Czytają

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stopami. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stopami. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 maja 2026

Notatka 564 o wczoraj

Na razie bez aktualnych ilustracji. Wstawię, owszem ale już kruca bomba mało casu.  Wieczorem lub jutro.  

Tylko na razie z wycieczki uskutecznionej drugiego maja. Zwinka patronką tej wycieczki.














Żadne tam istotności i ważności o skali większej niz osobnicza, po prostu wczoraj....

WTOREK

Po napisaniu poprzedniego posta i odebraniu paczusi od Kocurro, korzystając z pobliskiej ławki napisałam jeszcze pod postem kilka słów, dodałam dwa zdjęcia, zaktualizowalam posta. I nagle się okazało że są to ostatnie napisane na srajtfonie słowa,  ostatnie działania. Strajk totalny i wymówienie pracy w tempie natychmiastowym. Martwota. Totalna. Nie da się włączyć. Zrobiło się tak w ułamku sekundy.

Napiszę Ci Czytaczu, że przyjęłam to wymówienie ze zrezygnowanym stuporem, ot jeden nosorożec-patrz poprzedni post Czytaczu, zblakł i zmalał, ale za to ten drugi znienacka na mnie usiadł. Po kilku bezowocnych próbach, takich przypominających bezradne kiwanie przysiadniętą nosorożcem rączką,  już tylko siedziałam martwo wpatrując się w martwy sprzęt. Nie wiem jak długo. Pustka we łbie. Wszystkiego nagle mi się odechciało, paczka na rowerze od razu stała się nieważna, wybacz Kocurku, wszystko się stało nieważne i bez sensu.

Tak działa pani d., a mam nadzieję że nie znasz Czytaczu mocy zadanego znienacka przez nią ciosu. Miesiącami się po nim człek podnosi.

Ale. 

To moja dzielnica. 

Chcę  czy nie wypełniona jest w znacznym procencie znanymi twarzami. Jednych od lat mijam na ulicy, nie znam ich, po prostu regularnie widuję. Inni rozpoznawalni bardziej.  

I cud. Nie jedyny tego huśtawkowego dnia. 

- Dzień dobry. A co pani tak siedzi? Ma pani coś dla mnie?

Regularnie spotykam tę kobietę, ona w moim mniej więcej wieku. Psiara, kociara, babcia wnukom. Bezimienna dla mnie, tak jak i ja dla niej. Napotkana wielokrotnie przy okazji przeglądu śmietnikowych wystawek, a już przy pierwszym spotkaniu prosiła, że jeśli znajdę cokolwiek komputerowo-elektroniczno-komórkowego, to ona bardzo prosi żeby zostawić to dla niej. Syn potrzebuje, zna się, naprawi, wykorzysta, zużyje. Znasz Czytaczu mój stosunek do wyrzucanych dóbr. Dobrych dóbr. Wiesz Czytaczu że nałogowo oglądam przyśmietnikowe wystawki. Wiesz o garażówkach i dlaczego. Więc kilka razy komputer, komórka, e-bok, sprzęt do domowego multikina. Komputery były ze trzy. Chyba. Może więcej, od ponad roku zostawiałam dla niej fanty. Różne. Monitory, myszki, klawiatury i konsole do gier też. Nie wiem czy działające, pewnie niekoniecznie mimo niezłego wyglądu. Nachalna, nie przywykła do uprzejmości, nawet zwykłe "dzień dobry" jakieś takie trochę jak obelga, no ale bardzo jej zależało  na tych moich znalezionych fantach. 

A niech ma. Widać było że jej rodzina tego potrzebuje, tych paru groszy.  Nie każdy  lata do Mopsu czy wystawia łapę żebrzącym gestem, ogrom po prostu tego nie robi, radząc sobie przy wykorzystaniu umiejętności własnych i surowców znaleźnych. Złomiarze, ludzie zabierający wyrzucone drewniane meble, ciuchy, nawet domowe kwiaty, no multum ich, są też tacy co nie przepuszczą wystawionej żywności.  Bywa . Bardziej ten sposób mi przemawia do wszystkiego w organiźmie, niż dziedziczne etaty we wszystkich punktach pomocowych. Przecież z racji pracy w punkcie znam i takich tuptusi, etatowych, ich rodziny też etatowe w następnym pokoleniu. Oni niewiele umieją i nie chcą umieć poza wyciąganiem rączek. Tak to wygląda, obok naprawdę potrzebujących etatowe tuptusie. Część tych którym pomoc potrzebna ręki  nie wyciągnie, bo by im uschła. Wolą śmietnik.

