las też był przetrzęsiony, już nie wiem dlaczego, czy to wciąż nerwy, czy może rzeczywisty chłód. Bo było chłodno, chwilami lodowato. Chyba się pochoruję, co przefatalnie świadczy o moim systemie nerwowym i odpornościowym. Niedziela mija i byla cholernie słaba, niewielką  pociechą gotowanie pyszności i futra. Przez taką duperelkę i leśny chłodzik.

Cykanka-wycinanka zaczynająca post dokumentuje pieska z panem. Niewyraźna bo z tramwaju i wycinana z wiekszej.

Nara Czytaczu. 
Wszystkie metody niealkoholowe zawiodły, pozostało mi tylko golnać sobie coś mocniejszego i łupnąć się spać. Bo jutro do roboty. Obym nie nawaliła.

To jeszcze donotuję tylko coś odnośnie tego że bywa inaczej niż myślimy. W piątek w punkcie jak zwykle było rozdawanie jadła. Wiesz Czytaczu o warzywach. Owocach. Myślisz sobie pewnie że same podstawowe? 
Niekoniecznie. Warzywa podstawowe owszem, ale było egzotycznie w owocach, taki rzut, zero krajowych.  Ananasy, figi, mango. A wśród produktów nie warzywnych trafiły się i ostrygi. 

Pisała R.R.