Czytają

niedziela, 10 maja 2026

Notatka 566 garażówka z wiewiórro na sweterro.

 


Z ponad trzydziestu cykanek blogger widzi niecałą jedną trzecią. Wrr.

Wrrr. Z trzy sztuki słusznie niewidziane, ale reszta?! Wrrrrr.

No trudno. Kij bloggerowi w oko. Stara maksyma wciąż aktualna, czyli 

NIE NAM SĄDZIĆ CZY LOS SZCZODROBLIWY,

TYM CO NAM DAŁ BĘDZIEM SOBIE RADZIĆ.

Jedziemy. 

Cykanka powyższa to ze stoiska naszego małego sąsiada w handlu wyprzedażowym. Miał własne, całkiem samodzielnie obsługiwane, pilnująca mama tylko pilnowała z pobliskiej ławki.  Debiutował i podobało mu się, wypytałam przy okazji cykania napisiku,  jakże samodzielnie wypisanego. 

A u mnie tak ogólnie






A tak szczególnie. I tu powinny nastąpić foty cudów od Kocurro, najpierw one, potem reszta, a na końcu cykanka odbicia w wielkiej szybie sweterka z wiewiórką na mojej osobie. 

Ale sorry, mam to co blogger pozwolił zobaczyć, nie znalazłam sposobu by dobrać się do tego, czego widzieć nie chce. Myślałam że chodzi o czas, ale nie jest to całkiem prawda, niektórych cykanek z wtorku nie widzi i dziś,  w niedzielę. 

Pamiętasz Czytaczu tego wielkiego psiura pranego w laundromacie? Tu nie mogę zwalać na bloggera, nie zdążyłam nawet wyciągnąć srajtfona. Po prostu on został porwany z marszu, jako pierwszy. Ledwo rozpostarłam płachtę, zdjąwszy psidło z ładunków na wózku, a już psi potwór był w rękach olbrzymiego gościa, rozmiar faceta jak najbardziej pasował do maskoty. I już z psem pod pachą mała negociacia ceny.  Poszedł, porwawszy w ramach obniżki małego pingwina do towarzystwa psowi. Pingwin chyba miał być psią zabawką.


To teraz wysypię to cykankowe co blogger daje wysypać i co do wysypu jako tako się nadaje.. Opis potem. Bo znów do akcji. A nie zdążyłam ani zjeść, ani, co gorsza umyć się jak należy, a tu znów coś trza. No, toboły wdźwigane, futra nakarmione, ten drobiazg napisany i wypita dla przytomności kawa. 








💢


Już z powrotem w domu. Dlaczego w złachaniu po garażówce jakieś akcje? Ano dlatego, że specjalnie na imprezę przyszła znajoma z prośbą. Drobną, ale zapowiadało się że jej spełnianie spowoduje że szybko talerza z żarłem to nie zobaczę, a powrót do chałupy to około północy. Bo Czytaczu, ona gada. Przekochany człowiek, co doceniam bardzo, i nie tylko ja, ale czas w jej towarzystwie to rzecz deficytowa. Chodziło o duperelę, a ona jest z tych cudnych ludzi którzy dbają o zwierzaki. Bezdomne, lub złedomne. Koty, psy, jeże, gołębie. Więc wiadomo, ta duperela to dla dobra fauny , nie odmawia się zrobienia takiej dupereli. O koty chodziło, żeby opatrzeć strzegącym napisem wystawioną przez panią M. budkę-karmnik. Prosze bardzo, mogę. Pani M da farbę, moje pędzelki.  Trzy literki, tylko trzy, no ileż to zajmie, kwadrans? Nawet nie. Ale nie z panią M takie numery, newer. Cel to kocia budka, z panią M wędrówka okrężna przez pół godziny, samotny powrót niecałe dziesięć minut. Do domu powrót, szłyśmy spod jej bloku te pół godziny, a do niej szłam sześć minut. Cała pani M. 

Na bezczela (bo w brzuchu warkot lada chwila, bo niedomytam, bo lecę z nóg), nie słuchając pani M, gdy dokarmiane koty jadły namazałam ten napisik na daszku budki. Moment, działanie spokojne, nawet nie spłoszyło koteczków. Nie uchroniło by mnie to przed dłuuugim wieczorem towarzyskim, ale cudek z tych spodziewanych, trafił się pani M,  gdy mazałam napisik TOZ, znajomek do rozmowy.  Pooszło, gadu-gadu na całego. Łaska boska, wcinać się do cudzych razchaworów niegrzecznie, więc łatwo tym razem sprułam. 

