Czytają

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cz-wa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cz-wa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 maja 2026

Notatka 568 uckruje się? Rąbnięty piątek i poduszki.



WIELĘŻ LAT TRZEBA CZEKAĆ 

NIM SIĘ PRZEDMIOT ŚWIEŻY

JAK FIGA UCUKRUJE, JAK TYTUŃ ULEŻY?

Blogger. Naprawiają, poprawiają i wciąż cóś nie tak.

Zależało mi oczywiście najbardziej na cykankach paczuni od Kocurro, całej akcji rozładowawczej i potem dokumentacji rozładowanego leżakującego na garażówce. Cykanki z rozładunku policzyłam, czterdzieści chyba z czego trzy w żadnym razie nie do pokazania, przy garażówkowych ręce mi opadły. 

Nie widzi dzisiejszych, będących kontynuacją takich sprzed tygodnia, tamtych też nie widzi.

Trochę się udało podstępem, te dotychczas zamieszczane ładowałam w dla nich zakładane albumy i przy wczytywaniu wołałam  najpierw album. Wywołany coś tam zawierał, fragment zawartości rzeczywitej, ale czapa, album dla cykanek dzisiejszych nie istnieje dla bloggera, przynajmniej na razie. Ten sprzed tygodnia, to owszem, jest i ma w sobie dwie!!!! cykanki. Z czego jedna nie dotyczy planowanego postu. Co jakiś czas sprawdzałam, czy może coś. Nic. Więc kombinuję, bo może zbyt załadowana pamięć, może jeszcze raz założyć nowy album dla tych cykanek pożądanych. Nie. To obciąży pamięć.

Z rozpaczy, bo nawet zcykanego miesiac temu ekstremum poduszkowego nie ma dla bloggera, zaczęłam kombinować czy zcykane monstrum ma swój wtórnik w necie. Jakąś ofertę handlową czy cóś. Nie ma. A zcykałam dziwo, gigantyczną poduszkę-puf, byla tak dziwna że poprosiłam niosącego ją do samochodu  o sesję na asfalcie. Jedno cykanie samego dziwa, drugie z włascicielem. Chyba zadowolonym z sesji. 

No i masz, blogger cykanek nie widzi. Stąd tego posta zdobią handlowe foty dziwnych poduszek. Pupile na początku, to ok, potem bywa gorzej. Ale wszystko to są poduszki, każdą możesz kupić. 




Kawał czasu mnie nie było w necie. 
Do końca nie wiem czy chcę być. To nie kokieteria, to rzeczywista wątpliwość gryząca zwoje. 

Przejrzałam tę swoją pisaninę, i stwierdzam że podstawowe wątki się wciąż snują.  Mimo upływu czasu, zmiany okolicznosci towarzyszących, one są. Milusie lub nie.

Nie piszę tu o milusieństwach dla których jednak teraz piszę, te minusy, ujemne jak najbardziej, milusieństwa trują.

Problemy techniczne. Są wciąż lajtmotiwem, Mój sprzęt, nigdy do końca bezproblemowy. Strach się bać, czy ten kiedyś planowany następny nie pójdzie w ślady poprzedników. I jak pójdzie.  

A szczerze pisząc, teraz jest ok, roczna zmora przemocowego pisania na razie se poszła, i myślę że może to szczęście wykorzystam póki trwa.  


Tak sobie pomyślałam  po huśtawkowym wtorku. 

No ale. 

To w czym piszę, czyli blogger,  też rzadko kiedy bezproblemowy. Teraz nie widzi mi większości zrobionych cykanek. Nie pokazuje świeżo opublikowanych postów na zaprzyjaźnionych blogach. Nie da rady czytając przedostatnio opublikowany tekst wrócić do najnowszego. Zawsze z nim cóś. 


Cykanki, no rany. Krzywda. Nieliczne dostępne własne. A cudze, choćby teraz te dziwne poduszki, wiążą się z niechcianym spamem ofert atakujących. Temu, chociażby ono. Amazon, Etsy, Allegro. Pintecośtam, przez nastepny rok będzie mnie atakował obrazkami poduszek. Jakby mało było portretów pralek. 

Możliwe że obwinianie bloggera niesłuszne.... Może to srajtfon. Ale i tak oba paskudy.

Tematyka. Miał być notatnik.. Futra, widziane i zrobione,  przeczytane książki, sluchane i oglądane, od czasu do czasu opis dnia, albo przeciętnego, albo czymś się wyróżniającego.  i tak,  to dla mnie ma sens. Notatnik. Nie pamiętnik. Ze szczegółowszymi przedstawieniami tego, co wg. mojego oglądu świata jest interesujące. Dla mnie interesujące, ale czy dla czytających? Hm. Cieszę się że mnie czytają, ale niech się  nie spodziewają cudów,  nic  na temat galwanotechniki nie będzie, newer i za skarby świata.   Galwanotechnika niech będzie symbolem tego, czego się Czytacze u mnie nie doczekają. Bo się na niej nie znam i znać nie chcę. Zero galwanotechniki. 



Ale oprócz tematyki, która, no nie ma bata, musi dotyczyć tego czego dotykam, upodobaniem, myślą i życiem, jest jeszcze stan w którym piszę. 

Pani d. Bo jak sobie poczytałam własne wypociny, to wyszło mi że ta cholerna stalkerka od początku gdzieś za rogiem była. Czaiła się ukryta pod zmęczeniem, prawie stałym stanem w którym pisałam i piszę. Racjonalny powód jest, z reguły pisałam gdy już nie miałam siły  na bardziej wyczerpujące zajęcia i nic dziwnego że w pisaniu tak dużo o nim. I o jakichś zawirowaniach zdrowotnych też wymuszających twarde siedzenie na czterech literach. 

Jeśli chodzi o dobre, ok, bywa że się udaje.. Tyle że te wątki  nic nowego w netowy swiat nie wnoszą.  