- Nie mam. - nieuprzejmie nawet na nią nie spojrzałam, głowa nadal opuszczona,  głos z trudem opuszczał krtań. Cichutki. Stupor Czytaczu. 

- CO SIĘ STAŁO?!!!

Podniosłam bardzo niemrawo ważącą tonę rękę ze smartfonem. 

- martwy. - nie miałam sily na tłumaczenia.

- Pani to da. - właściwie wyłuskała mi telefon z tej podniesionej ręki - wieczorem oddam, wiem gdzie pani mieszka. Syn zobaczy.

Przesiedziałam jeszcze długo, z dwie-trzy godziny na ławce, było mi wszystko jedno, nic nie miało sensu. Gdyby nie futra to pewnie siedziałabym tam do teraz. 

Ale przez futra się  ruszyłam. Starczyło sił na ich obsługę i na nic więcej. Zasnęłam. W butach, bo po co ściągać? Paczka została na byle jak zaparkowanym pod blokiem rowerze, nieprzypiętym. Bo po co?

Wieczorem obudził mnie łomot do drzwi. Zombi otworzyło. Z dużym ociąganiem. 

- Ma pani. 

Telefon właściwie ciśnięty, i już zbiegała ze schodów. Bez pożegnania i wyjaśnień, bez czekania na jakąkolwiek reakcję, czyli syn nic nie zdziałał. 

Pani d. robiła co mogła, ale futra wymagają, więc tym razem mnie nie ululała. Ale zombi wlokło się po mieszkaniu, takie na chwilę przed ostatecznym zgonem.

Gdzieś tak tuż po dwudziestej pierwszej wzięłam w rękę srajtfona, odruchowo, odruchowo kliknęłam włącznik, tak zupełnie bezmyślnie. Jak to zombi. 

Jak widzisz Czytaczu srajtfon działa. 

I to lepiej niż przed zgonem. Da się  pisać bez połowy  problemów bo nadwrażliwość ekranu se poszła. Potem się okazało że tępota  nie całkiem, są flauty i nieczułości, trzeba kilka razy stukać w co którąś literkę, ekran nadal jest oddzielnie od reszty. 

ALE DZIAŁA. Nosorożec schudł i wyraźnie zmalał.

CUD. 

Od razu jak fala przyszło ożywienie. 

Co to ja miałam? Aaaa, pranie. 

Ale może nie maskotki, może te codzienne łachy, bo przy przedsennym rozrywaniu saszetek sosik poszedł  na bluzkę. Ileś tam innych łachów też wymaga. Teraz ściągnięcie pofajdanej, umycie się, pakowanie torbiszcza i będzie jazda. Kruca bomba, mało casu.  Paczka z roweru powędrowała do piwnicy, trudno, zapomniałam o niej. Potem. Wszystko potem. 

W laundromacie władowane brudy tym razem bez dodatkowych wsadów odwaniacza, niepotrzebny.  W przypływie brawury wrzucone w bęben noszone tekstylne buty i sweter. No dobra, włączamy. 

Zonk. 

Nie da się, dotykowy ekranik ustawiony na funkcjach administracyjnych, potrzebne piny i hasła, nie da rady tego obejść. 

To ożywienie po zombi kazało szukac drogi wyjścia. Telefon, BO MAM TELEFON, na wskazany na plakacie numer. Nie odbiera. Nie rezygnuję. Za moment SMS z tego numeru.  Administrator instytucji, nie może rozmawiać, ale pisać tak, może.  I sobie popisaliśmy, ja wciąż w szoku że MOGĘ tak prosto i łatwo. Pranie i suszenie zrobione bardzo sprawnie bez udziału nieczynnego chwilowo urzadzenia, zdalnie, co też jest swego rodzaju cudem, tyle Ci Czytaczu napiszę. 

