Czytają

sobota, 18 kwietnia 2026

Notatka 562 Nosorożec to jaki jest?

Nadal niechętnie piszę.  Ale o nosorożcu trzeba, bo jakoś muszę wyłożyć na wierzch największy powód netowej milkliwości. Więc dłubię. Czysty masochizm, ale jak podłubię to szybko po tyractwie nie ruszę netowego pisania. 

Jedziem z dłubaniem. Kawałek  po kawałku.

Co wiemy na temat nosorożca? Nosorożców?

Dwa afrykańskie, trzy azjatyckie, duże,  masywne i  same dziwności w nich. Sprzeczności. Biedniuś i potwór w jednej szarej skórze. Stwora przyjazna i agresywana. 

Spór które zwierzę lądowe po słoniu największe wygrywa nosorożec biały afrykański. Na wymarciu, ratowany in vitro północny, jak na razie bezskutecznie, a żyją tylko dwie samice. Południowego bialego też ubywa. Giną wszystkie, czarne też były ratowane in vitro, nie do końca z sukcesem, czarny zachodni wyginął. Afrykańskie, białe i czarne żyją w tych samych siedliskach, czarny o wiele mniejszy. Obok, bo ciut inaczej zbudowany pysk powoduje że nie konkurują  o roślinne żarcie, inna specjalizacja żywieniowa,  nie pamiętam który woli trawkę a który listki. Dwa afrykańskie, trzy azjatyckie,  mniejsze,  indyjski, sumatrzański i jawajski.  Wszystkie szare, nazwy czarny i biały to efekt złych tłumaczeń.  

SKÓRA Skóra szara i gruba jak pancerz, tak gruba i robiaca wrażenie monolitu, że jest powiedzenie "ma skórę nosorożca", "gruboskórny jak nosorożec". I tu pierszy zonk, bo skóra-pancerz niestety nie jest owadoodporna, kleszcze, muchówki i gzy mają  duzo powierzchni do działań, a nosorożec sam nie wyjmie kleszcza - to dopiero by był zabieg.  Musi korzystać z pomocy innego gatunku zwierza.  Bąkojady czerwononogie, ptaszki wdzięczne niesłychanie,  służą oczyszczaniem  słoniom, bawołom, hipopotamom, krokodylom i nosorożcom, wszystkim tym zwierzakom co kąsane. Super, obsługiwane nosorożce są zdrowsze,  ptaszątka pełnią rolę  medyków. Ale  tak jak to z medykami bywa,  potrafi być drastycznie. Nie do końca to zbadano, są jednak  foty z nosorożcami obranymi z całych połaci skóry przez medyczne bąkojady,  wygląda to mało leczniczo.  Czysta groza, i być może taką grozą jest. 

Jeszcze o skórze. Nikt nie zeznawał  jaka ona w dotyku, twarda i szorstka,  czy może miękka, pluszowa. Być może to drugie, bo jest gruba, a  robi wrażenie pancerza dzięki solidnej warstwie kolagenu.  Ona łysa, tylko sumatrzański ma włosy, na ogół pod podwoziem, tam nie tak łatwo zetrzeć je tarzaniem się. Bez gruczołów potowych, co skutkuje tym, że zwierzaki buszują o chłodnych porach doby, a chcąc się bardziej ochłodzić korzystają z kąpieli błotnych. Azjatyckie pływają.  



RÓG. Broń i przyczyna wymierania. Bo ten róg w Azji jest cennym lekiem i afrodyzjakiem, nic to że to sama keratyna tak jak w ludzkich włosach i paznokciach. Mimo wiedzy że to ten sam pospolity związek chemiczny,  stwory nadal są  zabijane kłusowniczo z powodu rogu. Ostatnie dwie samice północnego nosorożca białego głównie z powodu kłusowników pilnowane jak skarb. Tak wogóle, to nosorożce rogate różnie, jako broń robi ten róg pierwszy na przodzie pyska, drugi  ma mniejsze znaczenie, u azjatyckich drugiego moze nie być  wcale a i pierwszy róg mały. Jako broń róg jest skuteczny,  taka wisienka na torciku obronności obok masy i prędkości stwora. Rogiem potrafi przewrócić spory samochód. Miotnąć nim lwa jak szmacianą kukiełkę. Poranić. Potrafi też to wszystko i bez rogu, masa stwora swoje robi. Potrafi np. ładnie zdeptać.  