Gdy szukałam pralni, ratunku na zafoliowane Himalaje brudów,  nie znalazłam żadnego wpisu podobnego mojemu. Ale czy jeśli ktoś też będzie szukał, to czy net moj post pokaże za sponsorowanymi linkami? Bardzo wątpliwe, bardzo. W blogu jest parę postów będących efektem głównie rycia w necie, za czymś co mnie zainteresowało. Jacyś artyści, jakieś herbaty czy kamienie. Raz złapany koniuszek kolorowej nici, i zwijamy kłębuszek różowej mijając meandry i kotłowaniny innych kolorów. Przy tym zwijaniu czasem nasza zwijanina okazuje się być jednym z kilkuset różowych zwitków,  czasem krótki przyczepiony pomarańczowy kawałek  ciągnie za sobą monstrum różowej odmiennej w odcieniu plątaniny, zupełnie nie znanej i nie spodziewanej. Dla mnie takiej, bo ogół może zna. No nic, mogę sobie tłumaczyć że mój zwitek, to jakby inny, równiejszy lub krzywszy kłębuszek, ale nie ma złudzeń, ŻADNYCH NOWYCH AMERYK ten blog nie odkrywa.

Taaak, ten gigantyczny pet to też poduszka

A to co piszę, to o zdarzeniach codziennych, to cholera ostatnio takie, że z boku patrząc to mało prawdopodobne. Dzisiejszy piątek choćby, Wariactwo. Weryfikujące  moje stwierdzenie z wcześniejszego posta że srajtfon zadbany. Już nie jest taki i nigdy nie będzie, taki  cacy z wyglądu zewnętrznego. Piszę, więc działa i to działa nadal tak jak po niedawnym wskrzeszeniu, ale czy mu tak zostanie? Ekran z resztą kumplują sie za pomoca nikłych drucików. 

Proszę bardzo Czytaczu, wyciąg z dnia.

PIĄTEK 

Ranek nie zapowiadał że będą kiksy. Ze mną kiksy. Zwykłota. Do punku co prawda wiezione w sakwach zgarnięte z wystawki dobra, ale to też zwykłota. Tym razem była potworna pięciokilogramowa paka szczelnie i fabrycznie zafoliowanego spaghetti oraz równie duża i tak samo zafoliowana paka ryżu. Zgarnęłam z wystawki,  bo jedna z dziewczyn ma nadmiar psów, skarmi dobrem sforę. Bo zdarza się Czytaczu, że na wystawkach obok rzeczy niejadalnych są i takie mniej niejadalne. Zdarza się. W pakach przy rowerze woziłam jedno i drugie. I będę wozić. Drobne kuchenne plastikowe i nieplastikowe utensylia, duraleksy, buty, spodnie, szczelnie i fabrycznie zamknięte paczki pampersów dla dorosłych, torbiszcza pustych czystych słoików z nakrętkami, bo bank żywności potrafi dać dziesięciolitrowe sosy pomidorowe czy sałatki. Na przyklad takie niejadalne.

Z jadalnych bardziej trafia się alkohol (dobrze czytasz Czytaczu, ajekroniakiem mogłabym balsamować, moijto sprezentowane wielbicielowi osłupiło go na długo, takie drogie i eksluzywne.  To pewnie dlatego że ja piję śladowo,  dlatego znajduję), makarony i kaszo-ryże, raz potworna siata owsa, innym razem wyrzucone przez głupi spożywczak główki kapusty. Jak najbardziej całe i zdrowe, nie skażone ani zgnilizną, ani robakami. Wiejskie kapusty pachnące w przeciwieństwie do marketowych sobą, możliwe że przez zapach wyleciały,  innego powodu nie widziałam. Raz wielka zgrzewka małych puszek z datą przydatności upływającą za rok z kawałem, a w puszeczkach pasta-mazidło z jadalnych kasztanów. Zgrzewka pesto. Takie cuda. 

Czy to co piszę o ratowanych przeze mnie dobrach jeszcze wydaje Ci się prawdopodobne?  Przy wożeniu kapust nie miałam jeszcze na rowerze sakw, więc wytęż wyobraźnię Czytaczu, na wąskim bagażniczku wiozłam upiornie ciężki wór,  który z łatwością tracił równowagę. Spodnie były męskie, w trzech rozmiarach, nówki z metkami. Beżowe i khaki pół bardzo ładnych, klasycznych i pół tzw. wędkarskich, z masą kieszeni, dwadzieścia osiem sztuk łącznie. Ogólnie to dwa razy natrafiłam na stosy męskich nowych spodni, ten wcześniejszy był jednorozmiarowy na dużego chłopa, mocno różnorodny fasonami i kolorami i tez wszystkie sztuki nówki nieśmigane. Nadal prawdopodobne?

No dobra, dziś bylo spaghetti z ryżem, znalezione w czwartek przy wracaniu z punktu w masie pootwieranych i całych  produktów sypkich. Sole, cukry, pudełka z torebkami kasz, ryży, mąki rozmaite, makarony w mniejszych całych paczkach i otwarte wielkie torbiszcze makaronowych gniazdek. Które to produkty też ktoś zgarnie. 

Przy innym śmietniku nowe dziecięce gry, niektóre w foliach. Będą na garażówki, zgarnięte. Wczoraj.





Więc bylo do pewnego momentu zwyczajnie. Ludzie ci co są już zapisani, na blacie miseczka z monetami, pojemnik z żetonami,  przerwa w przychodzących, poszłam sobie zrobić kawę. Przy okazji telefon do Asi czy chce pasztety wege, bank żywności dał stos okropny a ona nadal bezmięsna. Chce, po punkcie podrzucę.

Normalnie było, a to co teraz opiszę zaczęło się dziać w tempie trudnym do oddania,  błyskawicznym, z moimi reakcjami zupełnie nie przemyślanymi. Zaskakującymi i mnie.  Nie za fajnie się  w związku z poniższym czuję, więc ta rozwlekłość  u góry, to konieczna dla mnie. Dla nabrania dystansu.



Wychodząc z kawą na salę,  słyszę  że Teresa włącza wrzask do znikajacych za drzwiami męskich pleców. 

- Niech się pan wróci!!!

I do mnie

- On coś zabrał z biurka!!!. 

Jeszcze nic nie widzę. Odstawiam kawę i odliczanie oczami: zeszyt jest, długopis też, pudełeczko z żetonami jest. Brak miseczki z pieniędzmi.