Poprzedni post był słuszny. Polecajka właściwą. 

W suchych wypranych  butach i suchym wypranym swetrze dojechałam do domu grubo po pierwszej.  Słaba z emocji, ale w euforii. Dziś zaspałam, no trudno. Paczkę dopiero wniosę i rozpakuję. Bo dziś też się dzieje, już nie tak dramatycznie dziwnie, ale dzień pracowity i jednocześnie słaby. Przeładowany koniecznościami i zakatarzony. Bo może i był i jest upał, ale jazda ciemną dość zimną nocą bez czapki swoje zrobiła. Wszystko idzie niezbornie i niemrawo. 

No dobra, idę po paczkę.

Fot nie mogę wkleić. 

Nara Czytaczu

ŚRODA  i  CZWARTEK

Wczoraj i dziś. 

Z racji tego że wszystko wczoraj co po punkcie było rozlazłe, nie wyrobiłam się, do domu wróciłam późno i umęczona. Co po punkcie to takie było. Bo tam. No tam była orka. Ranne zaspanie spowodowało że pedałowałam bez opamiętania, byle zdążyć przed ósmą, lub chociaż chwilkę po ósmej. Sukces, udało się. I z marszu nastąpiła krzątanina i latanina, do jedenastej. Norma, tam tak jest, trzeba zapisać ludzi wydając żetony, trzeba posortować przywieziony z netto warzywny chłam, poczęstować czymś drobnym dobrym wpatrzonych w zajęte łapy oczekujących na wydawkę, potem wydawanie i sprzątanie po. Nie wygląda to szczególnie męcząco przy pisaniu, ale uwierz Czytaczu, bywa bardzo. I denerwująco. Wczoraj było do pewnego momentu do zniesienia, potem nerw mi strzelił na chamstwo, takie że nie przejdę nad tym chamstwem bez słowa.  Wczoraj, gdy chamstwo się  wykryło, jego sprawcy już se poszli, zaopatrzeni w dobra jak należy. Ofiary chamstwa nie. Ofiarom nie można robić kęsim, dla nich już zaopatrzenia takiego jak być powinno nie było, ofiary są ofiarami. Krzywda i dla mnie, nie dalo się  rozladować nerwa na winnych ale... Chamów i chamki dopadnę jutro. Bo przyjdą najprawdopodobniej, wydawki są w poniedziałki, środy i piątki.

Potem środa zrobiła się taka, że Czytaczu, aż mnie cofa przed opisem. Nic strasznego, tylko taka niezgrabna, niezborna, ze ślimaczącą się niemożliwie akcją pełną falstartów i poślizgów. Może dlatego że echo po wtorku,  może to że nie dało się naprawić krzywdy, cholera wie. 

To nie mnie skrzywdziło.

Ale. 

Nosz, jasna dupa 

To że pani d tak łatwo mi się w życiorysie zagnieździła częściowo zawdzięczam pracy. Dekady gdy NIC nie mogłam poradzić na cudzą dziejącą się w niej krzywdę, na krzywdę własną też niewiele mogłam. 

Więc do cholery, nigdy więcej praca w której szujostwo. Nawet drobne i nie wobec mnie. 

No, miejmy nadzieję  że rzecz się  uda naprostować w piątek. Chodzi o zasady, mają nie być szujowe. Chamów nie naprostuję, zdaję  sobie z tego sprawę, nie mam zresztą zamiaru, 

Rzecz polega na tym Czytaczu, że punkt działa dłuuugo. Był pod zarządzaniem kilku osób w trakcie tej długiej działalności, zmieniały się, tak jak adresy działalności. I zasady rozdawnictwa. Siłą wieloletniej tradycji chyba istnieją tam zapisy i żetony. 

Zapisuję rano nazwiska tych co przyszli, w kolejności takiej jak przyszli. I według tej kolejności, rzeczywistej powinni wchodzić i otrzymywać dobro. Zgadza się?

