Jadzia wcale nie jest Jadzia. Ma inaczej, nie mam upoważnienia, więc historyjka musi zawierać zmyłkowe imię, podobne w brzmieniu do zdrobnienia właściwego imienia. Nie da się jej rozpoznać po tym że siedziała ze mną w ławce przez pierwsze trzy lata podstawówki, że mieszka z mężem, jedną z córek i jej mężem oraz wnukami w domu gdzie wciąż rządy kuchenne sprawuje teściowa. Rządy do nie tak dawna mocno tyrańskie, poza tym złota kobieta z teściowej, każdemu życzyć takiej w rodzinie. Po teściowej też podejrzewam że nie da się rozpoznać Jadzi, więc piszę dalej.
A piszę, bo wiąże się to co od niej usłyszałam z tematem chudnięcia. I kapuścianki.
Wpadłam na Jadzię jakiś czas temu, w Biedronce. Baaardzo zeszczuplała. Oczywiście że wśród tematów rozmaitych pojawiły się powody chudnięcia i mojego i jej. U niej było tak.
Jej samej nie zależało na wadze, wżeniła się w dom gdzie chudych nie było nigdy, co tłumaczyli sobie genami. Tylko że jej mąż osiągnął ciężar i obwód takie, że jedni lekarze pchali go na operację zaszycia żołądka, inni twierdzili że serce ma tak obciążone że nie da rady, nie zaszyją. Zawał możliwy w każdej chwili i od byle czego. Szwankowały i inne składowe organizmu, koniecznie musiał schudnąć. Nie wychodziło. Wcale a wcale. Z mozołem zrzucone kilo a za moment przybrane dwa.
Wcale nie lekarz poradził kapuściankę, za to od jednego z doktorów chłop usłyszał że na dietę powinni przejść wszyscy, cała rodzina, fakt, u wszystkich było dużo za dużo. No dobra, w kupie podobno łatwiej, poszli na to, zdaje się że lekarze wszystkim truli o koniecznej utracie ciałka. Tylko że były rozbieżności co do tego jak dieta ma wyglądać. Stanęło na zupce która nie wydawała się odrażająca dla nikogo. Kapuścianka. Przeżyli. Kilka prób diet i powrót do zupki. Najbardziej podobno do wytrzymania.
W ich wykonie to wyglądało w końcu drastycznie i bezlitośnie, cztery tygodnie wyłącznie na kapuściance, trzy na normalnym jedzeniu i z piwem, do którego zdaje się że wszyscy tęsknili, i tak na zmianę, przez rok. Bez ulg w postaci świąt i imprez, żadnych. Urodziny w kapuściane tygodnie? Nie ma tortu, nic nie ma poza kapuścianką w ilości dowolnej. Tort odkładany na czas bez kapusty. Wigilia? Kapuścianka jest postna. Itd. Planowanie wyjazdów tak, by były w tygodnie bezkapustne, zero czegokolwiek innego poza wodą, zero cukru, dietetycy zalecają do zupki owoce co prawda, ale nie wiem czy oni jedli, nie dopytałam. W następnym roku było stopniowe skracanie kapuścianych tygodni, teraz jest jeden tydzień na osiem normalnego jedzenia, dorośli pięknie schudli wszyscy, dzieci podobno mniej, ale też miały możliwość dopasienia się np. w szkole, podejrzewam że korzystały. Chłopisko Jadzi zjechało ponad osiemdziesiąt kilo, sukces, nie trzeba już koniecznie zaszywać żołądka, serce zdrowsze choć ślady po wieloletnim obciążeniu są. Mocno złośliwie ale na prywatny użytek zauważam, że jeśli prawidłowo kojarzę który to chłop jest jadziowy, to jeszcze mu nadmiaru do zrzucenia zostało. Sporo. No ale naprawdę był ogromem, chodzącym niechętnie i z reguły to widziałam go szczelnie wypełniającego miejsce kierowcy w samochodzie na sklepowych parkingach. Bardzo szczelnie. Nie podzielę się tą myślą z Jadzią, to co już stracił z siebie wagowo zrobiło by solidnego odrębnego ludzia noszonego na własnym kręgosłupie. Zrzucił go, sukces ogromny.
Powiem Ci Czytaczu że Jadziowa rodzina mi zaimponowała, pogratulować konsekwencji, ale i łapać się za łeb że wytrzymali i im nie zaszkodziło. Trzy lata dla mnie horroru a jedynym wyraźnym skutkiem ubocznym jest unikanie kapusty w czas bezkapustny. Bardzo staranne.
Dlaczego nie znam chłopa koleżanki?
Bo to było tak.
