Czytają

niedziela, 9 sierpnia 2020

Notatka 69 Wczorajsze pomarańcze i róże




Jeden jedyny krzaczek-kępka nasturcji.
Z całej paczuszki nasion jeden krzaczek? Kant jakiś.








Trojeść bulwiasta. Moje uparte sianie dało efekt. Kupne sadzonki dały ciała.




Hortensja niestety nie moja. Ale przyuważona wczoraj, przed jednym z bloków, podczas robienia zakupów.










Inka. Róża obficie kwitnąca przez cały sezon. Inne chorują, ona też nie uniknęła zarazy, ale szybciutko się z niej otrzepała. Ma wiotkie pędy, tworzyłaby solidną kopułkę gdyby nie gęstwina w której rośnie. Jedyna wada - nie pachnie. 
Po za tym - róża cud. 




No. Obiad się prawie zrobił, a ja zdążyłam ku pamięci i dla radości oka powklejać wczorajsze cykanki kwitnącego. Mojego i nie mojego. 

To na razie, Czytaczu. R.R.








Notatka 68 cyrk nieustający

08.08.20

Skrzek straszny Lisiny. Taki sygnał do pobudki. Nieprzytomna lecę sprawdzać o co chodzi, ratować, karcić i ogólnie pańciować. Melina nr.jeden zdobyta przez gender, a japę pruje na Jacusia, co się wdziera do twierdzy.  Myślałam strasznymi obrazami krzywdy Lisiuni, a to zabawa w wojnę. Jacuś na mój widok opuszcza skokiem melinę, L głupieje. Zostać na szafie? Zejść do pańci zajętej chwaleniem potwora?  Kiedy stawiam przed małym jedzonko zjawia się chętna do zemsty i zeżarcia Jacusiowi. Trzeba łapać gender i szybko dawać jej własną miseczkę.  Po porannym akustycznym szoku jakoś niezbornie mi idzie działanie. Tańce, wolne i melancholijne, tym razem odprawił tylko duet. Też już pojadł. Teraz uprawiane jest drzemanie, tylko maluszek szaleje.

Miałam dziś jechać do Chorzowa, do schroniska. Obudziłam się za późno, kołowata od wrzasku Lisiuni, bez chęci na podróże i z kołaczącą się wątpliwością czy  dokicanie ma sens.

Przed momentem pod moimi nogami rozegrała się straszna akcja z potwornym Jacusiem prześladującym gender. Z wrzeszczącą Lisiną, której szpony zaczepiły o moją spódnicę, nacierającym (poza - atakująca  agama) maluchem. Uwolniłam szpony Lisi, zostałam podziabana ząbkami jak szpileczki i podrapana miniaturowymi pazurkami. Gender przeklinała z blatu, małe też się zaczepiło o spódnicę, cienki kwik-pisk i nie wiadomo jak ratować, bo zrobiło z siebie oplątany materiałem tobołek, pazurki czterech łapek powczepiane na ośmiornicę.. Uwolniony Jacuś odbiega jak galopujący ogier, z dumnie podniesionym ogonem,  po wariacku z siebie zadowolony. Dokicać?


Wieczór już. Byłam od 13-stej poza domem. Zgarnęli mnie z zakupów, powieziona zostałam do kuzyna przy okazji powrotu z wizyty u veta. Tam niedobrze, zmartwienie wielkie. Pies. Kochany, mądry i miły.
Nie tak dawno, przy okazji leczenia ochrypłego szczeku, kaszlu, ciężkiego oddechu miał robione badania krwi. Wyszły rekordowo dobre, jak na czternastoletniego labradora. Ale kuracja coś słabo działała, więc prześwietlenie krtani - stawonóg paskuda. Z przerzutami, jest też i na jądrach. Co za zaraza, czemu musi tykać i stwory, co jest nie tak z tym światem?
Ogólnie staruszek wygląda dziarsko, je, wydaje się, że go nie boli. Rekordowy dół chłodzący wyrąbany przy ogrodowym stole świadczy i o tym, że chce mu się o siebie zadbać.




W domu zastana sytuacja następująca. Łojciec śpi. Lisia śpi na pralkowej podusi w łazience. Jak mała torpeda wyskakuje z mojego pokoju Jacuś. A gdzie Feluś, gdzie Gacuś? Nie ma. No nie ma i już w żadnej dotychczas używanych kryjówek. Wołam. Szuram miseczkami. Nic. Główkując, zaczynam szukać, po kawałku zaglądam wszędzie, nie patrząc na logikę. W tapczanie Łojca też, obudzony nie ma dla mnie ciepłych uczuć. Znajduję ich przypłaszczonych za poduszkami na moim tapczanie. Sztywnych i spiętych. Nie wyszły do jedzenia. Zaraz się umyję i pójdę im czytać.  Woda leje się do wanny, Jacuś bezlitośnie likwiduje bukiet przywieziony od kuzyna, duet za poduszkami, Lisina wróciła do łazienki.

09.08.20

Upalna noc za nami. Polowania Jacusia na ćmy i inne nocne latacze intensywne. Nic nie złowił, ale ja mam porysowaną czaszkę, twarz, ręce. Inne ofiary to połamany bukiet i szklany kufel z tonikiem. Koncertowo gruchnął po pierwszej -  płakać mi się zachciało jak wpadłam przebudzona do kuchni. Sprzątanie szkła i mycie podłogi z cieczy co jak zasycha robi się lepka. Ulubione naczynie poszło w odłamki.