I tym sposobem gotują mi się ziemniaczki na późny posiłek, a ja ci tu bazgrzę Czytaczu. 

💢
O garażówce. 
Bardzo mi przykro Kocurku, nie da rady wkleić cykanek przysłanego dobra. One są wystawione wszystkie, ja w wiewiórczym swetrze, a  dokumentalnych cykanek blogger nie widzi. Może jutro zobaczy, ale nie liczyłabym na to. Bo widzi tę późniejszą, z powrotu. Znów dwie z dziewięciu.  


Ta druga nieudana. Na tej, ta dziwność na pierwszym planie to wierzch wózka z wiezionym do chałupy dobrem. Alejami, a co. 

Te cykanki z widokiem ogólnym stoiska dokumentują stan zaraz po rozłożeniu. Co zniknęło w torbach i rękach odwiedzających galerię, było zaraz zastępowane. Dużo zawiozłam, nikło ubyło. No, pies-monstrum zrobił różnicę. Naprawdę  był wielki.

Co sprzedane?

- maskota psa, pingwinek
- ptaszorek od Kocurro
- komplet obrazków ubabranych w fiolecie i wrzosie, cztery wąskie blejtramy,  fragmenty gałęzi sosnowej po odpowiednim ułożeniu (pion, poziom, pion, poziom, poprzesuwane to) dające cały obraz 
- misio
- jeżyk
- jeden z hipopotamów
- trzy talerzyki w róże, te mniejsze
- wiklinowa kula-koszyk
- jedna z kiecek, udawany Versace, druga jeszcze jest. 
- dwa ptaszki z modelarskiej żywicy.
- delikatny i niezwykle twarzowy naszyjnik, na cieniutkich czarnych ni to żyłkach ni drucikach koraliki, takie jak pokazuje Tabs, czarne z tęczowym błyskiem, rozmieszczone rzadko. Wyszła z kombinacji tych żyłek i nielicznych koralików pajęcza koronka. Poszedł do chętnej zaraz po psie, stoisko jeszcze nie było w pełni gotowe.

Chyba to wszystko. Najdroższy z tego interesu pies. Zarobek średni, bywało i dużo gorzej i dużo lepiej.


Jak było? Mało ludzi. Ograniczenia wprowadzone przez galerię nie służą imprezie. Nie można biżuterii, wszystko co wystawione to nielegal, taki nielegal był na prawie każdym stoisku. Nieliczne nie miały. Chłopczyk z napisem, gościu  z częściami samochodowymi, ogólnie nielegalu biżuteryjnego nie miewali ci wyspecjalizowani inaczej, ale pana z wyłącznie  biżuterią sztuczną nie było. On byłby nielegalny po całości. Szkoda, miał cuda.
Nie można rękodzieła. 
Rozmiar stoiska ograniczony, ich liczba też, 

To nie służy imprezie, tak samo jak zamknięcie w jej trakcie głównych wejściowych drzwi. Od parkingu ludzie wchodzili.  Przez jakieś półtorej godziny tak było, musiało zagrzmieć awanturą żeby te cholerne obrotówki uruchomili.

Więc ludzi nie tak dużo jak być mogło. Dodatkowo imprezy inne w mieście, targi ogrodnicze na przykład, czas komunii. 

Jak na tak mało ludną garażowkę to ogólnie źle nie było, tak twierdzę  ja. Ale Asia cała zdegustowana, dziś ona łapała miejsce, i to co się działo przy tym łapaniu wstrząsnęło nią. Sam stres. Nic miłego być popchniętą prawie do wywrotki, niemiło też widzieć jak pchający się cham zrzuca z wózka "konkurencji" skrzyneczki z porcelaną. Niby nie chciał, no ale czego się  spodziewał przy siłowym pchaniu w ludzi metalowego stelaża, takiego na kółkach, takiego na ciuchy. 

To jest problem Czytaczu, ci pchacze. Asia mówi, że nie wie czy będzie jej się chciało być na następnej. 

I tak to było.
Ziemniaczki ugotowane, pisała R.R.

Ps. Poniedziałek. 
Zaspany, z głową pobolewajacą. Nie bylo punktu, nie zdążyłabym dojechać na czas. Nie dałabym rady, bo do bólu łba dochodzi błędnik, Nic to wielkiego te dolegliwości, żyje sie z nimi i pracuje się z nimi  normalnie, gorzej z jazdą na rowerze, skojarzona z nawalajacym błędnikiem... no nie wiem.. I zaspałam, już prawie ósma.  Telefon. Na szczęście akurat dziś moja niedyspozycja nie jest wielkim problemem. Taki traf.  Więc poniedziałek bąbluję, zaliczywszy miły telefon (mila Rabarbaro, tekst proszę, MMS u mnie nie działa, mail, ten przy blogu też działa). Jutro też będę bąblować. Legalnie, całodziennie, we wtorek  punkt nie działa. Zapadly palac wszedl na poważnie. Może jutro rynek? 

