Mogło mnie skrzywdzić strasznie, mogło by mnie wcale już nie być, nie myślę, mam więcej szczęścia niż rozumu.... gadaniu dziś nie było końca. Niepotrzebnie powiedziałam dlaczego się krzywię przy schylaniu, no i się zaczęło. To znaczy też by było gadanie, ubiegły piątek dostarczył żeru, ale może byłoby mniej intensywnie. O połowę.
Teresa wykorzystała że czwartek jest dniem administracyjnym bez ludzi i gadaniu nie było końca. Dla niej. Dla mnie nie było miejsca i szansy na gadanie, nie dała. Dzięki czemu wiem że czwartek nadal jest moim najmniej ulubionym dniem tygodnia......
Bo Czytaczu, ona jest matką. Wiekowo na jej córkę pasuję i czasami mnie ta jej matczyność zahacza. Czasami matczyność zahacza, czasem inne teresowe instynkta, przed którymi też ciężko uciec......
Teresa ogólnie jest intensywna, wiek na to nie pomógł. Gdyby nie to, że podstawa charakteru Teresy to złoto i diamenty, dawno by ją ktoś ubił za te instynkta intensywne. Takie są.
Ech.
Opowiedziała w piątek rodzinie jak leciałam za łachmytą, a w rodzinie ma taką co pracuje przy miejskim monitoringu. Ta z rodziny obejrzała sobie panów, mój bieg i odzyskanie monetek i wybuchła bluzgiem pomieszanym z pytaniami retorycznymi.
Czemu nie było powiadomienia policji, czemu leciałam sama, tak mi się nie chce żyć że umrę za cudze grosze? Wczoraj bluzg był do Teresy, dziś mnie przekazany z licznymi dodatkowymi barwnymi wypowiedziami i na temat piątku i na temat świeży dla Teresy, czyli szczupaczkowania.
Zostałam oprócz wtórnego bluzgu i pierwotnego bluzgu przytłoczona matczyną troską Teresy oraz pytaniami i wiedzą z miejskiego monitoringu na temat panów.
Otóż to są regularni grasanci po autobusach, małych lokalach gastronomicznych, tłumkach ludzkich. Z narzędziami tnącymi torby i paski toreb. Z małpimi łapami manipulującymi po cudzych kieszeniach. Ulatniają się zawsze spokojnie (ten luz przy spacerku do Jasnej Góry!), a ludzie bardzo rzadko zgłaszają, nie będąc świadomi kto ich obrobił i że widać kto na miejskim monitoringu. Na jednym jesiennym nagraniu gdzie pobity pijak, też prawdopodobnie oni, pijany bronił się przed brutalnym rewidowaniem i został pobity i skopany. Figury pasują, twarzy nie widać....
Pisałam tu, do Teresy też od razu mówiłam, że wtedy przy gonitwie za panami nic nie myślałam, odruch, instynkt i już. Że udało się z zaskoczenia. Na kazanie-gadanie-kwokowanie nie pomogło nic a nic.
Mam nadzieję że ta górka na której odwaliłam szczupaczkowanie nie ma kamery, a jeśli kamera jest, to bez znajomości dokładnego miejsca i czasu zdarzenia osobie monitorującej nie będzie się chciało szukać. Gdyby się dało tak samej, bez konsekwencji w postaci opieprzu (który dziś przecież solidnie zaliczyłam), zobaczyć zajście. Jednego jestem ciekawa, wiem co działo się ze mną, wyrzuciło mnie po prostu nad kierownicę, cudem puszczoną, więc od pierwszej sekundy lecieliśmy oddzielnie, ja płaskim szczupakiem a rower to nie wiem. Jak on leciał? Dlaczego tak dziwnie poskręcany tuż za mną?
W sumie nieważne. Ważne że się udało, a znowu nie boli aż tak jak przy poprzednim locie.
Bo to mój trzeci lot z roweru.
Pierwszy i drugi były na Ukrainie, marka rowera taka, radzieckiego rowera. Rowera czy roweru? Nikomu się wtedy nie śniło że może istnieć państwo Ukraina.