Moje niepewne"Jadzia?" Prychnięcie i gniewne "to jednak mnie znasz?". Osłupiałam. I to chyba bardzo było widać, bo po chwili było "tak, to ja. Ty chyba naprawdę mnie nie poznawałaś" I rozmowa kulawo i niemrawo się potoczyła, przy czym okrągłe oczka mrugały mi ze zdziwienia (jak to? Ona mi mówiła "cześć"?! A ja nie poznawałam?!! Jadzi?!! Niemożliwe.), a usteczka przepraszały. Okazało się że rzeczywiście czasem mówiła mi cześć, ale nigdy nie skojarzyłam że to moja koleżanka, przez cale lata brała to za moje wybitne chamstwo. Nawet czasem odpowiadałam, rozglądając się czy to "część" to do mnie, ale zawsze niepewnie. Czyli chamica, tak myślała. A potem było "no widzę że też schudłaś". I wtedy było moje mało taktowne "Aaaa!". No tak. Jak niby miałam rozpoznać dziesięcioletnią cieniutką jak szczypiorek dziewczynkę-drobinkę w dużej ludzkiej kuli? Obca mi zupełnie baba. Taka duża. I miała nie swój kolor włosów na dodatek, nie znam takiej ryżej.. Ohyda, rzadko komu jest ładnie w czymś co elegancko określa się jako "truskawkowy blond". Większości bab powinien być zakazany.
I miala pretensje. I ma. A ja tu się zastanawiam dlaczego jej nie poznawałam, przepraszam nie wiadomo za co. Wyrypałam, że za cholerę nie była do rozpoznania, że teraz tak, wtedy nie. Chwila milczenia, uśmiech i w końcu zaczęłyśmy nareszcie po ludzku-babsku gadać, streszczając życiorysy. Stąd nie znam jak na razie chłopa Jadzi. Z widzenia owszem, duuża sztuka.
Szczerze? Jadzia teraz jest Jadzią, da się skojarzyć z tą dziewczynką która podpuściła mnie skutecznie do rzucania jajkami z dziewiątego piętra w ludzi na przystanku (jej tyłek był sklepany, mój kary uniknął). Która chodziła za moim podpuszczeniem razem ze mną po schodowych blokowych poręczach, od parteru po strych na jedenastym piętrze (mój tyłek oberwał). Dobrze jej zrobiło to kapuściane, nie jest szczypiorkiem, jak już tak warzywnie to podobna bardziej do pora, nadal solidnego pod względem długości i wcale nie cherlawego. Ładna jest, i widać że ma oczy, też ładne, co w wersji kulistej nie było takie łatwe do zobaczenia.
Ale czy każdy pulchny powinien schudnąć? Niekoniecznie. Jadzi tusza szkodziła na urodę i wszystko, ale ja? Uważam że chuda zbrzydłam, taki trochę pies shar-pei się ze mnie zrobił. Trochę, fałdami skóry nie powiewam, ale widać że są. Tak myślę że jeśli we własnym ciele człek czuje się dobrze, nic nie szwankuje i lekarze nie naciskają, to nie ma powodu by na siłę się odchudzać. U mnie było tak że wytykali, kazali, grozili, jeden mi powiedział że przy takiej tuszy to nic dziwnego że nogi mi puchną i są problemy z układem limfatycznym. Limfatycznego nie leczą, a ponieważ Doppler nic nie pokazał to puchnięcie nóg jest spowodowane otyłością. On tego leczył nie będzie, mam schudnąć.
I co? Schudłam, wtedy nie dało rady, potem się samo zrobiło, bez mojego świadomego udziału. Nie mogę powiedzieć że teraz nogi mi nie puchną. Bywa w upał, i to tak dramatycznie jak przy wadze największej. Wszystko wykluczone, Doppler nadal nic złego nie pokazuje. Zwalam na układ limfatyczny, u mnie większa waga nasilała problem, ale on zawsze był, od dziecka, objawiać się może i tak, a nadal nie leczą. Upały układowi limfatycznemu nie służą, wariuje przy nich, puchnie się łącznie z powiekami, niska temperatura też niezbyt korzystna. Tyle wiem po kilku dziesięcioleciach, wiem też że z tak lekka skancerowanym da się żyć, bywają większe problemy. Prawda, tusza nasila, lecz słabszy kłopot i przy chudości jest. Czyli przy odzywce że czemuś winna waga trzeba się upierać że jednak niekoniecznie. Bo rzeczywiście niekoniecznie.
Jakie korzyści z chudnięcia? Lżej. Jakby sprawniej. To niewątpliwe, reszta korzyści dyskusyjna, przynajmniej u mnie, bo Jadzi i jadziowej rodzinie zrzutka wagi zrobiła zdecydowanie dobrze.
I nie wiem, chude teraz piękne. Hmmm.
Pisała R.R. ilustrując posta twórczością Jacka Pałuchy, on czasem używa ludzi o słusznych gabarytach. Panie i panowie. Różni.























