Cykanki z wyjścia, chciałam sprawdzić co z wczorajszym rękodziełem, czy futerka nie rozmazały. Spróbuję pokombinować z nimi, trzeba. Nacykalam serie upiornie liczne, blogger nie widzi żadnej. No żadnej. Wrrrr.

Są. Cztery z trzydziestu. Napis TOZ widać, jedno z trzech okolicznych poideł ustawianych przez panią M. I dwa obrazki z parczku w którym siedzę.






Co robię źle? Dlaczego tak z tym cykaniem?.
Ktoś wie?

Ps.

. Dziś w środę po siedemnastej blogger  łaskawie pozwolił sobie zauważyć i pozwolić na jej wklejenie cykanki dokumentującej sweter. Pytanie dlaczego widzi tę pierwszą ze swetrowej dokumentacji, najbardziej pokracznej z racji uciętej głowy i podgiętych fikuśnie nóżek. Nóżki podgięte są na wszystkich trzech, odbijająca mnie szyba była za krótka, ale na pozostałych łeb jednak mam. Na co nie ma dokumentacji akceptowanej przez bloggera.  Musisz niestety uwierzyć na słowo Czytaczu, także i w temacie wiewiórro. Że to on na sweterro.



I co, mam się cieszyć z tej jednej jedynej?  Kalekiej. A gdzie reszta?!!!! Na szczęście chociaż nie gubi tego co już raz zobaczył. Wiewiórro.


I  znów akcja, pani M. dzwoniła.

12 komentarzy:

  1. Tu mla, za cholerę nie mogę się zalogować. Widzę że się działo. 8-D

    OdpowiedzUsuń
  2. Byłam też i u Cię. Śliczności-cudnosci pokazałaś, a przyjrzę się porządnie jutro, dziś już mnie nie ma, padam

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja mam nadzieję, że się uda zdjęcia dokleić jak w poprzednich wpisach. To coś jest chyba z pozwoleniem do dostępu do zdjęć. Ja klikam zawsze w telefonie że nieograniczony i że zgadzam się na wszystko XD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O nic mnie nie pytało i nie pyta. Może dopiero będzie. Oby.

      Usuń
    2. No, udało się, za trzecim razem blogger łaskawie zalogował. Romi Ty toczysz wojny smartfonowe, mła walczy z bloggerem w roli smoka. Napis wyszedł aligancko na tej zaTOZowanej budce. Nie było xle, utarg zawsze jakiś jest. Mam wrażenie że zarzundzającym garażówki jakimś gnatem w gardle stoją, naprawdę zdziwnie się zachowują. Zaspaniu i błędnikowemu szaleństwu się nie dziwię, dziś pogoda typu dobij mnie. :-/

      Usuń
    3. Garażówki. Sponsor imprezy, miastową gazeta, chyba nadmiernie przywiązany do galerii. Bo te pomysły lokalodawcy, to takie, jakby chcieli się pozbyć imprezy.
      U mnie dziś pada, jak świetnie!

      Usuń
    4. U nas nie organizują nic takiego, dlatego pozostaje mi wystawianie na jakiś olxach i vintedach. A szkoda, bo rzeczy za takie grosze to na Vinted z wysyłką nikt nie chce... Ehhh

      Usuń
    5. Kocurro, u Ciebie może I nie ma, ale pytania podstawowe.
      - czy jest w rodzinie lub wśród znajomych samochód z życzliwym kierowcą?
      - jak wygląda transport publiczny do Lublina?
      Bo w Lublinie są, a jakże, na placu pod zamkiem, dwa razy w miesiącu. U mnie jeden raz i na ten jeden raz przyjeżdżają ludzie spoza Cz-wy, czasem z daleka. Także spod miasta, autobusami lub pociągiem, z lekkim towarem w walizkach. Więc tego, spróbuj. To nie jest nic trudnego, sam żywcowy handel. Zapisy u mnie też nie.

      Usuń
  4. Może trzeba najpierw zdjęcia wgrać a potem tekst dopisać. Ja tak robię w sumie XD

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie o Kocurro, blogger po prostu nie widzi cykanek, jest tekst czy go nie ma.

    OdpowiedzUsuń