Cholera. 

Wylatuję jak furia przez drzwi, dwóch facetów  idzie bardzo nieśpiesznie i na luzie w górę ulicy, do Jasnej Góry. Gesty tego po prawej takie że musowo trzyma przed sobą miseczkę i w niej gmera. Mój bieg i za ich plecami wrzask:

ODDAWAJ GNOJU!!!

Zaskoczka. Nie spodziewali się. 

ODDAWAJ!!! TO NA JEDZENIE!!!

Gnój wybiera jeszcze parę monet, wyjmuję mu z łapy miseczkę. Z zaskoczenia,  też się nie spodziewał, poszło nadpodziewanie prosto. Nic nie wysypane. Odwracam się i już za sobą, gdy ten jeden-dwa kroki zrobione, słyszę

TAA, NA PIZDĘ PIZDO 

Jak się ciut później okaże zabrał dwadzieścia złotych z zebranych sześćdziesięciu. Wybierał dwuzłotówki.

To była dla mnie samej rzecz nieprawdopodobna, nie podejrzewałam siebie że jeszcze jestem zdolna do takich akcji.  Nie myślałam. Zero strachu, czysty wkurw.


Ale piątek w punkcie jeszcze trwa. Jeszcze długo mi adrenalina nie opada, tempo akcji temu nie sprzyja, segregowanie przywiezionych warzyw, wydawka, cały czas nabuzowanie jest. 

Po raz pierwszy w punkcie aż tak wybucham do ludzia w konsekwencji  głupiej uwagi ciołowatego byka na temat tego, że on by poleciał gdyby widział. Kurde, to Teresa, zaokularowana osiemdziesieciolatka, zauważyła że coś nie teges kątem oka, a była odwrócona do blatu plecami, a ten stał twarzą do miejsca akcji i nie zareagował, okularów nie nosi, ledwo przekroczona trzydziestka, metr dziewięćdziesiąt z hakiem, ze sto kilo wagi. Stał  jak cioł.

A ja sześciesiątka na karku, pięćdziesiąt pięć kilo, sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu do dwóch dużych i przed trzydziestką. Fantazja. 

BO TACY TO MOGĄ NOŻEM DZIABNĄĆ. 

Taka odpowiedź na zdziwienie że nie widział. 

Czyli widział i wolał nie widzieć. Cacuś. Ręce opadają. Bezradność u tego akurat cacusia zdaje się  że skalkulowana bardzo dokładnie. Co bezlitośnie wypomniane, opierdol cacusia słowem bardzo głośnym. 

Potem opierniczona Teresa, z innej okazji i bez wrzasku, opierniczony pan Miecio z racji prób żetonowo-kolejkowych. Trzepnięty po łapach bezżetonowiec, bo on jeszcze cytrynkę, o tę. Też opieprz....

Dziś po prostu nie było od akcji z miseczką grzecznej i ważącej słowa Romany. Komu się za bardzo już zebrało ten oberwał, łącznie z przypadkowo napatoczonym  w drodze z punktu królewiczem w potrzebie. Gość na oko w pełni sprawny, w wieku jak najbardziej produkcyjnym, a głodny podobno od tygodnia, nocuje na rozbabranym dworcu. Bułka z makiem i mały zabrany na powrót napój wetknięte w głodne ręce i wywiad. Wypytuję delikatnie, ale zaczyna mnie strzelać od odpowiedzi. 

On ma za dużo kultury żeby iść do ogrzewalni, oddać w automacie butelki i puszki, iść do karmiącej  placówki (wymieniona i moja), zebrać złom. Za dużo ma godności osobistej. Nie, wszystko to poniża. Więc mam dać na jedzenie i papierosy. Bom godna.

Uuuuu. Zła Romana zaszalała słownie. Miał szczęście że zdążył się posilić, ale łatwo trawić to nie potrawi. Nie było tym razem krzyku, ale co królewicz usłyszał to jego. 

Ciekawe że normalnie to cierpliwość do nawiedzających punkt królewiczy mam, a przy tym akurat mi strzeliła.  

A potem adrenalina opadła, jazda na rowerze do Asi zrobiła się taka jakby trudna, nerw na królewicza trwał,  obracane w głowie piatkowe dziwa-awantury nie pomagały. Zawsze się umawiamy po drodze, czy ona coś chcę ode mnie czy ja od niej. Ona idzie ze swojego końca miasta, ja jadę lub idę z miejsca w którym jestem. Czyli mój koniec miasta lub centrum, telefony koordynują. I dziś, po takiej koordynacji telefon upuszczony,  koordynacja ruchów była do dupy, rożek obudowy z tyłu i dołu nadpękniety, ekran pod zabezpieczającą folią porysowany w poziomie cienkimi liniami pęknięć. Z siedem tych linii. Takich krzywych.

Cud że działa jak działał, TFU,TFU, TFU. 

Piątek jeszcze trwa, mam nadzieję że już sensacji koniec. Dom. Futra. Posiłek. Mycie. Sen. Takie plany. 

I co, prawdopodobne? U grzecznej R.R.  Spokojnej od lat i z panią d spowalniającą reakcje? Co nawet w największych do tej pory nerwach raczej nie krzyczy na ludzi? Bo przy własnych futrach to tak, krzyczy i bywa że wrzeszczy, ale na ludzi od lat bardzo rzadko. A dziś głos podniesiony, przy niektórych akcjach do wrzasku. Hurt w pyszczeniu totalny, takiego dotąd nie miałam. 


Możliwe,  że dlatego była Romana wscieklica, że początek akcji w punkcie, który wymusza  szybkie zdecydowane działania i ogólnie wymaga wydawania  z siebie czytelnych komunikatów. No to było ekstremalnie, choć Czytaczu, ani razu nie padło z moich usteczek słowo co popularne bardzo w wulgaryzmach, te użyte to wątpię czy mieszczą się w pierwszej dziesiątce popularnych. Chyba nawet w pięćdziesiątce się  nie mieszczą.

Warto było pisać, warto bylo czytać? Ja sama tego nie wiem. Po cholerę w ogóle i szczególe. Niby utrwalenie, ale tyle można przez czas na pisaniu spędzony. Ten czas spędzony na czytaniu też można inaczej wykorzystać.