Nie do końca. Część przychodzących to grupa "specjalna", z rozmaitymi niepełnosprawnościami, oni za zgodą zarządzającego ojca są obsługiwani inaczej. Część z nich nie wychodzi podczas przygotowań do wydawania, obsługiwane są wg. klucza, jedna osoba "specjalna", jedna z zewnątrz, bez przywilejów. Ok. to jest, nie chciałabym widzieć blisko stuletniej babusi sterczącej pod oknem a przyszła trzydziesta. 

Przy zapisach, za kaucją w kwocie 2 zł wydawane są żetony-numerki, przy wydawaniu dóbr żetonik jest odbierany, dwa złote wraca do kiesy.  Tak jest w poniedziałki i środy. W piątek, dzień najobfitszy w dobra, kaucja za żeton-numerek wynosi 3 zł i jest bezzwrotną. Idzie na częściowy zwrot kosztów własnych punktu, symboliczne kwoty wychodzą wobec całości kosztów. Można też powiedzieć że symbolicznie się płaci za dobra otrzymane, symbolicznie choćby za te trzy bochenki chleba dostane w ciągu tygodnia obowiązkowo i zawsze. 

Nie wszyscy mają te drobne monety. Znaczna część ludzi przychodzi bo ogólnie nie ma. Więc nie wszyscy biorą żetony-numerki. 

Co daje wzięcie i zapłata za żeton? Ano, coś daje. Punkt obok chleba i warzyw kupuje i inne produkty. W ilości 40 sztu na ogół, coś, jeden raz w tygodniu. Nie musi, to jest dobra wola klasztoru że są te zakupy dodatkowe.  A w dniu wydawki jest pięćdziesiąt sześć zapisanych osób, z czego trzydzieści pięć miało na kaucję za żeton. Kumasz Czytaczu? Jasne jest, że te pięć sztuk czegoś dobrego pójdzie do osób wg. uznania wydającego, tym, co żetonu nie "kupili". Wszystko w rękach tak naprawdę wydającego. Bo jeśli wydajacy uzna, że zamiast paczki zakupionego mięska mielonego, bezdomny i niegotujący "żetonowiec" dostanie kupioną kiedy indziej puszkę gulaszu angielskiego, to na ogół wydający wie co robi. Nieżetonowiec nie zobaczy ani mięska, ani puszki. Chyba że wydający zadecyduje inaczej.

Nie ma wyjścia, takie zasady obowiązują od lat,  dobrze że choć część ludzi ma szansę na drobny luksus, bo takim właśnie "luksusem" jest te kupione 40 sztuk czegoś. Mięsko najpopularniejsze, ale i masełko. Albo kakao i mleko. Olej. Różnie. 

Pewnie że byłoby super gdyby każdy dostał, no ale co, dołożysz lub dokupisz Czytaczu? Tak tydzień w tydzień? Przez rok, dwa-trzy lata? Albo tak jak klasztor, przez te dzieści lat ?

Więc godzę się z żetonowym kryterium, zresztą one nie niezmienne, bo uwaga, jest np. kilku jaroszy. W dupie mają i konserwy i mięsko. Dostają coś innego atrakcyjnego, jeśli jest na stanie.

Ale. 

Żetonowe pańcie, takie etatowe w łażeniu po punktach, bliskie dostania praw emerytalnych z tych etatów, wypchnęły mi z kolejki kobietę w zaawansowanej ciąży i bezdomnego faceta. Łatwo zgadnąć że nie mieli na kaucję, stąd numerka nie dostali. "Wy na końcu, zawsze najpierw ci z numerkami". 

Może tak było te ileś lat temu. Teraz tak być nie może. Forsa może mieć znaczenie w większości spraw, ale nie może decydować o tym kiedy ktoś przyszedł.

I te ofiary stanęły grzecznie na końcu kolejki. Za takimi co to mi się nie meldowali. A ja pilnuję żeby ci co zapisani dostali przyzwoite porcje. Zawsze też daję odrobinkę mniej niż mogłabym, bo zawsze, zawsze ale to zawsze, przyjdzie ktoś kto nie zdążył przed wydawaniem się zapisać. Często głodny. I tak, oni też nie wyjdą z pustymi rękami, ale szans nie mają ani na mięsko czy konserwę, ani na wiele więcej niż pomidor z jedną pomarańczą. Najgorzej gdy taki głodny przyjdzie gdy nie ma już nic. 

