Nie, nie zwariowałam To dziwne coś pod spodem to powierzchnie dwóch głazów strzegących wejścia do sklepu. U góry labradoryt, nieszlifowany zębaty kamol, przypominający szpic kapelusza czarnoksiężnika kształtem, matowością powierzchni szkło obrobione przez morze. Na żywo widać jak jest perłowo urodny pod tą matowością, jak lekką tęczę chowa w sobie.
Ten dolny pilnuje lewej strony wejścia i też jest samą urodnością, z lekka przejrzysty i szkliscie połyskliwy, bananowy w kolorze. Duże są dosyć, wysokości średniego i wysokiego stołka, ale na labradorytowym szpicu raczej nie posiedzisz Czytaczu.
Nie, nie zwariowałam, dojście do sklepu jest takie, a ten sklep jest na zapleczowej stronie sąsiedniego. Dojście to droga od bramy w głąb zapleczowego placu, a przy drodze rzeźby sprzedawane przez ten sąsiedni sklep.
I Czytaczu, tak, one też są mineralne, ludzką rączką stworzone, w założeniu niezwykle ozdobne. Czyli pasują do notatki. Szczęka mi z lekka opadła przy poniższej kopii piety Michała Anioła. Ona wielkości takiej jak oryginał.
Nike z Samotraki już była mniejszym wstrząsem.
Tak. Zwariowałam.
Bo.
Ufff.
Trafiłam do miejsca dla zbieraczy minerałów. Nie dla takich co zbierają skrzętnie w miniaturowych plastikach centymetrowe kamyczki, tam kamienne pipciumy niewidoczne. Uwagę zwracają od razu solidne bryły, gdyby porównać je do owoców, to byłyby dyniami, kabaczkami, arbuzami, melonami, grejpfrutami, mango, itd, aż do wiśni. A jagódki jeśli są, to nikną.
Jaspis z przodu, dynia taka z
już bardzo dużych, za nim skrzyneczki z minerałowymi koralami. Za nimi regały, na których też piękne minerały, ale i drobiazgi w duchu fengshui i new age. Trochę Indii, trochę Chin.
Ten jaspis nie jest szczególnie olśniewajacy, i mimo że sklepem jestem zachwycona, to widzę że sprzedawane cuda nie są w ekstraklasie. Owszem, przyzwoity poziom urody, ale nie taki jak potrafią osiągnąć.
Zwłaszcza prawa strona regału taka niemineralna.
Te kamole, tak podobne niestety na cykance do takich, którymi obecnie często wysypują np. tory miejskie, na żywo już wcale nie są tak podobne. Wyrazistsze, ostrzejsze w błyskach, kolorach, konturach. To zrost, zlepek szlachetnych włókien czarnego turmalinu z pręcikami/drucikami miki. Jeżeli widziane na żywo kamole można pomylić z innym minerałem, to prędzej z kwarcowym tygrysim okiem niż z kamieniami przy torach. Urodne są bardzo, błyszczą srebrem miki, lśnią jedwabistą czernią. To kamole dość spore, dziesieciolitrowe wiaderko jest mniej więcej wielkości tego po prawej stronie cykanki.
Jedyna rzecz którą odważyłam się wziąć do ręki, cudo ammonitowe. Wielkością zbliżone do żółtego melona, łupina by pomieściła. Jedyna rzecz której znam cenę. 610,- PLN.
No nie, jeszcze miałam w ręce skałkę z gęsto upakowanymi kostkami pirytu. Waga zaskakująca, ręka w momencie mi chciala polecieć w dół. Ale na cenę nie popatrzyłam.
Trochę niemineralnej biżuterii. Już mi nie wypadało cykać, a tu też cuda. Ze skóry, z piór, z drobnych koralików.
Powiem Ci Czytaczu, że sklep wcale nie jest jakimś ogromem, a kamiennej urody zawiera tyle że starczyłoby na kilka godzin oglądania.
I za jakiś czas go znów nawiedzę. Tym razem poczucie jakiego takiego taktu, kazało mi przestać się gapić, przestać cykać, pożegnać się bardzo grzecznie i wyjść. A ułamek cudów zcykałam, jeszcze kilka zatchnięć pewnie by mnie zaskoczyło.
I Czytaczu. To pierwsza wizyta w tym mineralnym raju, mimo że szyld widziałam dawno. Tyle że nie składało się, pora dnia, brama była przymknięta, no i co tu ściemniać, nie jestem targetem dla sąsiedniego sklepu.
I jeszcze lokalizacja. Rynek Wieluński, Północna jego pierzeja, za plecami niewielkiego neogotyckiego kościółka.
Cykanki są zamieszczone WSZYSTKIE, a notatka sklecona pospiesznie ze zdziwienia że Blogger je zobaczył. Widzi prawie wszystkie zrobione w dniu 27.05.2026. Prawie wszystkie.
Nie wiem czy to trwałe szczęście i dlaczego tak, ale wysypuję to co się da wysypać. Wszystko z okrężnego wycieczkowego powrotu do domu, z zabłądzeniem w lisinieckim parku był to powrót, ze zdziwieniem że okolica tak się zmieniła. Z wyjazdem na miasto w miejscu niespodziewanym. Cykanki, hmmm, żebym to wiedziała że akurat z tego dnia blogger je zauważy....
Nie może mieć to chyba nic wspólnego z faktem że był to dzień Samorządu Terytorialnego, branżowy dzień diagnosty laboratoryjnego? Ani narodowy dzień kremów przeciwsłonecznych?
Chyba.
Nara, Czytaczu.
No i cud cykankowo bloggerowy był jednodniowy i to czego bloger nie widział nadal niewidzialne. Kościółeczek za którym sklepy, no ech, fota z netu.
A z dzisiejszego cykania tylko kaczuszki. Jest pięć kaczych maluszków, bardzo grzecznie podążających za mamą po trawie, tak dziś rano je zobaczyłam, równiutki sznureczek kaczątek kroczących równiej niż żołnierze. Ale w wodzie, ach dokazują jak przedszkolaki, kręcąc radosne młynki, goniąc się beztrosko, podejmując próby nurkowania pod rodzeństwem. A mama pilnuje. Cykanki z drogi do punktu, tylko trzy, a zcykane o wieeele więcej.



































Cuda, panie, cuda! Minerały oszołamiające, oko by mi zbielało z wrażenia. Ale, co tam gadać, i tak kaczuszki przebijają wszystko :).
OdpowiedzUsuńPewnie że kaczuszki rządzą😄😄😄, żaden choćby najpiękniejszy kamol nie ma tyle wdzięku.
UsuńWypas rzeźbowy, ciekawe kto kupuje takie cuda.
OdpowiedzUsuńPrzypomniało mi to , że w ogrodzie dziadkow od frontu stała duża rzeźba, Maryja ale nie pamiètam, czy z dzieciątkiem. Zmora mojej babci, rozwalić glupio, a farba złaziła,wiec trzeba bylo co jakis czas odmalować.
Nie wiem co sie wydarzyło, bo jednak kiedyś rzeźba zostano uszkodzoną, i to byl pretekst do pozbycia się jej .
Co do minerałów, to fajnie pooglądać, jednak niezbyt często to robię.
W świetle tego że sklep tak zatytułowany, to wiadomo kto może kupować te religijne rzeźby. Pieta, Franciszek, dziwny anioł zabijający jakiegoś bidoka, wszystko może trafić w jakiś kąt kaplicy lub na nagrobek. Zagadką jest większą co w tym towarzystwie robi Nike z Samotraki. Mniej by mnie zdziwił delfinek😃😃😃.
Usuń