Ale. 

Jako szczyl miałam w rękach książeczkę rozprawiającą się z mitami na temat afrykańskich zwierząt.  Hiena, lew, słoń, hipopotam, krokodyl, żyrafa, goryl i pawian, gepard i nosorożec.  Pisana w latach sześćdziesiątych książeczka zawierała bardzo liczne czarnobiałe fotografie autora ze zwierzakami, krokodyle, goryle, pawiany były solo, ale nosorożec biały  był przytulany, głaskany.  Obok słoni, hien i zdaje się że żyraf, nosorożce  darzone prawdziwą  miłością. Fota z młodym nosorożcem twarzą w twarz, spacer u boku ogroma, jazda na.  Autor nie miał tyle sympatii do np. lwów,  rujnował ich legendę z upodobaniem, a nosorożce kochał. Zachwalał że bardzo inteligentne, opiekuńcze, uważne i delikatne w stosunku  do jednostek zaprzyjaźnionych.  Za prawdziwie groźne i specjalnie złośliwe uważał np. hipopotamy, to one były wg. niego nieobliczalnie i bezintersownie agresywne, nosorożce  nigdy, zawsze miały powód do ataku, głupi, ale go mialy. 

Na ogół łagodne, a za furiackie i niespodziewane ataki agresji autor winił dwa czynniki. Obronę młodych i aktualnego terytorium.  Teren znaczą tak jak większość stworów, odchodami, i tak jak psy czy wilki z cudzych odczytują węchem informacje o innych osobnikach swojego gatunku. Owszem, zmieniają granice terytorium wędrując w poszukiwaniu żarcia i wody, ale w porównaniu do reniferów, bizonów, łosi i słoni to te wędrówki żadne. Autor tej dawno czytanej książeczki twierdził że węch i słuch to zmysły nosorożców równie rozwiniete jak u psa. Czyli o wiele bardziej od ludzkich. Uszy działają każde samodzielnie, nozdrza też swoje odwalają, no ale.

Otóż ze zmysłami nosorożców to jest tak, że wzrok to ich bardzo słaba strona, oczka nie mają szans zobaczyć jednego pola widzenia, umiejscowione po bokach masywnego łba. Duże roślinożerne tak mają, ale żadne aż tak jak nosorożce. Dodatkowo te afrykańskie mają te oczka baaardzo krótkowzroczne. 

To powód ataków.  To drugi czynnik sprzężony z potrzebą obrony terytorium i młodych, bo do strzeżenia terytorium i młodych używa niestety także wzroku. 

Jeśli coś, coś niespodziewanego pojawi się w polu widzenia ślepawego ślepka, stwór aatakuje, i diabli wiedzą jak one widzą skoro ruszają tak samo dziarsko do motylka i do samochodu, zwierz nie czeka aż do mózgu dotrze że zagrożenia nie ma. Zawsze. 







Atak na duże kształty i na motylka niezwykle niebezpieczny gdy stwór dopadnie atakowany obiekt, ale też gdy jest czas na unik wystarczy podobno zejść z linii ataku, uskoczyć i już, nosorożce nie zauważają że cel jest już za nim. Z tym że super refleks trzeba mieć, bo zwierzęcy czołg pędzi blisko pięćdziesiąt kilometrów na godzinę. Rzecz podobno wykonalna przy dawce szczęścia, autorowi się zawsze udawało, swoje napisał. 

To o słabym wzroku, mocnym węchu i słuchu oraz o atakach,  wiadomo na podstawie obserwacji nosorożców afrykańskich, głównie nosorożców czarnych, o azjatyckich badacze niewiele wiedzą. Indyjskie tak rzadkie, że nikt nie chce ryzykować ingerencji w populację, wiadomo tylko że unikają kontaktu z ludźmi, tylko gdy nie mają jak uciec atakują. Podobnie z jawajskim i sumatrzańskim.  Bada się  ich ślady i kupy, czy są zdrowe i jak liczne, i tyle naszej aktualnej  wiedzy. 

Ale. 

Pilnowane w rezerwacie dwa ostatnie północnoafrykańskie białe potwierdzają opinię niepamiętanego autora. Łagodne, delikatne, przyjazne. Inteligentne. Zaprzyjaźniły się ze strażnikami.

