niedziela, 17 maja 2026

Notatka 569 obchód ksiegarni. Empik.

Nie wiem jak do ciężkiej zgryzoty mam zilustrować tego posta. Blogger widzi mi jako najnowsze nieliczne cykanki z dziesiątego maja. A mamy który? No właśnie. Kombinacje. Cykanki w album, wołamy album i wklejamy co jest. Ale tu też prosto nie ma, potrzebne czystki by zechciał taki albumik zobaczyć, na otwarcie czeka się  długo,  no i już wiem że może zawierać maksimum sześć cykanek. Jak więcej to kicha, jeśli taki albumik otworzy to widzi z niego pół zamieszczonych cykanek. A może go wcale nie otworzyć. Syzyf miał łatwo.


Post jest efektem wędrówek po rozmaitych księgarniach. Jednym antykwariacie, empiku, Dedalusie, Świecie książki, Ptasich sprawkach. Ominięte jak na razie księgarnia dla biegaczy, inne antykwariaty i punkty podobne Dedalusowi. 

Empik.


Pierwsza pozycja cykankowa to autor który mnie kiedyś zachwycił. Czym? Prostym bezpośrednim językiem, tym że nie robi za wszechwiedzący autorytet rozróżniając co wiemy na pewno, a co ma tylko postawioną hipotezę. Temat książki  nie był dla mnie nowy, ale przedstawiony tak, że ochy i achy się mi wyrywały, bo podłożone pod nos tezy zebrane łącznie wyjaśnialy więcej niż wszystkie przeczytane wcześniej pozycje. A parę ich było.  Tak odbierałam nowego dla mnie autora. Link.


No cóż, po przekartkowaniu i podczytaniu obszernych fragmentów  ("przepraszam panią, tu nie czytelnia") stwierdzam, że to się nie zmieniło, nadal prosto, może nawet za łopatologicznie dla co niektórych pisze. Dla mnie to zaletą, wolę prostotę wypowiedzi. Za krótka niestety była to lektura, ale i tak brewka mi podskoczyła w górę z tytułu zaskoczki. Więc książka pod obserwacją. Nie  kupię jej jednak, wypożyczę. Bo. Patrz komentarze do posta Czytaczu.

Ale pogoniona z racji podczytywania wcale sobie z Empiku nie poszłam. Nowa seria o zwierzakach. Taka bardziej dla tych świeżo zainteresowanych fauną, ale może być interesujaca, przyznaję. Otwarta książka o głupich robakach akurat na pająku bagniku, przeczytane o nim i zaczęłam się rozglądać czy nie ma tego więcej. Są. Najpierw ta o owadach. 






I tu jest wielka krzywda Czytaczu,  tekst po opublikowaniu posta robi się nieczytelny.
Ja na własnym srajtfonie przeczytam bez problemu, Ty Czytaczu już niekoniecznie.  Jeden robak znany, nieliczne domy go nie gościły, drugi to potencjalny młot na wędkarzy bo jego opis daje informację taką,  że kilkudniowy kac po wędkowaniu połączony z biegunką i wymiotami, to nie kac. To skutek ukąszenia przez bagnika. 


Potem ta o ptakach. 








Przegląd  poważny powyższej, i niestety, dziwa te książki opowiadają, ale po pierwsze wcale nie o wszystkich ptakach Polski, po drugie. Te przekręcania nazw, czy autor naprawdę musi? Jakby same nazwy ptaków nie były wystarczająco dziwne. Drozd ma taryfę ulgową, inne nie. Przy owadach zaakceptowałam manierę, przy ptakach zaczęło uwierać.
Brak mi przy ptakach jeszcze czegoś, na końcu nie ma porządnego indeksu, ciężko znaleźć poszukiwanego stwora. 
Ale  jest jeszcze taka.