Nie ma  powtórnej odpowiedzi na  strzałę wypuszczoną w sprawie kiciaka w stronę Olx. Przyszła odpowiedź na zapytanie, czy pasowałoby mieszkanie z dużymi kiciami i małym kolegą. Taka:

Pierwsze co by zrobil to zagryzl koty.

Ucieszyłam się, kociak dla mnie. Nie da się zjeść Jacusiowi. Ale cisza na moją entuzjastyczną odpowiedź, że tak potrzebuję właśnie zawadiaki. Pewnie myśli sobie ten ktoś, że ma do czynienia z wariatką planującą nielegalne walki kotów, która będzie sprzedawać bilety na widowiska. Telefon w sprawie następnego kicia, nieaktualne. I jeszcze jeden. No, wreszcie ktoś rozsądny. Ale rozsądek każe im wymagać dla malucha domu z kawalątkiem ogrodu. Tego nie mam.
Wyszukuję życzeniowo oferty czarno-białych kocurków. Bo ruda Lisina, biało bury Feluś, białoszary Gacuś i równie jak Gacuś wielkouchy i białoszary Jacuś. A dużo jest kotek - u mnie ta płeć się nie sprawdza. I białoszarych kotków, białoburych, rudych.

Może dam sobie spokój, jak los przyniesie to będzie. I kociątka szybko wyrastają, gorzej że mądrzeją po dwóch latach..

Dzisiaj piszę a to z Gacusiem, a to z Felusiem na kolanach. Co skończę jeden seans pieszczot, to zaczynam następny.. Lisina śpi na blacie, małe u Łojca.

Jasna dupa, znów wojna. Felek i Gacek w defensywie. Pańcia na ratunek. Piorunem.

Wieczór już, a ja mam za sobą dzień w upale.. Jak to dobrze, że położyli izolację termiczną na dach. Łatwy to ten dzień nie był, ale temperatura jednak była niższa niż na zewnątrz. Koty przesypiały upał, Jacuś w złym humorze urządzał co trochę polowania przerywane drzemkami. Wrzeszczała budzona gryzieniem w kark Lisina, duet F-G z rezygnacją zmieniał podczas drzemek Jacusia lokalizację, jeśli poprzednia stała się spalona. Tak to wyglądało. Miseczki podawane pod nos, po pojedzeniu przykrywane i chowane do lodówki. A ja trochę pisałam, trochę czytałam i oglądałam z racji upału niezdolna do większych wysiłków. I usiłowałam nie rozdrapywać pogryzionego
wczoraj ciała. Bo pogryzionam przez komary i meszki, podrapanam przez Jacusia i spuchniętam od gorąca. Łofiara, jak nic.
Zaraz będę czytać. Dobranoc.

10.08.20

Wklejałam cykanki z dziś. Pierwsze co, to jedzonko dla futerek, sobie nalana zupa, srajtfon w dłoń i wklejamy. Długo to trwało, stwory zniecierpliwione nieruchawością pańci zaczęły awantury. L kontra J i co straszne G kontra F. Zażegnane spory, po prostu chyba nic nie jadły i jedna porcyjka to mało. Już dojedzeni, ale jakby mało było kłopotów to pyszczenie Gacka jest niepokojące. Mimo pojedzenia ma zły humor i to widać. Coś Uszatkowi dokuczyło, Feluś jeszcze nie jest sobą, bo widać, że się przejmuje. Gacek zajmuje cały mój tapczan, Feluś nawet nie próbuje do niego dochodzić. Położył się na biurku i nie spuszcza z oka Gacka, waląc dramatycznie ogonem. Coś się kroi. Pytanie co. Jeszcze nie mogę im czytać, jeszcze muszę wyjść na jakąś godzinę. Zobaczymy co zastanę po powrocie.

11.08.20

Bezsenna noc po tej wczorajszej demonstracji. Myślałam, że jak się wypiszę, to mi zgaga zelżeje, a skąd. Kotusie nadrabiały żarcie za tygodnie głodzenia (duet F-G) i bez powodu.. Polowały na ćmy w przerwach pomiędzy żarciem i drzemkami. Pierwsza przerwa w cyklu czytelniczym. Ale były w obfitości głaskania, przytulania i szeptanie czułości. Nie umiałam zasnąć, a gdzieś tuż przed trzecią nie było sensu zasypiać. I poniżej skutek uboczny nieprzespanej nocy.

Piszę siedząc na peronie 1 w Będzinie   Miasto. Zdarzało mi się przespać stację w Katowicach, ale po raz pierwszy wysiadłam za wcześnie.  Nieoczekiwany doprawdy efekt. Nie ma rozkladu jazdy, ale M. przyjeżdżała pół godziny po mnie. Zapowiedź. Osobowy z Z. Jedziemy. Pocztówka z wysiadki- widoczki z peronu.

piątek, 7 sierpnia 2020

Notatka 67 Skutek uboczny ?