Straż jest całodobowa i jest konieczna. W 2018 zastrzelono trzech kłusowników usiłujących dostać się do zwierząt. 


Ze źródeł azjatyckich,  z daaawnych czasów odpowiadających europejskiemu antykowi, pochodzą historie o wykorzystywaniu indyjskich nosorożców do wojen. Podobno na zwierzach jechało po dwóch ludzi z włóczniami, a one  były odziane w metalowe osłony/zbroje, z rogami w metalowych zaostrzonych pokrowcach. Wystawiane w pierwszej linii ataku na pewno były zgrozą dla przeciwników. I co do indyjskich, źródła podają że walki samców są bardzo zajadłe i krwawe. Owszem, podobno dawały  się oswoić i ujeździć, ale czy rzeczywiście były bojowe i skuteczne w wojnach to cholera wie. Nie ma obrazków. 

Tak jak pisałam, teraz ich malutko, pochowane w lasach deszczowych i innych ostępach.

Wiec nie sprawdzi się  jak to jest z tą  inteligencją i przyjaznością\agresją nosorożców. Te co jeszcze żyją bardzo słusznie nas unikają. 

Obiegowo, wbrew wszystkiemu co można powiedzieć miłego o nosorożcach, pozostaną symbolem kłopotliwego, gruboskórnego i fiksum-dyrdum zachowania. Niesterowalnego. A one może wcale takie nie są. 

Nie pamiętałam o książeczce gdy porównywałam moje użeranie się  ze sprzętem do  nosorożca. Trudno. Przepadło.. Mogę wierzyć albo niepamiętanemu autorowi książeczki o zapomnianym tytule, albo obiegowej opinii o symbolicznym nosorożcu. 

Taki nosorożec, może niewiele mający wspólnego z rzeczywistym stworkiem pozostanie symbolem czających się  w krzakach kłopotów, niesterowalnych problemów przy których się  lawiruje z niewielką nadzieją  na uniknięcie kontaktu. 

U mnie ich dużo, tych paskud. Zdaję sobie sprawę że każdy ma, mial lub niestety będzie miał. Bywają tak trudne że włos się  jeży. Bywa ogólnie bardzo pod górkę. Ręce opadają, brak sił i poczucia że coś można. Nie warto wstawać bo i po co. Takie nosorożce to dopiero dupa. Wlazły na ludzia i na nim usiadły, tak piętrowo, jeden na drugim, przynajmniej trzy. Albo gonią z dudnieniem i zaraz rozdepczą, zwiewamy, ale one tuż za nami.... takie tańce-ganiańce z nosorożcami które wyszly z krzaków też niefajne, ale póki ludzia nie przysiadły, to gońmy i tańczmy. W rytm łomotu nosorożcowych nóg. 

Powód  dla którego netowe pisanie rzadkie jest nosorożcem niedużym.  

Ale jest, ale są.

  

No i. Hmmm. Na tego sprzętowego nosorożca to notatkę zaczynałam ze sto razy, kawałki mi się plączą. W notatniku, jeśli już to tylko tam. Notatnikowanie ma tę przewagę nad tekstami w mailach czy blogerze, czy choćby  wpisami w wyszukiwarce, że literki tam mam ciut większe, także na klawiaturze aplikacji. I notatnik  nie jest tak czuły, ani tak tępy, stąd łatwiej mi walczyć z opornym sprzętem. Wstyd narzekać i nie narzekałam, dopiero teraz już nie da rady kryć że problem jest i z korzystaniem z netu i z pisaniem. Cholera, pierwszy srajtfon gubił kartę SIM, po iluś tam upadkach rozładowywał się migusiem. 

Ten jest prezentem, drogim, niespodziewanym i wielkodusznym. Zaskakującym, bo w życiu się bym nie spodziewała. 

Jak narzekać na tak fajny przezent, no jak?

Darowanemu z serca koniowi w ząbki  się nie zagląda. 

Więc pysk był zamknięty.

Prezent fantastyczny,  tylko że złośliwe fatum wiszące nad moimi stosunkami z elektroniką pofikało. Bo co, nie wolno fikać? Żebym wiedziała jak zabronić fikania lub pogonić fatum, to bym to zrobiła, ma ktoś pomysła?