Tu już zarzuty mimo wszystko większe. Opis  dzika, ten co go nie widzisz, to licentia poetica autora, popłynął.  Z tekstu wiesz drogą wysnuwania wniosków, że
- coraz cześciej goszczą w miastach,
- są wszystkożerne, 
- samce potrafią  byc ponad dwukrotnie cięższe od samic, oni 320 kg, one 140 kg. Tak może być. 
Wszystko powtórzone na prawej stronicy.
Tam ponadto informacja ze 
- długość ciała od 90 cm do 160 cm.
Że wiosną i wczesnym latem są warchlaki (czyli młode), że jesienią intensywnie żrą gromadząc na zimę warstwę tłuszczu. Najlepiej omijać zawsze,  a już na pewno w okresie wiosenno- wczesnoletnim, gdy w stadzie są warchlaki. Nie karmić, nie oswajać. 

Niedosyt Czytaczu. Ale patrząc obiektywnie, to jest książka zawierająca w sobie wiedzę o rybach, ptakach, gadach, ssakach z podziałem na środowiska, dla początkujących. 

Są  też domowe stworki. Czy ten opis ukochanych pasuje?








Ufff. Co mnie podkusiło!!!! No trudno, już tyle z mozołem, że szkoda rzucić, popcham dalej. 


Ogólnie to te książki tak ładne, że przyjemnie popatrzeć, potrzymać, poczytać w końcu. Uwierz Czytaczu, te teksty na plamach to autorski wymysł srajtfona i programu do obrobki cykanek. Musiałam wyostrzać w nieskończoność byś mógł poczytać na brudnym tle to co w książkach na śnieżnej bieli. Co do treści serii, to da się znieść manierę pisania, jest konsekwencją słowa "głupie" w tytułach. Dla początkujących w zwierzoznawstwie jak najbardziej polecam.

I jeszcze takie ładne.



Kamil Janicki pisał, co samo w sobie może być rekomendacją, wziąwszy pod uwagę jak i co mówi w necie. Przejrzałam tę o Słowianach, za krótko, ale może  dopadnę w bibliotece. Ważne że przegląd  nie wykrył śladu Księstwa czy Cesarstwa Wielkiej Lechii, to już cenne. Dobry język, czego należało się spodziewać.

Tu już gościu od "przepraszam panią, tu nie czytelnia" zaczął  robić numer rekini, krążąc obok mnie z denerwującą częstotliwością. 

Więc chodu. Nie lubimy rekinów. 
Ale jeszcze złośliwie zcykałam regały do przeglądu przy następnej wizycie. A co. 







Dlaczego takie akurat książki? Gdzie fantastyka, kryminał, obyczajówka? 

Tam gdzie zawsze. Wizyta w Empiku była spowodowana chęcią zakupu mądrego przewodnika po roślinach rodzimych, brak mi takiego. Owszem, mam potworne tomiszcza z tytułami np. "Rośliny naczyniowe Polski", ale one nieporęczne z racji rozmiarów zbliżonych do połówki bloczka ytong, wagi na pewno większej. 

Nie bylo jej na regale który powinien tę szukaną książeczkę zawierać. Misz-masz zniechęcający ten regał. Co prawda dziwa na nim, obok książek o robótkach, hodowli gołębia domowego i budowie kominka, takie np.





Za to ten obok, z Panem Harari na czele....
No i pooszło oglądanie. Gdyby nie rekini ekspedient, pewnie byłoby więcej o treści widzianych.  Może  jeszcze inny regał.

Wizyty w książkowych sklepach, bo strasznie, ale to strasznie już mnie ciągnie do kupna książek, wbrew finansowym nosorożcom. A tu jeszcze nie, jeszcze dłuuugo nie będzie to mądre,  więc sobie oglądam. Na zaś. 

Ale gdyby był poręczny i niedrogi przewodnik po roślinach... Mógłby być drukowany maczkiem, mam poręczną lupę.

Ufffff. Syzyf naprawdę miał prosto.
Nara Czytaczu.


piątek, 15 maja 2026

Notatka 568 uckruje się? Rąbnięty piątek i poduszki.



WIELĘŻ LAT TRZEBA CZEKAĆ 

NIM SIĘ PRZEDMIOT ŚWIEŻY

JAK FIGA UCUKRUJE, JAK TYTUŃ ULEŻY?

Blogger. Naprawiają, poprawiają i wciąż cóś nie tak.