Ten tydzień mnie wykończył. Pracowałam razem z M., na szczęście w przyszłym tygodniu będę sama, to i robotę nadgonię i odetchnę. Owszem, zmęczenie i znużenie będzie, ale nie aż takie.


Co myślisz Czytaczu? Odwaliło mi?  TAK!!! ODWALIŁO !!!. Ale M. bardziej.



A ja nie umiałam przeciwdziałać, z dnia na dzień czując się gorzej w jej towarzystwie. Bo przez tę pracę zdalną M chyba zapomniała, że raczej się nie mamrocze połgłosem, a autokomentarze są na miejscu, gdy się jest samemu.



Ponadto odwykłam, od jej przekleństw, a M. się nasiliło. Wygłaszane głośno, z przerażającą zajadłością i intensywnością przy byle drobiażdżku, który idzie nie tak jak powinien. Drętwiałam, robiło mi się słabo. A przecież sama czasem klnę. Ale M. ma poziom arcymistrzów. Powalający. Jadowity. Za plecami grzmiały mi te słowa. Jakby do mnie kierowane.


M. twierdzi, że ten straszny słowotok jej pomaga, mnie szkodzi, truje i męczy.  Z  ulgą oddychałam, gdy wychodziła.
"Pinda plaskata" to najłagodniejsze i najfajniejsze - ale rzadkie, bardzo bardzo gruby kaliber był przez ten tydzień w użyciu.. Odwykłam od niej, ot co. Nie mam też pojęcia, jak M. udaje się pracować samej - mam wrażenie, że połowę jej roboty zostało zrobione moimi rękami.


Wczoraj w rozpaczy wsadziłam sobie słuchawki w uszy, nastawiłam w srajtfonie muzyczkę. Pukana w plecy byłam co trochę, bo M. miała problem. I oczywiście trzeba się było nim zająć, przy wtórze lecących z usteczek M. "kurew". Z własną robotą jestem mocno do tyłu.


Jak z resztą ludzi (a części nie widziałam na oczy od lutego, paru sztuk od grudnia) też się coś porobiło od braku towarzystwa przy pracy, to mnie przyjdzie zwariować. Bo mnie się też porobiło, próg tolerancji wobec bliźnich mi się pokoślawił.


Wychodzi ze mnie wiedźma, co to ludzi niektórych widziałaby w potrawce, niekoniecznie konsumowanej przez siebie...
W ciszy, ew. z mlaskaniem...
Cholera wie, jak teraz jestem odbierana przez otoczenie, czy nie widzą przypadkiem wiedźmy przepaskudnej charakterem?


Te przerażające wizerunki, to lateksowe maski czarownic, produkt jak najbardziej dostępny, kupowany chętnie z okazji Halloween. To u samej góry, to zdaje się, że nie maska, a zestaw do charakteryzacji....


A ja mam wrażenie, że pod skórą robi mi się takie coś, i cholera, może przebić się na wierzch. Wiek też swoje zacznie dokładać i kupowanie lateksu (od 6 zł, Czytaczu do naprawdę grubej kasy) będzie zbędne. W ramach przeciwdziałania muzyka- podobno leczy i łagodzi. Ale łatwo nie ma. Absurd widzę  wszędzie,  i żeby on miał tyle wdzięku co poniższa pioseneczka... może by wiedźma nie straszyła od środka.

No, wyjadziłam, odetchnęłam - sama łagodność pójdzie do futerek, o czym Cię zawiadamiam Czytaczu. R.R.







czwartek, 6 sierpnia 2020

Notatka 66 Te małe radości podróży.

Niespodziewajka dziś była. Jeszcze trwa. Pociąg ruszył po nieoczekiwanym dwudziestominutowym postoju na rozbabranym modernizacją dworcu w P.





Powyższe zdążyłam sklecić jeszcze w jadącym pociągu. Resztę piszę w domu, jeszcze umordowana po szklarniowym spacerze. 



A co się stało? Wysiadka była nagła, po stanowczym komunikacie, żeby natychmiast opuścić skład, bo awaria. W pośpiechu, bo zabrzmiało jakoś groźnie, wszyscy wysiedli. Koleżanka po wykonaniu telefonu do męża, poszła przez prowizoryczne przejścia do dworca, kilkanaście osób postąpiło podobnie, kierowane doświadczeniem zbieranym przez lata dojazdów. Tyle osób zostało ile na zdjęciach.  

A co się stało? Ano, okazało się że w kiblu dzielny ktoś podstępem? zamknął pijanego watażkę wymachującego oburącz: w jednej rąsi puszka piwa, w drugiej giwera. 

Policja przyjechała w ilości mundurowych sztuk trzech, weszli do pociągu w towarzystwie obsługi i ruszyli ku jego końcu, tam była toaleta z zamkniętym skarbem. Ruch ręki, wsiedliśmy, pociąg ruszył. Przez szybę widziałam siedzącą przed dworcem w towarzystwie kilkunastu osób koleżankę I.  Zdaje się, że się towarzystwo wykolegowało, bo pociąg przyjechał do celu z opóźnieniem dziewiętnastu minut. Oni dłużej zdaje się będą czekali na te zamówione podwózki. Bandyta wyprowadzony w P. wyciągnięty z kibla i zakajdankowany jak należy.