To był rower w zamierzeniu rodzinny, kupiony w Bratysławie przez Łojca. On zawsze za swoją kasę chciał solidości, ale jak najtaniej. Były inne, trochę droższe, dużo lżejsze w budowie i w wadze. Moja Mama protestowała mówiąc że jak rower ma służyć wszystkim to nie ten, dla niej za ciężki. Dała kasę wskazując inny, miał go kupić i przywieźć przy jeździe do domu, wtedy wracałyśmy bez Łojca. Owszem, kupił rower, przyjechał, przywiózł rower. Ukrainę, bo taki tani i solidny. Mama przejechała dziesięć metrów i powiedziała:
- NIE. Oddaj to co dostałeś na ten inny. Ten zabierz. Nie da się na nim jeździć.
Skończyło się na tym że jeździłam ja, klnąc i kapiąc litrami potu. Innego roweru nie było.
Budowali wtedy promenadę Niemena, spacerowy asfaltowy trakt po tych czterdziestu latach dziś jest na nowo rozbabrany. Tyle że teraz rozbabrany remontem modernizacyjnym idącym od początku, wtedy nowiutki asfalt sięgał prawie do samego końca promenady. Prawie. Promenada Niemena ma bez trzystu metrow dwa kilometry, nie było jeszcze może dwustu metrow asfaltu. Ten koniec asfaltu był jak ucięty, tuż za asfaltem dopiero zasypywany dół po wybieraniu żwiru. Też zjazd z górki, tylko że wtedy dół i koniec asfaltu widziałam od samej prawie chwili zjazdu ze szczytu górki, z jednej strony (tej od której wjeżdżałam), baaardzo łagodnej, a od szczytu już nie łagodnej. Dałam ostro po hamulcach, całkowicie w porę. To była Ukraina, klunkier. Cholernie ciężki pod każdym względem. Szybki, owszem, ale prościej było go prowadzić pod ciut mniej łagodne wzniesienia, przy zjazdach natomiast szatan nie kogut, rozpędzał się w momencie tak że ferrari by dogonił. Hamować należało przy byle spadku trasy, bo ten rozpęd....
Gwinty i śruby w nim wiecznie się rozkręcały. Ni z tego ni z owego, a to siodełko przekręcone pod tyłkiem, a to obrotowa kierownica. Bagażnik był nie do opanowania, jego zatrzask też był na pokrętło z jakąś sprężyną. I albo wypuścił podczas jazdy spod siebie trzymaną rzecz, albo chciał uciąć rękę przy obsłudze. Co trzymał nie miało znaczenia, mógł nic nie trzymać i fiksować kłapiąc zatrzaskiem.
Rower był klunrem. Solidny inaczej, jednym bardziej zrozumiałym zwrotem określając.
A poleciałam, bo radzieckie spawanie przy tym akurat hamowaniu też okazało się solidne inaczej, urwały się oba mocowania tylnego koła. Jednocześnie i absolutnie znienacka przy naciśnięciu hamulca. Wywinęłam salto widząc jak rower jedzie nadal, zgrzytając ramą bez tylnego koła o nowy asfalt. Samodzielne koło popruło w dół, do samego żwirowego wyrobiska, wyskoczyło z niego i dopiero przy tym wyskoku przekręciło się tak, że legło. Oba elementy mnie minęły, nieruchomiejąc daaaleko w dole. Jakimś cudem wylądowałam jak akrobata, na stopach, podpierając się rękami. Nic mi się nie stało, zero obrażeń, żadnych boloków.
Rower wymagał natomiast spawania. A przedtem trzeba było i koło i zdezelowany pojazd jakoś do domu i tego spawania dostarczyć. Z racji tego że był klunkrem, to jego transport nadrobił doskonale brak uszkodzeń przy locie.
Ale został pospawany, na złe gwintowania spawacz też pomógł, dał w te gwintowane miejsca jakąś cienką błonę i rower się nie rozkręcał. No to jeździłam.
Do czasu drugiego lotu. Znów promenada , znów ten sam cel (tfudzialka), dwa miesiace później. I ta sama górka, z asfaltem położonym na zasypanym dole. Tym razem nie hamowałam, bo po co? Zdążę przed laskiem i końcem drogi.
Taa. Drugie latanie było skutkiem wkręcenia się w łańcuch i w piastę koła wiezionej na bagażniku ukochanej chusty. Rower tym razem poleciał ze mną, po salcie zrobionym łącznie puszczony wylądował tak, że poszło zawieszenie przedniego koła. Ja po salcie już bez roweru wylądowałam szczupakiem przed rowerem. Na płasko, i było szorowanie. Instynkt musiał zadziałać, koniecznie nie chciałam lądować na Ukrainie i udało się. Tyle że wtedy, o matko. Odebrało mi oddech. Zero nóżką, zero rączką. Krwawo od szorowania po asfalcie. Goły poraniony przód. Przedramiona. Czoło też ucierpiało, musiałam nim walnąć, guz był taki z dużych. Nikogo wokół. Bezludzie, co nie do uwierzenia skoro tam teraz bardzo ludna dzielnica obok. Bardzo długo się zbierałam.