Zależało mi oczywiście najbardziej na cykankach paczuni od Kocurro, całej akcji rozładowawczej i potem dokumentacji rozładowanego leżakującego na garażówce. Cykanki z rozładunku policzyłam, czterdzieści chyba z czego trzy w żadnym razie nie do pokazania, przy garażówkowych ręce mi opadły. 

Nie widzi dzisiejszych, będących kontynuacją takich sprzed tygodnia, tamtych też nie widzi.

Trochę się udało podstępem, te dotychczas zamieszczane ładowałam w dla nich zakładane albumy i przy wczytywaniu wołałam  najpierw album. Wywołany coś tam zawierał, fragment zawartości rzeczywitej, ale czapa, album dla cykanek dzisiejszych nie istnieje dla bloggera, przynajmniej na razie. Ten sprzed tygodnia, to owszem, jest i ma w sobie dwie!!!! cykanki. Z czego jedna nie dotyczy planowanego postu. Co jakiś czas sprawdzałam, czy może coś. Nic. Więc kombinuję, bo może zbyt załadowana pamięć, może jeszcze raz założyć nowy album dla tych cykanek pożądanych. Nie. To obciąży pamięć.

Z rozpaczy, bo nawet zcykanego miesiac temu ekstremum poduszkowego nie ma dla bloggera, zaczęłam kombinować czy zcykane monstrum ma swój wtórnik w necie. Jakąś ofertę handlową czy cóś. Nie ma. A zcykałam dziwo, gigantyczną poduszkę-puf, byla tak dziwna że poprosiłam niosącego ją do samochodu  o sesję na asfalcie. Jedno cykanie samego dziwa, drugie z włascicielem. Chyba zadowolonym z sesji. 

No i masz, blogger cykanek nie widzi. Stąd tego posta zdobią handlowe foty dziwnych poduszek. Pupile na początku, to ok, potem bywa gorzej. Ale wszystko to są poduszki, każdą możesz kupić. 




Kawał czasu mnie nie było w necie. 
Do końca nie wiem czy chcę być. To nie kokieteria, to rzeczywista wątpliwość gryząca zwoje. 

Przejrzałam tę swoją pisaninę, i stwierdzam że podstawowe wątki się wciąż snują.  Mimo upływu czasu, zmiany okolicznosci towarzyszących, one są. Milusie lub nie.

Nie piszę tu o milusieństwach dla których jednak teraz piszę, te minusy, ujemne jak najbardziej, milusieństwa trują.

Problemy techniczne. Są wciąż lajtmotiwem, Mój sprzęt, nigdy do końca bezproblemowy. Strach się bać, czy ten kiedyś planowany następny nie pójdzie w ślady poprzedników. I jak pójdzie.  

A szczerze pisząc, teraz jest ok, roczna zmora przemocowego pisania na razie se poszła, i myślę że może to szczęście wykorzystam póki trwa.  


Tak sobie pomyślałam  po huśtawkowym wtorku. 

No ale. 

To w czym piszę, czyli blogger,  też rzadko kiedy bezproblemowy. Teraz nie widzi mi większości zrobionych cykanek. Nie pokazuje świeżo opublikowanych postów na zaprzyjaźnionych blogach. Nie da rady czytając przedostatnio opublikowany tekst wrócić do najnowszego. Zawsze z nim cóś. 


Cykanki, no rany. Krzywda. Nieliczne dostępne własne. A cudze, choćby teraz te dziwne poduszki, wiążą się z niechcianym spamem ofert atakujących. Temu, chociażby ono. Amazon, Etsy, Allegro. Pintecośtam, przez nastepny rok będzie mnie atakował obrazkami poduszek. Jakby mało było portretów pralek. 

Możliwe że obwinianie bloggera niesłuszne.... Może to srajtfon. Ale i tak oba paskudy.