Atrakcji to się spodziewałam wczoraj, z racji wczorajszego Tour w K. A tu proszę. Wczoraj przeszło w miarę bezboleśnie, co było miłą odmianą po poprzednich Tourach, za to dziś taka mała niespodziewajka. Czy ta giwera była prawdziwa - cholera wie. Podobno wyglądała prawdziwie, za to bandyta "to prosz pani, taki wypłosz niedomyty" .  Tyle głośno zeznał współpasażer oglądający pijusa.  Tego, to jeszcze nie było, Czytaczu.

Ach, niespodziewajkom nie ma końca. O czym Cię Czytaczu zawiadamiam. R.R.


niedziela, 2 sierpnia 2020

Notatka 65 Jako pliszka.

Bo każda pliszka swój ogonek chwali.
Ze mnie tam żadna pliszka, ale zarażenia przez blogowe niewiasty nie uniknęłam. Też mi się zachciało szkiełek, wazoników, duperelek ślicznie przejrzystych, pięknie światło łapiacych. I portfel dojących i tłukących się. Oraz zagracających. Jakbym mało miała kurzołapek... No właśnie, jak to jest z tym stanem posiadania, co? Mało? Znudziło się i zbrzydło? Poniżej przycisk do papieru. Kuń. Kuzynowi kiedyś tam sprezentowałam wersję kobaltową. Ciekawe, kuń znudził się, zbrzydł, stłukł?



I zwycięski na tle nieba. Ujęcie wymagające akrobacji cykaczki. Trudno było.


Szkło u mnie ma tak. Pokazuję jedną jedyną półkę, doceń Czytaczu , że odmytą. Na innych też szkło gości, ale nie pokażę bo nie odmyte. Przy okazji widzisz Czytaczu fragment niewielki kolekcji łabądków. Nie rozwijam jej jakoś nachalnie, a jednak rośnie.



To nie wszystko, ale wiesz Czytaczu. Prosto z mostu Ci wypiszę, że może innym razem reszta. Odmyć by wypadało, a jednak trochę tego jest, pełni funkcję ozdobną i użytkową. Bardzo nietypową użytkową też.  Ta szklana rzecz, przeznaczona jest raczej na cukierki, owoce, albo na suche ciastka.



Fragment łazienki. Och, to sztuczne światło.. kafle są białe. Wanna też.
Umyłam. Rzeczy są dwie, mniejsza i większa, a zatrudnione są jako pojemniki.
Gąbki, szczoteczki, korek do wanny. Są lubiane i doceniane w tej niewdzięcznej pracy.


Nie pełniące dziwnych obowiązków szkło użytkowe zalega w szafkach w oczekiwaniu na użytek. Więc chyba źle nie mają te używane? Nawet tak dziwnie.

A pliszki są śliczne. Szare, żółte i siwe, rude i cytrynowe - cudeńka.
Poniżej zdjęcie żółtej. Przy następnym pliszkowaniu też będzie jakaś pliszka. Bo śliczna.
Zdjęcie ze strony ekologia.pl
Autor dla mnie nie do ustalenia. Mistrzu.

Pliszkowała R.R. w ramach oddechu od problemów na linii kot-kot-kot-koteczek.

Notatka 64 cd.60 - cyrku ciąg dalszy



01.08.20

Jedenasta na zegarze, a mam wrażenie, że doba minęła od ósmej. Szaleństwo śpi, reszta nie, ale na luzie pokłada się porozwijana. Bo szaleństwo/maleństwo śpi. Godna odnotowania jest ranna mowa Łojca do duetu F/G. "Knota trzeba zwalczać siłą i przemocą osobistą, słyszysz Felek? Patrz na Gacka. Godnościom osobistom mówię" Panowie grzecznie słuchali siedząc boczek w boczek na Łojcowej komodzie, małe poskramiało firankę. Teraz Lisina była rano silnie prześladowana. Co trochę rozlegał się jej wrzask i leciała po pomoc. A wrzeszeć to gender lubi, oj lubi. Matko jedynąca, chyba nie ma wyjścia, trzeba dokicić maluchem. Bo mi się dorosłe wykończą.  Tylko dzięki temu że duet Feluś-Gacuś miał siebie do męczenia starsze nie oszalały, o Łojcu i o sobie też myślę. Zwłaszcza Feluś to było tornado nie do opanowania. Nikt, patrząc na dystyngowanego Feliksa, by nie zgadł jaka to była ciężka zaraza. Jacuś do pięt mu nie dorasta. Jasna dupa, mały się obudził, słyszę wrzask Lisia.