No nic, póki popękany i rozwarstwiony srajtfon działa, to coś tam będę skrobać. O ile mi nie pęknie cierpliwość do bloggera. Te cykanki!!!! 

Wytrzymaj Czytaczu. Albo nie wytrzymuj, wolna wola.

Na koniec znalezione przy okazji pokrowce do spania.





I kocyk.




A poduszki dlatego, że niewidzialna mini sesja fotograficzna dotyczy poduszki-pufa. O takim temacie.

Tylko że ta nie widziana przez bloggera dziwność jest z pluszu w kolorze pudrowym i przedstawia sobą ludzki tyłek w typie Jennifer Lopez,  z ludzkimi stópkami w wielkości pasującej do tyłka, rozmiar minimum 48. Średnica poduchy-pufa to około siedemdziesięciu centymetrów. Może trochę  więcej. Net niczym podobnym nie dysponuje, nie ma tak naturalistycznych.

No nic, jeszcze nie usuwam, może kiedyś blogger da pokazać. Nie żebym chciała gigantyczny tyłek zrobić bohaterem posta,  chciałam pokazać dziwo. Żebyś sobie sprawdził czy to co dziwne masz, naprawdę jest takie dziwne.

Pisała R.R. oczywiście że sflaczała i do niczego innego niezdatna. Taki piątek.

Ps. Sobota jest słaba. Nadal jestem flakiem. Nie służą mi ataki adrenaliny na organizm, oj nie służą. Poprawione literówki -pewnie nie wszystkie, kilka fot dodanych, trochę uściśleń (czy hurt, ile było transportów spodni, takie tam. Coby nie łgac mimowolnie)
 i kasowań tekstu i rzucam na razie srajtfona. Nara.

Ps2. Wiesz co Czytaczu? To pyszczenie do królewicza było w części zbędne. Gryzie, a nie odwrócę,

Owszem, wszystkie te piątkowe pyszczenia były samoobroną w jakimś sensie, i słuszność jakąś miały. Nie gryzą, W wypadku królewicza jednak, to  pojechałam dalej, bez sensu,  bo co, wszystko wiem? Będę rządzić cudzym życiem?  

No trudno. Niedziela jest, może znajdę w sobie siłę by w końcu ruszyć toboły z garażówki. Może. 

niedziela, 10 maja 2026

Notatka 566 garażówka z wiewiórro na sweterro.

 


Z ponad trzydziestu cykanek blogger widzi niecałą jedną trzecią. Wrr.

Wrrr. Z trzy sztuki słusznie niewidziane, ale reszta?! Wrrrrr.

No trudno. Kij bloggerowi w oko. Stara maksyma wciąż aktualna, czyli 

NIE NAM SĄDZIĆ CZY LOS SZCZODROBLIWY,

TYM CO NAM DAŁ BĘDZIEM SOBIE RADZIĆ.

Jedziemy. 

Cykanka powyższa to ze stoiska naszego małego sąsiada w handlu wyprzedażowym. Miał własne, całkiem samodzielnie obsługiwane, pilnująca mama tylko pilnowała z pobliskiej ławki.  Debiutował i podobało mu się, wypytałam przy okazji cykania napisiku,  jakże samodzielnie wypisanego. 

A u mnie tak ogólnie






A tak szczególnie. I tu powinny nastąpić foty cudów od Kocurro, najpierw one, potem reszta, a na końcu cykanka odbicia w wielkiej szybie sweterka z wiewiórką na mojej osobie. 

Ale sorry, mam to co blogger pozwolił zobaczyć, nie znalazłam sposobu by dobrać się do tego, czego widzieć nie chce. Myślałam że chodzi o czas, ale nie jest to całkiem prawda, niektórych cykanek z wtorku nie widzi i dziś,  w niedzielę. 

Pamiętasz Czytaczu tego wielkiego psiura pranego w laundromacie? Tu nie mogę zwalać na bloggera, nie zdążyłam nawet wyciągnąć srajtfona. Po prostu on został porwany z marszu, jako pierwszy. Ledwo rozpostarłam płachtę, zdjąwszy psidło z ładunków na wózku, a już psi potwór był w rękach olbrzymiego gościa, rozmiar faceta jak najbardziej pasował do maskoty. I już z psem pod pachą mała negociacia ceny.  Poszedł, porwawszy w ramach obniżki małego pingwina do towarzystwa psowi. Pingwin chyba miał być psią zabawką.


To teraz wysypię to cykankowe co blogger daje wysypać i co do wysypu jako tako się nadaje.. Opis potem. Bo znów do akcji. A nie zdążyłam ani zjeść, ani, co gorsza umyć się jak należy, a tu znów coś trza. No, toboły wdźwigane, futra nakarmione, ten drobiazg napisany i wypita dla przytomności kawa. 








💢


Już z powrotem w domu. Dlaczego w złachaniu po garażówce jakieś akcje? Ano dlatego, że specjalnie na imprezę przyszła znajoma z prośbą. Drobną, ale zapowiadało się że jej spełnianie spowoduje że szybko talerza z żarłem to nie zobaczę, a powrót do chałupy to około północy. Bo Czytaczu, ona gada. Przekochany człowiek, co doceniam bardzo, i nie tylko ja, ale czas w jej towarzystwie to rzecz deficytowa. Chodziło o duperelę, a ona jest z tych cudnych ludzi którzy dbają o zwierzaki. Bezdomne, lub złedomne. Koty, psy, jeże, gołębie. Więc wiadomo, ta duperela to dla dobra fauny , nie odmawia się zrobienia takiej dupereli. O koty chodziło, żeby opatrzeć strzegącym napisem wystawioną przez panią M. budkę-karmnik. Prosze bardzo, mogę. Pani M da farbę, moje pędzelki.  Trzy literki, tylko trzy, no ileż to zajmie, kwadrans? Nawet nie. Ale nie z panią M takie numery, newer. Cel to kocia budka, z panią M wędrówka okrężna przez pół godziny, samotny powrót niecałe dziesięć minut. Do domu powrót, szłyśmy spod jej bloku te pół godziny, a do niej szłam sześć minut. Cała pani M. 