Kobieta w ciąży dostała właśnie taki zestaw witamin. Bochenek chleba, jeden niewielki napój. Bezdomny ostatnie dwa nieładne banany, chleb, już bez picia. Po blisko trzech godzinach stania. Prowiant na dwa dni.  A wpisywałam ich po ósmej. Fajnie? 

Cała  środa była z pamięcią spuchniętych nóg ciężarnej, psiej rezygnacji w oczach bezdomnego. 

Duet pań Halinka/Reginka do przetrzepania. O ile to one. Nic to, będzie wrzask ogólny. Rzadko wrzeszczę ale na ogół skutecznie

Howgh.


Przeddeszczowe widoczki. Zdziśki z jasnogórskiego parku. Co jest, czemu blogger nie widzi większości zdjęć?













No i czemu nie mogę wkleić wiewiórro dla Kocurro? Ktoś wie?


JEST.  Dlaczego dopiero w piątek widać zdjęcia z czwartku ?  To tak teraz jest?



niedziela, 29 września 2024

Notatka 559 kanie i bo to całkiem lub trochę inaczej


Kłębiło, post ma pomóc. Post pisany dziwnie, częściami od soboty. Klecony kawałkami był do godzin nocnych niedzielnych.  Może ten składak jakoś się poklei w spójną całość. Obaczym. Zacznie go część pisana po powrocie z lasu. 

Zaskoczki są, potrafi być zupełnie inaczej niż się człekowi wydaje że jest. Zupełnie inaczej. Albo trochę inaczej, ale to "trochę"  zaskakuje. Ale o tem potem, najpierw leśnie.

W lesie byłyśmy dwukrotnie ostatnio, z drugiego bycia dopiero co wróciłam (sobota, wtedy pisane).  Przykra niespodzianka, co dziesiąta cykanka naprawdę zcykana, tyle tego wydawałoby się że napstrykałam, a tu niet, ani śladu po nich. 

Ale grzybki były, zostały zebrane zaraz będzie obróbka. Głównie kanie, odrobina maślaczków no i takie piękności. 


Prawdziwki, pierwsze znalezione w tym sezonie, potem doszło jeszcze trochę. Dziwnie było. Chłodno. Słońce chwilami świeciło, ale wyraźnie dając do zrozumienia że po letniemu to nie teraz. Trasy przemierzone wielekroć jakby krótsze. To zawsze tak, znane drogi stają  się krótkie, dłużą się te nieznane. Jak jest naprawdę, one krótkie czy długie? Nie ma w każdym razie błądzenia, ono tam gdzie chodzimy rzadko lub po raz pierwszy. A ta trasa na tyle często przemierzana że jej dwie główne części dostały nazwy, Kaniowisko i Aleja elektryczna. Ponieważ z aktualnymi cykankami jest fatalnie, więc trochę cykanek z wtorkowej wyprawy. Kapliczka była wtedy mocno zcykana i te cykanki z wtorku.  Ona leśna, ale też nie do końca, blisko plac po wyrąbanym lesie, blisko tory i ścieżka rowerowa. Ale prawie przy niej znalazłam prawdziwki. Czyli leśna. Kiczowata, ale taki to już urok kapliczek. 






Aleja elektryczna i posiad, Asia na padłym drzewie, ja na wyposażeniu Alei. 



Początek Kaniowiska, stąd cykanka, w sobotę masa, masa ludzi krążyła po lesie, widać parkujące samochody którymi zjechali na grzyby. 



Wycinanki po całości, dwa lata temu był tu las, parkingu przy szosie nie było widać, niższa cykanka jest wycinanką większej, samochodów szereg, ale nie wszystkie. Dużo przy drodze wzdłuż torów. I zawsze jakiś gdzie tylko da się wjechać.  I ludzie na rowerach. Jesienny najazd, naród ruszył na grzyby. Kaniowisko jednak i nam dało kanie.  Wobec ilości plątającego się luda wcale nie oczywisty fakt że wyprawa dała nam tyle grzybów że będę miała grzybne posiłki do środy, tak szacuję. Kanie już pożarłam, pycha. 

