Czytają

środa, 27 maja 2026

Notatka 572 Ryszarda musiała



Piątek,  sobota, niedziela. Były. Poniedziałek i wtorek też.

W niedzielę było duszno i tropikalnie, szklarniowo wręcz, a przecież to jeszcze nie lato. Tak było, że jeśli  niedziela zwiastunem letniej pogody, to strach się bać. Lata. Zalegałam z futrami, żałując że Jacuś koniecznie musi zalegać przy moim ciele i że temu ciału  jednak niewygodnie byłoby zalegać na chłodnej podłodze obok Felusia. Rysia też zalegała,  jak zwykle na wysokości.  Ruszyliśmy się solidniej dopiero gdy soczysty obfity deszcz pod wieczór spłukał szklarniową  duchotę i senność. Motorki w tyłkach, otrzeźwienie i wszystko naraz. Ruchy, ruchy, wytoaletować się, ogarnąć, pędem dawać jeść i samej jeść. Tylko Rysi nie otrzeźwiło. Jak sobie leżała przed deszczem, tak i po. 

Zlekceważyłam, pamiętając jak wściekle aktywnie kicia spędziła znaczną część sobotnio-niedzielnej nocy. Ma prawo odsypiać. 

Bo Czytaczu, pamiętasz że ona zawodowo uprawia hokej wielokrążkowy? No i sobie pouprawiała, tyle że tym razem w roli krążków wystąpiły  nie leciutkie piłeczki, papierki czy drobne zabaweczki i śmietki, a cztery solidne cebule, trzy czerwone i jedna czosnkowa. Uparła się na nie, zbierane wytaczała z koszyka, za drugim zbieraniem nawet nie czekała aż wszystkie w nim będą, czerwoną z zielonym szpicem szczypioru wytrąciła mi z ręki.  No trudno, sąsiedzi z dołu wyjechani, blok i tak wibruje od niskich tonów, niech ma bawidło, cebulom nic nie będzie. Nic dziwnego że zalega, przy jej zwykłych krążkach do hokeja te cebule to tak jak piłki treningowe przy zwykłych.

Niepokój tknął mnie późnym wieczorem, w nocy panika, w poniedziałek rano wet. Coś nie tak. 

Wieczorem zdejmuję z ambony. Syczenie, bardzo była niechętna zmianie lokalizacji, nigdy w życiu nawet pazurka czy ząbka na mnie nie wyciągnęła, syczeć syczy gdy wg. niej krzywdzę. Braniem na rączki?! No co jest? A może zjadła jakąś łupinę, jedna cebula ma ułamany szpic szczypioru, zjadła?! Przecież kotom nie wolno! Podstawiam miseczki, nic. Zero reakcji, a przecież to wołoduch.

Trudno, macany brzuszek, zwykły i pozwala na dotyk. No napiła się. Kuweta? Nie. To nie.

Śpi tam gdzie  zostawiłam, na stołeczku. Stawiam na tapczanie. Kładzie się natychmiast, burcząc. Kota Ryszarda IV Waza nie chce wstać, nic jej nie obchodzi kuweta, picie, jedzenie. Syk przy braniu na ręce, postawiona natychmiast się kładzie na boku, równie chętnie na prawym jak lewym. Byle nie stać, kocia uparcie wywrotna.  Omacane łapki, brzuszek, wszystko ok.

Ale nie chce wstać. Już niedługo do poniedziałku, rano do weta zamiast do punktu.

Transporterek, ulica, tramwaj, wet - wszystko witane z obojętnością, i Czytaczu, tak to jeszcze nie było. Najbardziej chore z futerek reagowały, bały się wyrażając swój dyskomfort miaukiem choćby,  a Rysiunia nie. Przez tę obojętność kiciuni to mój zawał na miejscu o mało co, im dłużej Rysia była samą obojętnością tym bardziej mnie ogarniała panika. Taką to mnie wetowie do tej pory nie widzieli, jaskrawy  kontrast z kocią pacjentką. 

Powtórnie omacana u weta, solidniej i bardziej fachowo, zbadana temperatura, krew w podstawowym zakresie, pyszczek, no i niby wszystko dobrze, a się pokłada. Zginane i prostowane łapki zabiera bardzo stanowczo, ale tak jakbyśmy byli drobną niedogodnością, obojętnie. Apatia. 