Na bezczela (bo w brzuchu warkot lada chwila, bo niedomytam, bo lecę z nóg), nie słuchając pani M, gdy dokarmiane koty jadły namazałam ten napisik na daszku budki. Moment, działanie spokojne, nawet nie spłoszyło koteczków. Nie uchroniło by mnie to przed dłuuugim wieczorem towarzyskim, ale cudek z tych spodziewanych, trafił się pani M,  gdy mazałam napisik TOZ, znajomek do rozmowy.  Pooszło, gadu-gadu na całego. Łaska boska, wcinać się do cudzych razchaworów niegrzecznie, więc łatwo tym razem sprułam. 

I tym sposobem gotują mi się ziemniaczki na późny posiłek, a ja ci tu bazgrzę Czytaczu. 

💢
O garażówce. 
Bardzo mi przykro Kocurku, nie da rady wkleić cykanek przysłanego dobra. One są wystawione wszystkie, ja w wiewiórczym swetrze, a  dokumentalnych cykanek blogger nie widzi. Może jutro zobaczy, ale nie liczyłabym na to. Bo widzi tę późniejszą, z powrotu. Znów dwie z dziewięciu.  


Ta druga nieudana. Na tej, ta dziwność na pierwszym planie to wierzch wózka z wiezionym do chałupy dobrem. Alejami, a co. 

Te cykanki z widokiem ogólnym stoiska dokumentują stan zaraz po rozłożeniu. Co zniknęło w torbach i rękach odwiedzających galerię, było zaraz zastępowane. Dużo zawiozłam, nikło ubyło. No, pies-monstrum zrobił różnicę. Naprawdę  był wielki.

Co sprzedane?

- maskota psa, pingwinek
- ptaszorek od Kocurro
- komplet obrazków ubabranych w fiolecie i wrzosie, cztery wąskie blejtramy,  fragmenty gałęzi sosnowej po odpowiednim ułożeniu (pion, poziom, pion, poziom, poprzesuwane to) dające cały obraz 
- misio
- jeżyk
- jeden z hipopotamów
- trzy talerzyki w róże, te mniejsze
- wiklinowa kula-koszyk
- jedna z kiecek, udawany Versace, druga jeszcze jest. 
- dwa ptaszki z modelarskiej żywicy.
- delikatny i niezwykle twarzowy naszyjnik, na cieniutkich czarnych ni to żyłkach ni drucikach koraliki, takie jak pokazuje Tabs, czarne z tęczowym błyskiem, rozmieszczone rzadko. Wyszła z kombinacji tych żyłek i nielicznych koralików pajęcza koronka. Poszedł do chętnej zaraz po psie, stoisko jeszcze nie było w pełni gotowe.

Chyba to wszystko. Najdroższy z tego interesu pies. Zarobek średni, bywało i dużo gorzej i dużo lepiej.


Jak było? Mało ludzi. Ograniczenia wprowadzone przez galerię nie służą imprezie. Nie można biżuterii, wszystko co wystawione to nielegal, taki nielegal był na prawie każdym stoisku. Nieliczne nie miały. Chłopczyk z napisem, gościu  z częściami samochodowymi, ogólnie nielegalu biżuteryjnego nie miewali ci wyspecjalizowani inaczej, ale pana z wyłącznie  biżuterią sztuczną nie było. On byłby nielegalny po całości. Szkoda, miał cuda.
Nie można rękodzieła. 
Rozmiar stoiska ograniczony, ich liczba też, 

To nie służy imprezie, tak samo jak zamknięcie w jej trakcie głównych wejściowych drzwi. Od parkingu ludzie wchodzili.  Przez jakieś półtorej godziny tak było, musiało zagrzmieć awanturą żeby te cholerne obrotówki uruchomili.

Więc ludzi nie tak dużo jak być mogło. Dodatkowo imprezy inne w mieście, targi ogrodnicze na przykład, czas komunii. 

Jak na tak mało ludną garażowkę to ogólnie źle nie było, tak twierdzę  ja. Ale Asia cała zdegustowana, dziś ona łapała miejsce, i to co się działo przy tym łapaniu wstrząsnęło nią. Sam stres. Nic miłego być popchniętą prawie do wywrotki, niemiło też widzieć jak pchający się cham zrzuca z wózka "konkurencji" skrzyneczki z porcelaną. Niby nie chciał, no ale czego się  spodziewał przy siłowym pchaniu w ludzi metalowego stelaża, takiego na kółkach, takiego na ciuchy. 

To jest problem Czytaczu, ci pchacze. Asia mówi, że nie wie czy będzie jej się chciało być na następnej. 

I tak to było.
Ziemniaczki ugotowane, pisała R.R.

Ps. Poniedziałek. 
Zaspany, z głową pobolewajacą. Nie bylo punktu, nie zdążyłabym dojechać na czas. Nie dałabym rady, bo do bólu łba dochodzi błędnik, Nic to wielkiego te dolegliwości, żyje sie z nimi i pracuje się z nimi  normalnie, gorzej z jazdą na rowerze, skojarzona z nawalajacym błędnikiem... no nie wiem.. I zaspałam, już prawie ósma.  Telefon. Na szczęście akurat dziś moja niedyspozycja nie jest wielkim problemem. Taki traf.  Więc poniedziałek bąbluję, zaliczywszy miły telefon (mila Rabarbaro, tekst proszę, MMS u mnie nie działa, mail, ten przy blogu też działa). Jutro też będę bąblować. Legalnie, całodziennie, we wtorek  punkt nie działa. Zapadly palac wszedl na poważnie. Może jutro rynek? 

Cykanki z wyjścia, chciałam sprawdzić co z wczorajszym rękodziełem, czy futerka nie rozmazały. Spróbuję pokombinować z nimi, trzeba. Nacykalam serie upiornie liczne, blogger nie widzi żadnej. No żadnej. Wrrrr.

Są. Cztery z trzydziestu. Napis TOZ widać, jedno z trzech okolicznych poideł ustawianych przez panią M. I dwa obrazki z parczku w którym siedzę.






Co robię źle? Dlaczego tak z tym cykaniem?.
Ktoś wie?