Na początku dwie drobne niedogodności w otrzymanej nówce nikłe, takie maniunie na granicy wymogu lupy. Jedna to aparat i zdjęcia w srajtfonie, przy uporze do opanowania. Tyle że opanowywać trzeba za każdym razem,  a z powodu rozrostu drugiego drobiażdżku w nosorożca,  to już niech szlag trafi foty. Druga maniunia wada sztuki nówki nieśmiganej, to ta że dotykowy ekran jakby nierówny pod względem czułości na dotyk.  Nadwrażliwość i tępota, na zmianę. Co nasilało się i rosło, do absurdu. Pół biedy gdy  chcę obejrzeć film, coś znaleźć, to jeszcze stosunkowo proste, choć też bywa nie do zniesienia. Raz włączony film czy program radiowy leci bez zarzutu, a  działania wymagające wpisu nieduże.  

Ale pisanie. 

Ło mamusiu. 

Ekran albo zupełnie nie reaguje na dotyk i trzeba się zdrowo nastukać, albo np. przy wbijaniu litery A na ekranie pojawia się cała grupka QWSAZ na przykład. Przy usuwaniu błędu to samo, albo wcale albo bardzo hurt. Dawałam radę, daję radę, tyle że pisanie bardzo niechętne. 

Pogorszyło się. 

Nowością przez którą zarzuciłam prawie zupełnie netowanie jest samodzielne życie dotykowego ekranu, upiera się  że powiększy lub zmniejszy tekst, będzie uparcie wracał w rytmie rzutów padaczki do poprzedniej strony lub po wariacku kierował w niechciane rejony. 

Fajnie?

Nie ma lekarstwa poza wyłączeniem ustrojstwa, no ale właśnie wtedy to upiera się  że się  nie wyłączy. Bardzo się upiera. Bardzo a bardzo. Mam pięciominutowe ustawienie wyłączenia przy braku działań, z wykluczeniem odtwarzanych filmów, to dopiero pomaga. Ale teraz, to potrafi sie wyłączyć po pólgodzinie, gdy się wyszaleje.  Przez pięć minut do kwadransa po ponownym uruchomieniu kochany sprzęt, zero usterek, działa jak złoto, da się  nawet pisać - byle bez przesady. Po pięciu minutach/kwadransie fiksum-dyrdum. 

Klęłabym markę Samsung do dziś, gdyby nie to że od mniej więcej dwóch tygodni wiem że to wina usterki technicznej, dającej znać że jest od zarania. 

Mianowicie kotulka Rysia kolejny raz niechcący oczywiście (to nie ja-czego wrzeszczysz-to inny kot-ten bialy z podwórka-krzywda-naleję ci do buta) zaatakowała mi kawę, kawa poległa. Tym razem pociekła pod leżący telefon, więc migusiem wycieram, wyjmuję srajtfon z objęć okładki bo może podciekło przez wycięcia na kamerę i nagle w rękach mam trzy elementy. 

Obudowa, tył srajtfona i ekran.  Rozwarstwił się skubaniec. A net na ekranie szaleje bez mojego dotyku.  Szaleje. NIC MU NIE ZROBIŁAM, temu srajtfonu, SŁOWO.

PREZENT BYŁ TRAKTOWANY Z CAŁYM SZACUNKIEM JAKIM DYSPONUJĘ.

Cholera, być może dlatego te tępoty i nadrażliwości dotykowego ekranu. Od samego początku. Rozwarstwiał się. 

Muszę kupić srajtfon. 

Pisała R.R.

I jeszcze o Kocurrowym nosorożcu. U Kocurro wiecznym nosorożcem dybiacym na portfel i psyche jest stan zdrowia futer. Kocurro robi co może. Jeśli chcesz i możesz to pomóż. 

pomagam

bo



sobota, 11 kwietnia 2026

Notatka 561 przed opisem nosorożca


Zdaje się że mój urlop od netu jeszcze  potrwa.

Musi być o nosorożcu, głównej przyczynie netowego postu, ale zanim o nim to:

Dzialo się  paskudnie, a ponieważ piszę jakbym brukowce łupała,  aż mnie odrzuca od opisów paskudności. Nie dość że każda litera wymaga wklepania z mozołem to jeszcze ma opisywać jak bylo niefajnie?  Pamięć też  wierzga, było wrednie i ciało przy wspominkach od razu musi jeszcze kasłać i może by poleżało.  Więc niechętnie bardzo, chętnie napiszę tylko że Jacuś już w formie i szaleje. 