Po zakupach. Odstawiłam na kuchenny taboret torbę z ostatnią zakupową partią zaopatrzenia i pognałam w celach wiadomych do łazienki. Po paru minutach gruchnęło. Taboret zemdlał - oczywista Jacuś. Bez podnoszenia torby z podłogi ostrożnie wyjmuję zawartość. Głównie niejedzeniową. Dwanaście saszetek z delikatesami dla futerek, lody czereśniowo-waniliowe, a po za tym srajtfon (uff, cały), portfel, świeżo kupione: nowa ładowarka, dwie pary tanich butów/latoków i zakupy z ciuchlandu. Trzy łaszki odzieżowe, tarka do jarzyn, widać że nieużywana, SKORUPKI dopiero co kupionych miseczek i talerzyków. Ocalały dwie miseczki i jeden talerzyk.  Samo  szczęście, że stłukły się skorupki po złotówce, a nie srajtfon. Kupiłam te miseczki i talerzyki dla futerek, bo coś przy Jacusiu zrobiło się tłukliwie. Talerzyki trzy, miseczek cztery.   Porządna angielska ceramika nie wytrzymała gruchnięcia o kafle. No cóż. Trzy sztuki ocalały. Naprawdę mogło być gorzej. Ocaleńcy poniżej. Feluś zaaprobował,  i już skorzystał z zastawy. Nadal bardzo smutny, ale wyszedł. Zjadł. Gacuś też.


21:30. Co się polepszy, to się popieprzy. Zaczynam mieć paskudne podejrzenie, że na chwilę obecną jestem trenowana w trosce przez duże futerka. Coś tak jak ten kociak drący się przy zamkniętych drzwiach, przez które wcale nie chciał wychodzić. Chciał żeby pańciostwo go zauważyło i usłużyło. Feluś nadal jest nieszczęśliwy, a z nim Gacuś. Dwa ciężko doświadczone przez los, pańcię i Jacusia futerka.  Głęboko urażeni, prawdziwie skrzywdzeni bohaterowie romantyczni.
Nie wiem co mam zrobić, bo taki wizerunek własny, zdaje się bardzo pasuje duetowi F-G.
Jeszcze trochę, a się na poważnie wkurzę i w ramach porządków przetrzepię te romantyczno-depresyjne-samobójcze futerka.

Oczywiście,  że nie przetrzepię,  ale rany, jak mnie zaczyna ręka swędzieć.. nie nawykłam do tego, że futerka są u mnie nieszczęśliwe.

Chwila irracjonalnej grozy. Kompletnie nie w temacie. Minęła, ale potrwa zanim się uspokoję. Głaskalam i tuliłam zestaw F-G który chyba wyczuł, że przegina i raczył się pojawić przede mną, gdy koteły zaniepokojone nadstawiły uszu i myknęly w stronę przedpokoju. Wstałam u poszłam za nimi.  Na litość, ktoś usiłował otworzyć drzwi, klamka poruszana w dół, wręcz czułam pchanie.  Zaklaskałam najgłośniej jak potrafiłam, doskoczyłam do drzwi, przekręciłam przytyk blokady, przyłożone do Judasza oko zobaczyło czarną zmazę pryskającą na schody. Tupot, zbiegł w dół. Uff.  Gnój jakiś nie wszedł mi do domu tylko dlatego, że się nie połapał, że moje drzwi otwierają się na zewnątrz, parł na nie pchając je do środka. Jedyne takie drzwi w całym bloku, a wcale na to nie wyglądają.  Uff.  Szybko się nie uspokoję...

F-G znowu na kuchennym blacie, tym razem słodkie i pieszczotliwe. Za to Jacek użarł mnie w ścięgno nogi. Cholera, nie mogę powiedzieć, że to spokojny wieczór.

02.08.20

Łojciec zameldował, że nocujący u niego Jacuś skoczył z komody na szafę. Prosto do meliny nr.1 Na razie Gacuś po spaniu w zestawie F-G-L  u mnie, po pojedzeniu i kuwetce dosypia też u mnie. Nic nie wie, że twierdza zdobyta.

A po wczorajszym trudnym dniu, mam jednak nadzieję że jest lepiej.  Ranek spokojniejszy.

Nic nie pisałam, ale myśl o zakiceniu drąży mi mózg od tygodnia? Może ciut dłużej. Bardzo niechętna myśl, bo co, znów pięć kotuni na stanie? A potem może los Pani Villas, która z dobrego serca i braku możliwości finansowych, oraz niezborności życiowej zrobiła zwierzakom bardzo niefajną wersję raju.  Nie, nie i jeszcze raz nie. Ale. No właśnie to ale. Czy lepiej mieć trzy dorosłe deprechy i jedno maleństwo-szaleństwo rosnące na tyrana, czy może mieć trzy normalne dorosłe koty i dwa maleństwa szalejące we własnym gronie i wyrastające na normalne kotusie?  Wariant drugi bardziej do mnie przemawia, choć mój portfel drze się do mnie, że po jego trupie.  Możliwości należy zbadać. Na pierwszy rzut schronisko. Więc się umówiłam i pojechałam. Dziś. Nie zrobiłam żadnych zdjęć, zbyt przejęta ilością otaczających mnie szczekań. Łamiących serce. Tyle ich. Część szczeka z wściekłością, część szczekaniem woła.  Tu nastąpiła długa przemowa do losu pełna pretensji. Bo ja w chwili obecnej nie nadaję się na psią pańcię.
Pojechałam obejrzeć kocinki. Maluch jeden jedyny do adopcji, w drugim końcu pomieszczenia kilka zakatarzonych i zaropiałych w leczeniu. Jedna okrągłooka mordeczka tak słodka i ubarwiona mieszanką plamek ułożonych na barwy wojenne. Na czarnym puchatym futerku pasy, koła i trójkąty rude i białe, symetrycznie porozkładane z dokładnością zegarmistrza. Pyszczek też malowany, pod oczkami(zielone, okrąglutkie) rude trójkąty   na tle czerni, z białym podbródkiem - tak kończy się kotkowe "podwozie", całe bialutkie od ogonka, przez brzuszek, gardziołko. Graficzne mistrzostwo świata to futerko, ale chore, nie do adopcji. I nie do wojen z Jacusiem.  Ale tak patrzyło mi w serce, że gdyby nie to, że to niedziela i nie ma z kim rozmawiać to starałabym się właśnie o nie. W końcu, nie byłby to pierwszy chory maluszek w domu. Ten jeden jedyny maluch do adopcji to czarnulek, dzikusek. Nie było chemii.