Ps.

. Dziś w środę po siedemnastej blogger  łaskawie pozwolił sobie zauważyć i pozwolić na jej wklejenie cykanki dokumentującej sweter. Pytanie dlaczego widzi tę pierwszą ze swetrowej dokumentacji, najbardziej pokracznej z racji uciętej głowy i podgiętych fikuśnie nóżek. Nóżki podgięte są na wszystkich trzech, odbijająca mnie szyba była za krótka, ale na pozostałych łeb jednak mam. Na co nie ma dokumentacji akceptowanej przez bloggera.  Musisz niestety uwierzyć na słowo Czytaczu, także i w temacie wiewiórro. Że to on na sweterro.



I co, mam się cieszyć z tej jednej jedynej?  Kalekiej. A gdzie reszta?!!!! Na szczęście chociaż nie gubi tego co już raz zobaczył. Wiewiórro.


I  znów akcja, pani M. dzwoniła.

środa, 6 maja 2026

Notatka 564 o wczoraj

Na razie bez aktualnych ilustracji. Wstawię, owszem ale już kruca bomba mało casu.  Wieczorem lub jutro.  

Tylko na razie z wycieczki uskutecznionej drugiego maja. Zwinka patronką tej wycieczki.














Żadne tam istotności i ważności o skali większej niz osobnicza, po prostu wczoraj....

WTOREK

Po napisaniu poprzedniego posta i odebraniu paczusi od Kocurro, korzystając z pobliskiej ławki napisałam jeszcze pod postem kilka słów, dodałam dwa zdjęcia, zaktualizowalam posta. I nagle się okazało że są to ostatnie napisane na srajtfonie słowa,  ostatnie działania. Strajk totalny i wymówienie pracy w tempie natychmiastowym. Martwota. Totalna. Nie da się włączyć. Zrobiło się tak w ułamku sekundy.

Napiszę Ci Czytaczu, że przyjęłam to wymówienie ze zrezygnowanym stuporem, ot jeden nosorożec-patrz poprzedni post Czytaczu, zblakł i zmalał, ale za to ten drugi znienacka na mnie usiadł. Po kilku bezowocnych próbach, takich przypominających bezradne kiwanie przysiadniętą nosorożcem rączką,  już tylko siedziałam martwo wpatrując się w martwy sprzęt. Nie wiem jak długo. Pustka we łbie. Wszystkiego nagle mi się odechciało, paczka na rowerze od razu stała się nieważna, wybacz Kocurku, wszystko się stało nieważne i bez sensu.

Tak działa pani d., a mam nadzieję że nie znasz Czytaczu mocy zadanego znienacka przez nią ciosu. Miesiącami się po nim człek podnosi.

Ale. 

To moja dzielnica. 

Chcę  czy nie wypełniona jest w znacznym procencie znanymi twarzami. Jednych od lat mijam na ulicy, nie znam ich, po prostu regularnie widuję. Inni rozpoznawalni bardziej.  

I cud. Nie jedyny tego huśtawkowego dnia. 

- Dzień dobry. A co pani tak siedzi? Ma pani coś dla mnie?

Regularnie spotykam tę kobietę, ona w moim mniej więcej wieku. Psiara, kociara, babcia wnukom. Bezimienna dla mnie, tak jak i ja dla niej. Napotkana wielokrotnie przy okazji przeglądu śmietnikowych wystawek, a już przy pierwszym spotkaniu prosiła, że jeśli znajdę cokolwiek komputerowo-elektroniczno-komórkowego, to ona bardzo prosi żeby zostawić to dla niej. Syn potrzebuje, zna się, naprawi, wykorzysta, zużyje. Znasz Czytaczu mój stosunek do wyrzucanych dóbr. Dobrych dóbr. Wiesz Czytaczu że nałogowo oglądam przyśmietnikowe wystawki. Wiesz o garażówkach i dlaczego. Więc kilka razy komputer, komórka, e-bok, sprzęt do domowego multikina. Komputery były ze trzy. Chyba. Może więcej, od ponad roku zostawiałam dla niej fanty. Różne. Monitory, myszki, klawiatury i konsole do gier też. Nie wiem czy działające, pewnie niekoniecznie mimo niezłego wyglądu. Nachalna, nie przywykła do uprzejmości, nawet zwykłe "dzień dobry" jakieś takie trochę jak obelga, no ale bardzo jej zależało  na tych moich znalezionych fantach. 

A niech ma. Widać było że jej rodzina tego potrzebuje, tych paru groszy.  Nie każdy  lata do Mopsu czy wystawia łapę żebrzącym gestem, ogrom po prostu tego nie robi, radząc sobie przy wykorzystaniu umiejętności własnych i surowców znaleźnych. Złomiarze, ludzie zabierający wyrzucone drewniane meble, ciuchy, nawet domowe kwiaty, no multum ich, są też tacy co nie przepuszczą wystawionej żywności.  Bywa . Bardziej ten sposób mi przemawia do wszystkiego w organiźmie, niż dziedziczne etaty we wszystkich punktach pomocowych. Przecież z racji pracy w punkcie znam i takich tuptusi, etatowych, ich rodziny też etatowe w następnym pokoleniu. Oni niewiele umieją i nie chcą umieć poza wyciąganiem rączek. Tak to wygląda, obok naprawdę potrzebujących etatowe tuptusie. Część tych którym pomoc potrzebna ręki  nie wyciągnie, bo by im uschła. Wolą śmietnik.

- Nie mam. - nieuprzejmie nawet na nią nie spojrzałam, głowa nadal opuszczona,  głos z trudem opuszczał krtań. Cichutki. Stupor Czytaczu. 

- CO SIĘ STAŁO?!!!

Podniosłam bardzo niemrawo ważącą tonę rękę ze smartfonem. 

- martwy. - nie miałam sily na tłumaczenia.

- Pani to da. - właściwie wyłuskała mi telefon z tej podniesionej ręki - wieczorem oddam, wiem gdzie pani mieszka. Syn zobaczy.

Przesiedziałam jeszcze długo, z dwie-trzy godziny na ławce, było mi wszystko jedno, nic nie miało sensu. Gdyby nie futra to pewnie siedziałabym tam do teraz. 