Mówię że maleńki Feluś też miał podobnie, niedobite robale zaatakowały układ nerwowy, przestał chodzić.  Nie, raczej nie. Co możliwe u kota wychodzącego z bezdomności  to niemożliwe u niewychodzacego domowego od dzieciństwa. Ale Rysia dostaje maź do pyszczka, ja strzykawkę z mazią dla pozostałych futer. 

Obserwować, strzał przeciwbólowy/antyzapalny, taki długoterminowy, nawadniający wlew podskórny i obserwować. Telefon gdy coś się zmieni, nawet po zamknięciu lecznicy, prywatny numer dostałam.

Po wecie Rysia zasnęła na trzy godziny, tak do nieprzytomności, wyjmowałam z trasporterka samą ospałą bezwładność.  Też budząc mój strach tym snem, bo tak to żaden kot nie zasnął mi nigdy po po wecie, w drodze od.  Jacuś maluszek zasnął,  bo był intensywnie bujany, ale jednak zwyczajnie a nie tak do bezwładu. No nic, śpi to niech śpi. Ale niewiele brakowało żebym się do weta wróciła, nerwowo cóś mi było gdy spała. 

Po obudzeniu inny kot, kot co ma potrzebę skorzystania z kuwety, picia, jedzenia. Do mnie się poprzymilała, upominając się o dokładkę, dojadła. Po czym poszła do Felusia na tapczan i odwaliła toaletę, swoją i felusiowych uszek.  

Ufff. Odetchnęłam. Wet chyba też. Zastrzyk jest dwudobowy, gdyby w środę rano się pogorszyło zaprasza, ale wydaje się że może to nie być potrzebne. 

Musiała wcale nie spać, trwając w bolesnym bezruchu i dopiero moc zastrzyku pozwoliła naprawdę zasnąć. 

Musiała sobie nadwyrężyć łapki, może przy którymś skoku z ulubionych meblowych turni, może wcześniej cebulowym hokejem. 

Tak myślę, bo teraz Rysia chodzi, Rysia nawet delikatnie skacze, nawet wdrapuje się na niższe wyżyny,  ale ten ruch w porównaniu do tego sprzed nieruchawości, to jak samochód osobowy przy wyścigowym i jak auto niedzielnego kierowcy przy miejskim autobusie. Ale przyspiesza, i zanosi się że znów będę miała kocie ferrari intensywnie kursujace po chałupie. Szybko to będzie. Dziś lepiej niż wczoraj, wczoraj lepiej niż w popołudniowy poniedziałek.  Nie było potrzeby wetowania.

To nie tak że kursuje bez przerwy, po prostu Rysia jest kotunią żyjącą na pełnej petardzie, jak zabawa, jedzenie, kuwetowanie, mycie się, sen, czy pieszczoty, to całym sercem i ciałem. Impet, stąd stłuczona kilkukrotnie od niej cięższa miska na wodę, dlatego wszystko przy niej leci, dlatego Feluś ucieka gdy go myje. Za intensywnie to robi, ot co. Zapieścić też jej się nie da. Tak jak nie da się nie pogłaskać, bo nie da się zignorować gdy chce lub nie chce.  Stanowczość, na głowę wejdzie, by być pogłaskana,  a jak dość to dość, bo teraz kicia ma inne zajęcia.  

Wraca to, ta intensywność zachowania. Ufff.

Nie jest żle, ale co mi strachu napędziła!!!!!

Każde z moich futer widać musi. Przy każdym był ten moment grozy, tym bardziej straszny że czasem nie było heppyendów.


Kicia pod obserwacją.

Bloger, nie bądź łoś, daj wstawić cykankę Rysi.


Uuuu. Bloger, dlaczego akurat TA cykanka?!

Przecież ona jest stara, gdzie dzisiejsze?!!!

1 komentarz:

  1. O matko . Mnie tak właśnie Vuko się kładł i okazało się z tym kręgosłupem . uffff!!!! UFFF że Rysia nie w kołnierzu. uffff

    OdpowiedzUsuń