Za to dorosłe. Chmm. Musiałam sobie powtarzać, TY PRZYSZŁAŚ PO MALUCHA, bo ręce same mi się wyciągały by pogłaskać, przytulić i zabrać natychmiast. Szarusia, czarnulka, buraski i jeszcze raz Szarusia. Co za kotek!! To zdjęcie ze strony schroniska ma się nijak do wdzięku, przymilności i sympatyczności tego stworka. Jest niewielki, chudziutki i bardzo kochany.
I wymaga osobnego karmienia bo ma problemy z nerkami. Więc to kotuś, którego nie może wziąć pańcia, która tak długo jest poza domem.  I która potrzebuje malucha.


W powrotnej drodze giełda. Zaliczona. Nie kupione nic, poza owocami.  W domu  sytuacja następująca. W melinie nr.1 śpi Jacuś. Duet F-G stara się wyglądać tak nieszczęśliwie jak to tylko możliwe, bardzo niewygodnie usadowiony w fotelu za małym dla dwóch dużych futrzaków. Zwisa i wystaje co tylko może. Lekceważę nieszczęście, wygłaskuję i wycałowywuję mręgate łepki. W moim pokoju na łóżku gender zajmuje je całe. Królisko.  Obiad się piecze, a ja piszę. Cisza, koteły śpią.  Wieczorem może być ciężko. Bo będą wyspane.

Co to ma być!! W oczekiwaniu na duet F-G wypisałam post 65. Nie doczekałam się. Śpią od mojego powrotu z miasta, czyli od czternastej. Lisina i Jacuś mają za sobą dwa posiłki, duet je przespał. Dosyć tego. Budzę. Jest za dwadzieścia dwudziesta druga. Co ja do cholery zrobiłam nie tak... Jacuś tym razem był dla nich grzeczny, męczył mnie, Łojca i Lisinę. Budzę.
A gdzie tam. Prawie narkoza. Noski normalne, oczka jak należy. Szuram. miseczkami, Jacuś i Lisia już biegną. Oni nie. Wołam. Nic. Te koty są głuche. Jasna dupa. Przemoc osobista konieczna...

Pod jedną pachą Gacek, pod drugą Felek. Wypuściłam przy jedzonku. Jakby się dranie zmówiły. Nie pasi. Zatrzymałam Gacusia już w odwrocie. Siadłam z nim na rękach tam gdzie stałam. Przegląd kota z mówieniem i pytaniem co mu jest. Wywinął się. Feluś zamelinował się w melinie nr. 1, Gacek podążył za nim.  O CO ZNOWU CHODZI? Nie mogły poczuć zwierzaczków ze schroniska. Umyłam ręce, po za tym na giełdzie weszłam niechcąco w zasięg prezentowanego spryskiwacza-odkażacza antypandemicznego. Bimber metylowy chyba w nim był, a zawiało rozpylane drobiny na mnie.  Ciuchy zmieniłam na domowe...  O CO CHODZI?

Jak mnie kusi, żeby jednak przetrzepać te kłaczki. Rozwalić melinę nr. 1...  Trudno. Przemocą wyciągam Felusia. Zamykam u siebie. Powtórka z Gackiem. Miseczki do pokoju. Śpią u mnie. Tym razem na moje życzenie. Za dziesięć dwudziesta trzecia.

Ci ludzie ze schroniska są genialni. A ja na tyle zdesperowana, by zastosować zasłyszane i na tyle głupia, by się tym podzielić. W schronisku wolontariusze czytają kotom. W ramach oswajania z człowiekiem, przeciwdziałaniu depresji, i kto wie dlaczego jeszcze. Zobaczyłam te biedne kupeczki wyprodukowane przez duet. Jacuś zrobił większą. Czyli nie jedzą prawie wcale.  Do kuchni, kotusie na blat, pomiędzy nimi książka, przygniecione moimi przedramionami nawet nie pisnęły. I zaczęłam czytać, głaszcząc łebki i karczki, międoląc uszka. I całując to łepek szary, to bury. Trzy strony "(Nie)boszczyk mąż"  przeczytane na głos i zdrowo wkurwione kotusie waląc ogonami pochłonęły w mgnieniu oka po połówce zawartości miseczek. Och, mogły się wywinąć, czemu nie. Ale tego nie zrobiły, zaskoczone niecodziennym. Uff. Idę spać.

03.08.20.