Ale przez futra się  ruszyłam. Starczyło sił na ich obsługę i na nic więcej. Zasnęłam. W butach, bo po co ściągać? Paczka została na byle jak zaparkowanym pod blokiem rowerze, nieprzypiętym. Bo po co?

Wieczorem obudził mnie łomot do drzwi. Zombi otworzyło. Z dużym ociąganiem. 

- Ma pani. 

Telefon właściwie ciśnięty, i już zbiegała ze schodów. Bez pożegnania i wyjaśnień, bez czekania na jakąkolwiek reakcję, czyli syn nic nie zdziałał. 

Pani d. robiła co mogła, ale futra wymagają, więc tym razem mnie nie ululała. Ale zombi wlokło się po mieszkaniu, takie na chwilę przed ostatecznym zgonem.

Gdzieś tak tuż po dwudziestej pierwszej wzięłam w rękę srajtfona, odruchowo, odruchowo kliknęłam włącznik, tak zupełnie bezmyślnie. Jak to zombi. 

Jak widzisz Czytaczu srajtfon działa. 

I to lepiej niż przed zgonem. Da się  pisać bez połowy  problemów bo nadwrażliwość ekranu se poszła. Potem się okazało że tępota  nie całkiem, są flauty i nieczułości, trzeba kilka razy stukać w co którąś literkę, ekran nadal jest oddzielnie od reszty. 

ALE DZIAŁA. Nosorożec schudł i wyraźnie zmalał.

CUD. 

Od razu jak fala przyszło ożywienie. 

Co to ja miałam? Aaaa, pranie. 

Ale może nie maskotki, może te codzienne łachy, bo przy przedsennym rozrywaniu saszetek sosik poszedł  na bluzkę. Ileś tam innych łachów też wymaga. Teraz ściągnięcie pofajdanej, umycie się, pakowanie torbiszcza i będzie jazda. Kruca bomba, mało casu.  Paczka z roweru powędrowała do piwnicy, trudno, zapomniałam o niej. Potem. Wszystko potem. 

W laundromacie władowane brudy tym razem bez dodatkowych wsadów odwaniacza, niepotrzebny.  W przypływie brawury wrzucone w bęben noszone tekstylne buty i sweter. No dobra, włączamy. 

Zonk. 

Nie da się, dotykowy ekranik ustawiony na funkcjach administracyjnych, potrzebne piny i hasła, nie da rady tego obejść. 

To ożywienie po zombi kazało szukac drogi wyjścia. Telefon, BO MAM TELEFON, na wskazany na plakacie numer. Nie odbiera. Nie rezygnuję. Za moment SMS z tego numeru.  Administrator instytucji, nie może rozmawiać, ale pisać tak, może.  I sobie popisaliśmy, ja wciąż w szoku że MOGĘ tak prosto i łatwo. Pranie i suszenie zrobione bardzo sprawnie bez udziału nieczynnego chwilowo urzadzenia, zdalnie, co też jest swego rodzaju cudem, tyle Ci Czytaczu napiszę. 

Poprzedni post był słuszny. Polecajka właściwą. 

W suchych wypranych  butach i suchym wypranym swetrze dojechałam do domu grubo po pierwszej.  Słaba z emocji, ale w euforii. Dziś zaspałam, no trudno. Paczkę dopiero wniosę i rozpakuję. Bo dziś też się dzieje, już nie tak dramatycznie dziwnie, ale dzień pracowity i jednocześnie słaby. Przeładowany koniecznościami i zakatarzony. Bo może i był i jest upał, ale jazda ciemną dość zimną nocą bez czapki swoje zrobiła. Wszystko idzie niezbornie i niemrawo. 

No dobra, idę po paczkę.

Fot nie mogę wkleić. 

Nara Czytaczu

ŚRODA  i  CZWARTEK

Wczoraj i dziś. 

Z racji tego że wszystko wczoraj co po punkcie było rozlazłe, nie wyrobiłam się, do domu wróciłam późno i umęczona. Co po punkcie to takie było. Bo tam. No tam była orka. Ranne zaspanie spowodowało że pedałowałam bez opamiętania, byle zdążyć przed ósmą, lub chociaż chwilkę po ósmej. Sukces, udało się. I z marszu nastąpiła krzątanina i latanina, do jedenastej. Norma, tam tak jest, trzeba zapisać ludzi wydając żetony, trzeba posortować przywieziony z netto warzywny chłam, poczęstować czymś drobnym dobrym wpatrzonych w zajęte łapy oczekujących na wydawkę, potem wydawanie i sprzątanie po. Nie wygląda to szczególnie męcząco przy pisaniu, ale uwierz Czytaczu, bywa bardzo. I denerwująco. Wczoraj było do pewnego momentu do zniesienia, potem nerw mi strzelił na chamstwo, takie że nie przejdę nad tym chamstwem bez słowa.  Wczoraj, gdy chamstwo się  wykryło, jego sprawcy już se poszli, zaopatrzeni w dobra jak należy. Ofiary chamstwa nie. Ofiarom nie można robić kęsim, dla nich już zaopatrzenia takiego jak być powinno nie było, ofiary są ofiarami. Krzywda i dla mnie, nie dalo się  rozladować nerwa na winnych ale... Chamów i chamki dopadnę jutro. Bo przyjdą najprawdopodobniej, wydawki są w poniedziałki, środy i piątki.

Potem środa zrobiła się taka, że Czytaczu, aż mnie cofa przed opisem. Nic strasznego, tylko taka niezgrabna, niezborna, ze ślimaczącą się niemożliwie akcją pełną falstartów i poślizgów. Może dlatego że echo po wtorku,  może to że nie dało się naprawić krzywdy, cholera wie. 

To nie mnie skrzywdziło.

Ale. 

Nosz, jasna dupa 

To że pani d tak łatwo mi się w życiorysie zagnieździła częściowo zawdzięczam pracy. Dekady gdy NIC nie mogłam poradzić na cudzą dziejącą się w niej krzywdę, na krzywdę własną też niewiele mogłam. 

Więc do cholery, nigdy więcej praca w której szujostwo. Nawet drobne i nie wobec mnie. 