Ale jednak trzeba, a niech to. 

No dobra, bylo wrednie, długo i boleśnie, bo wirus typu A, jest nietypowy, nie kojarzy się  w sposób oczywisty z grypą,  bardzo łatwo zlekceważyć co zrobiłam oczywiście. Nie ma początkowo przez dwa-trzy dni objawów grypy,  jest ból głowy,  ból mięśni i ciśnieniowa i błędnikowa huśtawka, po co do czegoś takiego antywirusowe leki? Przeca to migrena,  nietypowa trochę, bo boli cały łeb i człowiek,  przeciwbólówka wystarczy... A nie, nie migrena i nie wystarczy, wirus zawitał i  trzeba naproksen jakiś lub cos innego antywirusowego bo grypowa  reszta z cholernym kaszlem przychodzi gdy wirus się rozbuja i ciężko  dziada wybić. Tak było u mnie, ale tegoroczne wirusy nie u każdego  takie.  Wredna cholera to jest, na szczęście za mną. Mniej szczęśliwie że skutki wredoty są długotrwałe. Błędnik. Ciśnienie.  Słabizna. Jeszcze kaszel. Jeszcze mniej fajnie że teraz z zarazą motają się Bobusiowie. Dla jasności napiszę  że zaraza złapała ich bez mojego udziału, Bobuś już wyszedł z niej ale kaszle razem z Beatką i Dzieckiem. Koncert okropny. 

I trzeba napisać że. 

W ramach umileń to Jacuś akurat wtedy gdy grypsko się w pełnej krasie pokazało uznał że on sikać to nie będzie. No super. Jak sobie przypomnę tę półprzytomną jazdę rowerem z Cackiem to myślę że rodzaj cudu nas spotkał.  Bo Cacek został na dwanaście dni u weterynarek. Z litosci został,  tak podejrzewam. Nie wymagal cewnikowania, po prostu zaczął sikać mało i krwawo, kolejny raz. Nowością bylo szarpiące serce biadolenie  w kuwecie, raz zapłakał i w transporter transporter w gruby ręcznik i na rower, i jazda. Kurde, w lodowatym deszczu, zacinajacym ze wszystkich stron bo wietrzysko wtedy oszalało, ja już z gorączką i z lekka nieprzytomna, on drący się jak nie wiem co. Albo piszczący.  Jedzie się z dwadzieścia minut przy dobrej pogodzie, wtedy rowerem miotało i pół drogi jechać się nie dało.  Super czas sobie wybrał na chorowanie, doprawdy, to że miesiąc grypsko u mnie szalało to dzięki Jacusiowi. No ale wyleczony, rozpieszczony.  Cudowne kobiety, uratowały przy okazji i mnie, bo za cholerę nie dałabym rady dowozić kota codziennie na kroplówki. Już ten pierwszy raz był wyczynem. Kasę im jeszcze wiszę, wdzięczna im jestem niezwykle.

Jacuś zostawił po sobie u nich bardzo dobre wrażenie, ach jaki łagodny i grzeczny,  ach jaki mięciutki, ach jaki przytulas i mruczuś, no cuduś nad cudusie. I jak ma ładnie na imię i jak reaguje i słucha. Na szczęście na poważnie wzięły ostrzeżenie że to dla innych futer CHUPACABRA, był  sam w wypasionej klatce więc nie doszło do incydentów gorszących. Są w Jacusiu zakochane, wcale się nie dziwię, jak nie pokazuje się od strony CHUPACABRY można, sama jestem. 

I jeszcze trzeba napisać że Rysia i Feluś  byli balsamem i okładem, zalegali przy mnie (i niestety na mnie) niezwykle wiernie i to zaleganie im zostało. Co niepokoi, bo tra la la wiosna, a tu miśki tak łóżkowe.  Nie mam sily i kasy ale cholera, przydałby się  przegląd i ich. Ludzkie wirusy, może ich zahaczyły?

To się działo przez ostatnie dwa miesiące. Odwyk od netu całkowity, bo gdy jaka taka forma to mogę się z nosorożcem bujać, niechętnie, ale choć odrobinkę, ale gdy formy nie ma to niech nosorożec buja się  sam. 

Cholera, pięć dni ten tekścik dlubałam.  

Jutro garażówka.

Na razie starczy. 

Pisała R.R.