Przez noc spokojnie przespaną na mojej kołdrze w łepkach coś się pocofało. Nie dość daleko, tylko znowu, jasna dupa, w stronę traumy i nieszczęścia. Nie spodziewałam się tego. Wychodziłam do łazienki zostawiając w pościeli rozespane kotusie, wracając zastałam oba pod fotelikiem spięte i nastroszone. Tak Jacuś był w pokoju. Co im się roi w tych łepetynach, przecież jeden mały kociak to nie szalony Tony z piłą elektryczną...

Siedzę w kuchni, na blacie przed sobą mam śpiące rude i małe futerko. Szare i bure w azylu mojego pokoju. Klęska.. Trzeba będzie uparcie izolować zestaw F-G od małego i niestety od Lisi też. LASKĘ ŁOJCA NA NICH ZŁAMAŁAM!!!!! Nie, nie biłam. Skąd. Zdobycie meliny nr.1 wywołało traumę objawiającą się zabunkrowaniem w dziwnym azylu. Pod nieszczęsnym klunkrem-szafą, tą samą która kiedyś zawalała doszczętnie przedpokój, pod którą waliła kupska maleńka Lisina, a która teraz stoi u Łojca w pokoju i ma na sobie melinę nr.1. Żeby tam się zmieścić pod, dorosłe i rosłe kotusie musiały się spłaszczyć ma maksa, nabierając właściwości ślimaków-pomrowów. Felek nawet te plamki na grzbieciku ma jak niektóre pomrowy, choć do tej pory mówiłam do niego "Szczupaczku".  Mowy nie było, bym wsunęła rękę i wygarnęła jaskiniowe stwory - za głęboko się zamelinowały, wczepione szponami w parkiet. Stąd jako wygarniacz laska. Skuteczna okazała się metalowa, bambusowa pękła w starciu z Felkowym grzbietem. Będę odkupywać. Wygarnięte jeden po drugim futerka wyniosłam na klacie do swojego pokoju, zatrzasnęłam drzwi podskakującemu do kolegów Jacusiowi. Z pół godziny leżałam z nimi na tapczaniku, tuląc, mówiąc do nich, sztywnych i nastroszonych. W końcu mi prysnęły w najdalszy, trudno dostępny kąt. Przyniosłam świeżą wodę i jedzonko, nie raczyły skorzystać. Ale leżą teraz na tapczanie, na moim ponczo-jutro na ranne chłody i klimę muszę sobie wziąć coś innego. Śpią, zdaje się, że pod szafą nie zmrużyły oka, wypatrując strasznego Jacusia. O dziewiątej będę czytać, wczoraj pomogło. Może i dziś zadziała.

Co z tymi futerkami jest?  Naprawdę aż tak MUSZĄ testować pańciową miłość?  Tabaaza też miewa pod górę ze swoją gwiazdunią....

04.08.20

Wczorajsze czytanie to połowiczny sukces. Uspokoiły się, napiły, ale jedzonko nadal jest be.  Noc przespaną spokojnie, oba futerka ciaśniutko przytulone. Rano, przy otwieraniu drzwi wepchnęła się do pokoju Lisina. Nie wyganiałam, niech zostanie. Łojciec pouczony co ma robić, pytanie czy się zastosuje... Moja wczorajsza determinacja, złamanie laski, dały mu, myślę do myślenia.
Wczorajsze zdjęcia strasznego Jacusia.



Vet dla Felka. Jutro, jak przeżyję Tour w K, i jakoś wrócę do chałupy, vet dla Gacka. Obroże zdjęte. Odruchy wymiotne nad miseczkami i zaczęłam myśleć, czy przypadkiem obroże nie są odpowiedzialne za to poszczenie.  Bo zapach naprawdę intensywny. 
U Veta- powtórka oglądu paszczy-nic. Temperatura w normie. Ale nie jedzą, bardzo niewiele piją.  Nawodnienie, zastrzyk przeciwzapalny i na samopoczucie. Witaminy. Podróż z rozpaczającym Felutkiem straszna tam-obdarł sobie nos o siatkę transportera, u veta grzeczny nad podziw, sam się po wszystkim wpakował w transporter z którego tak bardzo się wyrywał. Szamotanina i wycie dopiero pod domem.  A ja mam dosyć. G i F w moim pokoju. Oczywiście będę czytać, tylko niech odetchnę. Chwila oddechu. W towarzystwie. 


Po czytaniu.  F-G śpią zawinięte całe w kokony, Felek w ponczo, Gacek w szal. Wypieszczone i wygłaskane do wypęku. Ale lektura nie spełniła oczekiwań, atak apetytu nie nastąpił. Za łagodna lektura, czy co? Zmieniłam z Chmielewskiej na Jansson, widać że kotusie słuchają chętniej. I śpią rozkosznie. A do Łojca, to nie mam siły, oczywiście nie słucha, wie lepiej i dziś nie było co prawda wyciągania kiciów spod szafy, ale wyciąganie z wersalki też mi się nie podoba. 

05.08.20

Feluś pojawił się z żądaniem "jeść".  50 g, jak nic pochłonięte, reszta Lisia. Gacek też  zjadł, ale maleńko. Resztę Lisia.  Porcję Lisi dokończył Feluś, ale zostawiła tylko trochę.  Małe jak wychodziłam olewało swoją kocięcą saszetkę. Tańce tym razem każde odprawiło we własnym zakresie.