A tu gruchot z czarnymi strzępami chusty. Oddzielnie gdzieś tam scentrowane koło. Tym razem nie czułam się na siłach by targać grata. Wystarczająco mi dokopało wyrywanie z niego pociętego chustowego skarbu.
Bo tak, ja już wtedy byłam chustowo-szalowa. Chusta była z czarnej włóczki do której dodano metaliczną srebrno-złotą nić. Wielka, trójkątna, dwustronna, cienka, mięciutka i mocno frędzlasta. Wtedy letnie łaszki nie ochroniły, październikowy upał spowodował że nikt nie myślał o dżinsach czy sweterkach, chusta była wożona bo wieczory, bo ranki, Dłuuugo żałowałam utraty cuda, dużo szybciej zaleczyły się moje obrażenia. Wtedy chusta poratowała po raz ostatni, pozwoliła dokustykać do domu bez straszenia krwawym ciałem. Ciało ucierpiało, pewnie, mogło się skończyć dużo gorzej, ale lat trzeba było żeby w końcu zniknęły ślady po szorowaniu asfaltu. I tygodni by zniknął z czoła nabity guz. Po Ukrainę został wysłany Łojciec, i szczerze pisząc nie wiem z jakim efektem. Nigdy więcej jej na oczy nie widziałam, pytał się co prawda o adres spawacza, ale nie wiem czy w sprawie klunkra.
Rowery przestały mnie dotyczyć na ponad trzydzieści lat.
No. Głowa przestała pulsować. Będę żyć.
Dlaczego teraz jeżdżę na rowerze będzie nie teraz. Kiedyś tam.
Teraz to kwitną złotokapy i wisarie. Zauważ Czytaczu. Co prawda te foty to ofertowo-handlowe, ale rozpoznasz w naturze, mogą zachwycić. Mnie zachwycają.
Pisała R.R.






Ja na rowerze nie jeżdżę, a i tak dwa razy w życiu zaliczyłam bliskie spotkanie z asfaltem. Raz na oblodzonym chodniku nie przyuważyłam jakiejś nierówności i objuczona zakupami fiknęłam malowniczo na plecy i tyłem głowy w podłoże, a drugi raz poprzedniej zimy, kiedy nieopatrznie dałam sobie wcisnąć do ręki smycz zakończoną psem, który właśnie w tym momencie wyrwał się w kierunku innego psa - tym razem padłam twarzą na asfalt, na szczęście trochę bokiem i czapka razem z kapturem nieco zamortyzowały łupnięcie czaszką, ucierpiała broda, krew się lała jakby mi ktoś gardło poderżnął, no i na moment mnie zamroczyło. Tak że chodzenie na piechotę też nie gwarantuje, że zachowa się postawę pionową i żadnego wypadku nie będzie.
OdpowiedzUsuńMałgosiu, widzę że trzeba mi będzie uściślić posta. Bo to że ma się styczność z asfaltem, to norma, nie mają jej chyba mieszkańcy mitycznych wysp , i krain gdzie asfaltu nie ma. I bez roweru oraz asfaltu spotkanie z twardym czymś niekoniecznie nawet poziomym może boleć jak cholera, uszkodzić lub zabić. To wszystko oczywistość. I to że tak u Ciebie, to szczęście że tylko tak i przykro że aż tak. Życie ogólnie jest wypadkowe, nie ma inaczej. . Ale loty z roweru, to jest .... Dla mnie groza. I uważam że we wszystkich moich trzech mój anioł stróż zasługuje na podziękowanie i nie wiem co. Flachę? Wpływ na grozę ma śmierć znajomej rodziny właśnie po locie z roweru. We wczesnym mym dzieciństwie babcia tak straciła przyjaciółkę, potem w podstawówce kolega z klasy też po takim locie na całe życie ma po nim pamiątkę, w liceum ciotka koleżanki ... itd, itp.
UsuńZ drugiej strony jednak jeżdżę, chodzę, Ty też chodzisz, nie przestałaś dlatego że asfalt Cię napadł. Nie rzucamy się przecież na niego z krzykiem JUHU!!!
Żyjemy.