Zdaje się że mój urlop od netu jeszcze potrwa.
Musi być o nosorożcu, głównej przyczynie netowego postu, ale zanim o nim to:
Dzialo się paskudnie, a ponieważ piszę jakbym brukowce łupała, aż mnie odrzuca od opisów paskudności. Nie dość że każda litera wymaga wklepania z mozołem to jeszcze ma opisywać jak bylo niefajnie? Pamięć też wierzga, było wrednie i ciało przy wspominkach od razu musi jeszcze kasłać i może by poleżało. Więc niechętnie bardzo, chętnie napiszę tylko że Jacuś już w formie i szaleje.
Ale jednak trzeba, a niech to.
No dobra, bylo wrednie, długo i boleśnie, bo wirus typu A, jest nietypowy, nie kojarzy się w sposób oczywisty z grypą, bardzo łatwo zlekceważyć co zrobiłam oczywiście. Nie ma początkowo przez dwa-trzy dni objawów grypy, jest ból głowy, ból mięśni i ciśnieniowa i błędnikowa huśtawka, po co do czegoś takiego antywirusowe leki? Przeca to migrena, nietypowa trochę, bo boli cały łeb i człowiek, przeciwbólówka wystarczy... A nie, nie migrena i nie wystarczy, wirus zawitał i trzeba naproksen jakiś lub cos innego antywirusowego bo grypowa reszta z cholernym kaszlem przychodzi gdy wirus się rozbuja i ciężko dziada wybić. Tak było u mnie, ale tegoroczne wirusy nie u każdego takie. Wredna cholera to jest, na szczęście za mną. Mniej szczęśliwie że skutki wredoty są długotrwałe. Błędnik. Ciśnienie. Słabizna. Jeszcze kaszel. Jeszcze mniej fajnie że teraz z zarazą motają się Bobusiowie. Dla jasności napiszę że zaraza złapała ich bez mojego udziału, Bobuś już wyszedł z niej ale kaszle razem z Beatką i Dzieckiem. Koncert okropny.
I trzeba napisać że.
W ramach umileń to Jacuś akurat wtedy gdy grypsko się w pełnej krasie pokazało uznał że on sikać to nie będzie. No super. Jak sobie przypomnę tę półprzytomną jazdę rowerem z Cackiem to myślę że rodzaj cudu nas spotkał. Bo Cacek został na dwanaście dni u weterynarek. Z litosci został, tak podejrzewam. Nie wymagal cewnikowania, po prostu zaczął sikać mało i krwawo, kolejny raz. Nowością bylo szarpiące serce biadolenie w kuwecie, raz zapłakał i w transporter transporter w gruby ręcznik i na rower, i jazda. Kurde, w lodowatym deszczu, zacinajacym ze wszystkich stron bo wietrzysko wtedy oszalało, ja już z gorączką i z lekka nieprzytomna, on drący się jak nie wiem co. Albo piszczący. Jedzie się z dwadzieścia minut przy dobrej pogodzie, wtedy rowerem miotało i pół drogi jechać się nie dało. Super czas sobie wybrał na chorowanie, doprawdy, to że miesiąc grypsko u mnie szalało to dzięki Jacusiowi. No ale wyleczony, rozpieszczony. Cudowne kobiety, uratowały przy okazji i mnie, bo za cholerę nie dałabym rady dowozić kota codziennie na kroplówki. Już ten pierwszy raz był wyczynem. Kasę im jeszcze wiszę, wdzięczna im jestem niezwykle.
Jacuś zostawił po sobie u nich bardzo dobre wrażenie, ach jaki łagodny i grzeczny, ach jaki mięciutki, ach jaki przytulas i mruczuś, no cuduś nad cudusie. I jak ma ładnie na imię i jak reaguje i słucha. Na szczęście na poważnie wzięły ostrzeżenie że to dla innych futer CHUPACABRA, był sam w wypasionej klatce więc nie doszło do incydentów gorszących. Są w Jacusiu zakochane, wcale się nie dziwię, jak nie pokazuje się od strony CHUPACABRY można, sama jestem.
I jeszcze trzeba napisać że Rysia i Feluś byli balsamem i okładem, zalegali przy mnie (i niestety na mnie) niezwykle wiernie i to zaleganie im zostało. Co niepokoi, bo tra la la wiosna, a tu miśki tak łóżkowe. Nie mam sily i kasy ale cholera, przydałby się przegląd i ich. Ludzkie wirusy, może ich zahaczyły?
To się działo przez ostatnie dwa miesiące. Odwyk od netu całkowity, bo gdy jaka taka forma to mogę się z nosorożcem bujać, niechętnie, ale choć odrobinkę, ale gdy formy nie ma to niech nosorożec buja się sam.
Cholera, pięć dni ten tekścik dlubałam.
Jutro garażówka.
Na razie starczy.
Pisała R.R.