Do veta. Gacek burczy pod nosem, uszy na płasko rozłożone po bokach. Yoda? Yedi? Jak było temu zielonemu? Yoda, w autobusie wyszukałam stwora którego udaje Gacek. Ale wesoło nie było. Zastrzyki i tak zaliczył, już zaraz będę wysiadać, z transportera cichutkie pyszczenie. Skarga. Sam żal.
W domu wypuszczony szybciutko wraca skąd go wyjęłam, a gdzie został Feluś. Felusia już w pudle niet, więc go wyjmuję, tulę i przepraszam. Uszka jeszcze były trochę w poziomie gdy zaniosłam go do siedzącego w pokoju Felusia. Trudno, żadnych zdjęć Felka na razie też nie będzie, dopóki są nierozłączni. Może za czas jakiś, zresztą nieszczęśliwy Feluś to nie  jest widoczek o który chciałabym zatrzymywać. Zestresowany i nieszczęśliwy Gacuś też. 
Odsapnę i  będę czytać. Coś może ogarnę. Miseczki dla gender i małego, miseczki dla F-G. Im wstawiam do pokoju i nie mogę się nadziwić, jak to się u nich pozmieniało z jedzeniem. Jako małe dzikuny, były potworami niejeden raz wytrącającymi mi z rąk tacki, talerzyki i miseczki, bo musiały jeść już zaraz natychmiast, głodzone tak, że jeśli nie dostaną natychmiast to zjedzą się nawzajem. I każdy musiał być pierwszy. Radziłam sobie zamykając rozwydrzeńce i wypuszczając już do gotowego jedzenia. Było jedzenie zachłanne, bo kolega może zjeść, z warkotem w małych gardziołkach. 
A teraz, szkoda gadać, gdyby mi to ktoś wtedy powiedział jak będzie, w życiu bym nie uwierzyła. 


I kolejna malusia zagwozdka. Gdzie się kupuje laski? Te dwie Łojcowe, to prezenty chyba od kolegów? Pojęcia nie mam skąd się je bierze. 

F-G zażądali wypuszczenia. Proszę bardzo. Miseczki puste, chcą więcej. Proszę bardzo. 
A teraz jest sytuacja nie do uwierzenia. 
Na moich kolanach śpi Jacuś. Na blacie kuchennym śpi Lisia. Na lodówce myje się Feluś. Na szafce nad lodówką myje się Gacuś. Trwaj chwilo, jesteś piękna...

06.08.20

Normalne wróciło i to wróciło w lepszej wersji? Oby, oby,oby... Gacuś nadrabia chyba jedzeniowe zaległości, je jak bardzo sprawna maszynka do jedzenia. Taki stan zostawiłam. 

Wczorajsze czytanie, było nerwowe,  dlaczego tak-nie wiem. Było nachalne żądanie pieszczot, przepychanie się pod ręką, szukanie pozycji do wyeksponowania boczków, łepków i brzuszków. Tak. Brzuszków. Zasnęłam w trakcie rytuału.

Po powrocie sklecam post 66. Kotunie dorosłe grzeczniunie, kotunio maluni nieznośny niemożliwie. ADHD jak nic. Oczywiście mnie uczesał, pogryzł mi ucho - bolesne te jego pieszczoty, podrapał nogi przy wspinaniu się. Powoli zaczynam wyglądać jak ofiara wrzucona w środek jeżynowych zarośli, po całości się robię porysowana i podziabana ząbkami-kolcami. Oduczam, i niby na bieżąco działa to oduczanie, ale przy następnym napadzie uczuć jest to samo.  Cholera, czy mam zakicać, czy nie - nie wiem. Jacuś jest naprawdę upierdliwy dla futerek, u mnie rozczulenie górą, ale one mają z nim ciężko.. Jeśli ma być dobrze z Jacusiem, to ostatnie chwile na sprawienie kolegi. Ewentualnie intensywny ciągły wychów, bo inteligentny jest, ale wiecznie testujący, czy przypadkiem jednak się nie da być łobuzem. W nieskończoność testujący.  Czytanie niezbyt udane, kawalerów opanował wydawało się pożegnany duch zazdrošci. Jeszcze bez bitek, ale musiałam je sobą rozdzielić. Ale spanie znowu w ciasnym przytuleniu.

07.08.20

Wróciłam do domu słabo żywa. Odzipuję. Kocysie pobieżnie sprawdzone czy żyją. Żyją. Coś znów nie gra, niewygodny fotelik obwisa wystającymi fragmentami Felusia/Gacusia. Małe i Lisia się przywitały, obwisły duet się nie ruszył.

Oj, długo dzisiaj zostawiłam duet sam. Leżał nieszczęśliwy, a ja musiałam jako tako otrzepać się ze zmęczenia. Owszem, dwa razy stanęłam w drzwiach łojcowego pokoju, ale tylko do nich zagadywałam, bez podchodzenia. Kiedy zabrałam je na jedzonko, zlekceważyły miseczki. Nie, to nie. Zabrałam naburmuszone stworki na czytanie. Długie, z intensywnymi pieszczotkami. Zostawiłam pozakopywane w moje ponczo, słodko drzemiące.

Godzinna drzemka i nadrobiły jedzonkowe zaległości. Idziemy spać.