Wiesz Czytaczu że wcale nie trzeba ich moczyć w mleku? Ani taplać w jajku? Wystarczy umyć i opaprać mąką, mniej dobra co prawda zdejmujemy z patelni, ale za to więcej kani w kaniach. Solimy nie kanie a to czym opaprujemy, ma to znaczenie i dla procesu smażenia i dla smaku całości, tak jak ma znaczenie by smażyć blaszkowe grzybki najpierw blaszkami w dół. Powaga. U mnie tym razem była tylko osolona mąka na opłukane kanie, było ich na tyle że starczyło by opanierowanych klasycznie dla trzech żertych ludziów, w panierce mącznej dla dwóch, a dałam radę sama. No co, nie chciało mi się wyciągać suszarki a smażone da się utrwalić, w zalewie octowej doprawionej jak do śledzi. Też wybitna pycha, no ale przepadło, pożarłam.

Po raz któryś powtórzę że kanie można suszyć, całe mniejsze kapelusze lub cząstki dużych. Suszone zalewa się gorącą cieczą (wodą lub mlekiem), przykrywa się i po ostygnięciu smaży w wersjach jak dla świeżych. Troszkę inny smak, też pyszne. Sezon się zaczął, może uda się uzbierać tyle by nie dało się zjeść od razu i zrobić zapasy.

No. Sezonowa radocha obgadana, teraz opis tego co mną majtało. 

Wstrząsnęło mną zdarzenie sprzed  przed lasu. Mocno, i jak teraz oceniam zupełnie nieodpowiednio. No ale co zrobić. 

Przystanek nie mój, przy moim nie ma gdzie ani kupić biletu, ani nic innego, przynajmniej nie w sobotę przed dziewiątą. Ludzi malutko, powsiadali w autobus i tramwaj, rozleźli się ci co ich komunikacja miejska przywiozła, a nowych jeszcze nie ma. Sobota, ogólnie ruch nieduży. Mój tramwaj widzę, jest daleko, będzie miał jeszcze z dwa przystanki zanim dojedzie do tego.  Więc czekam ja sobie Czytaczu na tramwaj o właściwym numerku, samochody jakoś ciszej i wtem słyszę zduszony skowyt. Moje głuchawe uszka takie dźwięki potrafią wyłapać wyjątkowo sprawnie, no i wyłapały.
 
Pies, taki ze średnich większy, czarny, wisi przy pniu brzozy, podryguje a właściciel sobie stoi , pali papieroska i dosyć nerwowo się rozgląda.
No ******* powiesił psa!!!!!

Nie dowierzam sama sobie. Jeszcze raz zduszony skowyt i podryg psiego ciałka. No nie!!! 

Moj ryk "CO PAN ROBI!!!!" Zero reakcji. Odwrócony gość  jest do mnie tyłem. A pies wisi już bez ruchu, martwo. Bieg w poprzek pustej jezdni, szczęście że pustej, bo nawet nie spojrzałam czy coś nie jedzie. W biegu myśl, co najpierw, kop właścicielowi i wyrwanie mu smyczy, czy od razu do psa. Do psa!
Dwa kroki od celu pies oderwał się od brzozy. Cały i zdrowy, na niczym nie powieszony. Ułamany cienki konarek zwisał wzdłuż pnia, pieseczek się na nim uwiesił chcąc zyskać patyczek do rzucania. Patrzy na mnie już z ziemi, cały uśmiechnięty i oczekujący super zabawy, tyłek mu radośnie majta. Młody amstafowaty, te oczka aż się śmieją razem z całą szeroką paszczą. UFFF! Miałby zabawę gdybym wybrała z tego co najpierw kop właścicielowi. UFF.

Po krótkiej wymianie zdań (ja pełna ulgi, właściciel zdumiony) wracam znów w poprzek jezdni, wsiadam do tramwaju i cykam to co zaczyna posta, żeby opanować emocje. Po czym zaczynam się trząść, nie opanowałam.  Rozłożyło mnie w momencie. 