No, miejmy nadzieję  że rzecz się  uda naprostować w piątek. Chodzi o zasady, mają nie być szujowe. Chamów nie naprostuję, zdaję  sobie z tego sprawę, nie mam zresztą zamiaru, 

Rzecz polega na tym Czytaczu, że punkt działa dłuuugo. Był pod zarządzaniem kilku osób w trakcie tej długiej działalności, zmieniały się, tak jak adresy działalności. I zasady rozdawnictwa. Siłą wieloletniej tradycji chyba istnieją tam zapisy i żetony. 

Zapisuję rano nazwiska tych co przyszli, w kolejności takiej jak przyszli. I według tej kolejności, rzeczywistej powinni wchodzić i otrzymywać dobro. Zgadza się?

Nie do końca. Część przychodzących to grupa "specjalna", z rozmaitymi niepełnosprawnościami, oni za zgodą zarządzającego ojca są obsługiwani inaczej. Część z nich nie wychodzi podczas przygotowań do wydawania, obsługiwane są wg. klucza, jedna osoba "specjalna", jedna z zewnątrz, bez przywilejów. Ok. to jest, nie chciałabym widzieć blisko stuletniej babusi sterczącej pod oknem a przyszła trzydziesta. 

Przy zapisach, za kaucją w kwocie 2 zł wydawane są żetony-numerki, przy wydawaniu dóbr żetonik jest odbierany, dwa złote wraca do kiesy.  Tak jest w poniedziałki i środy. W piątek, dzień najobfitszy w dobra, kaucja za żeton-numerek wynosi 3 zł i jest bezzwrotną. Idzie na częściowy zwrot kosztów własnych punktu, symboliczne kwoty wychodzą wobec całości kosztów. Można też powiedzieć że symbolicznie się płaci za dobra otrzymane, symbolicznie choćby za te trzy bochenki chleba dostane w ciągu tygodnia obowiązkowo i zawsze. 

Nie wszyscy mają te drobne monety. Znaczna część ludzi przychodzi bo ogólnie nie ma. Więc nie wszyscy biorą żetony-numerki. 

Co daje wzięcie i zapłata za żeton? Ano, coś daje. Punkt obok chleba i warzyw kupuje i inne produkty. W ilości 40 sztu na ogół, coś, jeden raz w tygodniu. Nie musi, to jest dobra wola klasztoru że są te zakupy dodatkowe.  A w dniu wydawki jest pięćdziesiąt sześć zapisanych osób, z czego trzydzieści pięć miało na kaucję za żeton. Kumasz Czytaczu? Jasne jest, że te pięć sztuk czegoś dobrego pójdzie do osób wg. uznania wydającego, tym, co żetonu nie "kupili". Wszystko w rękach tak naprawdę wydającego. Bo jeśli wydajacy uzna, że zamiast paczki zakupionego mięska mielonego, bezdomny i niegotujący "żetonowiec" dostanie kupioną kiedy indziej puszkę gulaszu angielskiego, to na ogół wydający wie co robi. Nieżetonowiec nie zobaczy ani mięska, ani puszki. Chyba że wydający zadecyduje inaczej.

Nie ma wyjścia, takie zasady obowiązują od lat,  dobrze że choć część ludzi ma szansę na drobny luksus, bo takim właśnie "luksusem" jest te kupione 40 sztuk czegoś. Mięsko najpopularniejsze, ale i masełko. Albo kakao i mleko. Olej. Różnie. 

Pewnie że byłoby super gdyby każdy dostał, no ale co, dołożysz lub dokupisz Czytaczu? Tak tydzień w tydzień? Przez rok, dwa-trzy lata? Albo tak jak klasztor, przez te dzieści lat ?

Więc godzę się z żetonowym kryterium, zresztą one nie niezmienne, bo uwaga, jest np. kilku jaroszy. W dupie mają i konserwy i mięsko. Dostają coś innego atrakcyjnego, jeśli jest na stanie.

Ale. 

Żetonowe pańcie, takie etatowe w łażeniu po punktach, bliskie dostania praw emerytalnych z tych etatów, wypchnęły mi z kolejki kobietę w zaawansowanej ciąży i bezdomnego faceta. Łatwo zgadnąć że nie mieli na kaucję, stąd numerka nie dostali. "Wy na końcu, zawsze najpierw ci z numerkami". 

Może tak było te ileś lat temu. Teraz tak być nie może. Forsa może mieć znaczenie w większości spraw, ale nie może decydować o tym kiedy ktoś przyszedł.

I te ofiary stanęły grzecznie na końcu kolejki. Za takimi co to mi się nie meldowali. A ja pilnuję żeby ci co zapisani dostali przyzwoite porcje. Zawsze też daję odrobinkę mniej niż mogłabym, bo zawsze, zawsze ale to zawsze, przyjdzie ktoś kto nie zdążył przed wydawaniem się zapisać. Często głodny. I tak, oni też nie wyjdą z pustymi rękami, ale szans nie mają ani na mięsko czy konserwę, ani na wiele więcej niż pomidor z jedną pomarańczą. Najgorzej gdy taki głodny przyjdzie gdy nie ma już nic. 

Kobieta w ciąży dostała właśnie taki zestaw witamin. Bochenek chleba, jeden niewielki napój. Bezdomny ostatnie dwa nieładne banany, chleb, już bez picia. Po blisko trzech godzinach stania. Prowiant na dwa dni.  A wpisywałam ich po ósmej. Fajnie? 

Cała  środa była z pamięcią spuchniętych nóg ciężarnej, psiej rezygnacji w oczach bezdomnego. 

Duet pań Halinka/Reginka do przetrzepania. O ile to one. Nic to, będzie wrzask ogólny. Rzadko wrzeszczę ale na ogół skutecznie

Howgh.


Przeddeszczowe widoczki. Zdziśki z jasnogórskiego parku. Co jest, czemu blogger nie widzi większości zdjęć?













No i czemu nie mogę wkleić wiewiórro dla Kocurro? Ktoś wie?


JEST.  Dlaczego dopiero w piątek widać zdjęcia z czwartku ?  To tak teraz jest?