Ten ludny i grzybny las też był przetrzęsiony, już nie wiem dlaczego, czy to wciąż nerwy, czy może rzeczywisty chłód. Bo było chłodno, chwilami lodowato. Chyba się pochoruję, co przefatalnie świadczy o moim systemie nerwowym i odpornościowym. Niedziela mija i byla cholernie słaba, niewielką  pociechą gotowanie pyszności i futra. Przez taką duperelkę i leśny chłodzik.

Cykanka-wycinanka zaczynająca post dokumentuje pieska z panem. Niewyraźna bo z tramwaju i wycinana z wiekszej.

Nara Czytaczu. 
Wszystkie metody niealkoholowe zawiodły, pozostało mi tylko golnać sobie coś mocniejszego i łupnąć się spać. Bo jutro do roboty. Obym nie nawaliła.

To jeszcze donotuję tylko coś odnośnie tego że bywa inaczej niż myślimy. W piątek w punkcie jak zwykle było rozdawanie jadła. Wiesz Czytaczu o warzywach. Owocach. Myślisz sobie pewnie że same podstawowe? 
Niekoniecznie. Warzywa podstawowe owszem, ale było egzotycznie w owocach, taki rzut, zero krajowych.  Ananasy, figi, mango. A wśród produktów nie warzywnych trafiły się i ostrygi. 

Pisała R.R.




niedziela, 29 października 2023

Notatka 532 z niedzieli. Głównie cykankowa

Bo na inną brak mi sił. I czasu. A tu trzeba obrać grzybowe łupy, odwalić ważny telefon z przemyślanym stanowiskiem decyzyjnym, ugotować coś, bo od rana suchy pysk. Futerka nakarmione i oporządzona kuweta, ale wymagają nachalnie uwagi pańci bo od rana się szlajała po lesie, wczoraj bobusiowała, więc niech sobie ta pańcia nie myśli że dadzą spokój.  A pańcię tyłek po max wędrówce znów boli, jakby było mało że nie dał w nocy spać i że teraz nie da za bardzo myśleć. Tekst być może dodam później, po jakim takim obrobieniu się. I śnie. Trzy-cztery godziny to jednak za mało.













Detale leśne.










Droga powrotna. Słońce już zachodziło. Dopływy Warty chwytane przez hutę, Michalin, czyli jezioro powstałe przy wybiciu źrodła w głębokim wyrobisku gliny.
Las był  tych często odwiedzanych, Kręciwilk tzw. Tym razem poszłyśmy daleko, w okolice nigdy dotąd nie wizytowane. I pobłądziłyśmy, co spowodowało że wyprawa trwała ekstremalnie jak na możliwości mojego tyłka.  Powrót to piesza wędrówka na tramwaj, niby niedziela, ale na drodze ruch duży, przejazd kolejowy i roboty drogowe wciąż są, korkogenne. A autobusy jeżdżą rzadko. Dałam radę, czyli już nie jest tak źle jak było, ale...... Ała.








Tabletka przeciwbólowa zażyta, przystępuję do zajęć, tj. obierania grzybowych łupów (rydze, maślaki, trzy piękne kanie, trochę podgrzybków, i uwaga: hubanki), gotowania i myślenia co ja do diabła mam powiedzieć w trakcie telefonicznej rozmowy.  Futerka będą pomagać. 



Eeee, chyba tekstu wystarczy, co?

Pisała R.R.

Ps. Napiszę Ci Czytaczu, że jeśli tylko masz możliwość dotarcia do lasu to korzystaj, póki pogoda w miarę sprzyja. Na zapas przed ponurą porą. Bo zielono i kolorowo, pachnąco i kojąco. Nawet jak boli Cię coś tam, pobłądzisz i odwalisz za dużo kilometrów. Nawet jak las nie najpiękniejszy. Nawet jak grzybów nie będzie, nawet jak.... tu wstaw sobie co chcesz ale las odwiedź. Z szacunkiem i uwagą, on o tej porze jest genialny do odwiedzania. Genialny zresztą jest zawsze. Cykanek nastrzelałam moc, oczywiście że co dziesiąta znośna. Między innymi nieznośna  (może na szczęście że tak kiepska) to ta, gdzie cała połać lasu zaznaczona do wycięcia. Ogrom. Więc odwiedź las Czytaczu.