Tematyka. Miał być notatnik.. Futra, widziane i zrobione,  przeczytane książki, sluchane i oglądane, od czasu do czasu opis dnia, albo przeciętnego, albo czymś się wyróżniającego.  i tak,  to dla mnie ma sens. Notatnik. Nie pamiętnik. Ze szczegółowszymi przedstawieniami tego, co wg. mojego oglądu świata jest interesujące. Dla mnie interesujące, ale czy dla czytających? Hm. Cieszę się że mnie czytają, ale niech się  nie spodziewają cudów,  nic  na temat galwanotechniki nie będzie, newer i za skarby świata.   Galwanotechnika niech będzie symbolem tego, czego się Czytacze u mnie nie doczekają. Bo się na niej nie znam i znać nie chcę. Zero galwanotechniki. 



Ale oprócz tematyki, która, no nie ma bata, musi dotyczyć tego czego dotykam, upodobaniem, myślą i życiem, jest jeszcze stan w którym piszę. 

Pani d. Bo jak sobie poczytałam własne wypociny, to wyszło mi że ta cholerna stalkerka od początku gdzieś za rogiem była. Czaiła się ukryta pod zmęczeniem, prawie stałym stanem w którym pisałam i piszę. Racjonalny powód jest, z reguły pisałam gdy już nie miałam siły  na bardziej wyczerpujące zajęcia i nic dziwnego że w pisaniu tak dużo o nim. I o jakichś zawirowaniach zdrowotnych też wymuszających twarde siedzenie na czterech literach. 

Jeśli chodzi o dobre, ok, bywa że się udaje.. Tyle że te wątki  nic nowego w netowy swiat nie wnoszą.  

Gdy szukałam pralni, ratunku na zafoliowane Himalaje brudów,  nie znalazłam żadnego wpisu podobnego mojemu. Ale czy jeśli ktoś też będzie szukał, to czy net moj post pokaże za sponsorowanymi linkami? Bardzo wątpliwe, bardzo. W blogu jest parę postów będących efektem głównie rycia w necie, za czymś co mnie zainteresowało. Jacyś artyści, jakieś herbaty czy kamienie. Raz złapany koniuszek kolorowej nici, i zwijamy kłębuszek różowej mijając meandry i kotłowaniny innych kolorów. Przy tym zwijaniu czasem nasza zwijanina okazuje się być jednym z kilkuset różowych zwitków,  czasem krótki przyczepiony pomarańczowy kawałek  ciągnie za sobą monstrum różowej odmiennej w odcieniu plątaniny, zupełnie nie znanej i nie spodziewanej. Dla mnie takiej, bo ogół może zna. No nic, mogę sobie tłumaczyć że mój zwitek, to jakby inny, równiejszy lub krzywszy kłębuszek, ale nie ma złudzeń, ŻADNYCH NOWYCH AMERYK ten blog nie odkrywa.

Taaak, ten gigantyczny pet to też poduszka

A to co piszę, to o zdarzeniach codziennych, to cholera ostatnio takie, że z boku patrząc to mało prawdopodobne. Dzisiejszy piątek choćby, Wariactwo. Weryfikujące  moje stwierdzenie z wcześniejszego posta że srajtfon zadbany. Już nie jest taki i nigdy nie będzie, taki  cacy z wyglądu zewnętrznego. Piszę, więc działa i to działa nadal tak jak po niedawnym wskrzeszeniu, ale czy mu tak zostanie? Ekran z resztą kumplują sie za pomoca nikłych drucików. 

Proszę bardzo Czytaczu, wyciąg z dnia.

PIĄTEK 

Ranek nie zapowiadał że będą kiksy. Ze mną kiksy. Zwykłota. Do punku co prawda wiezione w sakwach zgarnięte z wystawki dobra, ale to też zwykłota. Tym razem była potworna pięciokilogramowa paka szczelnie i fabrycznie zafoliowanego spaghetti oraz równie duża i tak samo zafoliowana paka ryżu. Zgarnęłam z wystawki,  bo jedna z dziewczyn ma nadmiar psów, skarmi dobrem sforę. Bo zdarza się Czytaczu, że na wystawkach obok rzeczy niejadalnych są i takie mniej niejadalne. Zdarza się. W pakach przy rowerze woziłam jedno i drugie. I będę wozić. Drobne kuchenne plastikowe i nieplastikowe utensylia, duraleksy, buty, spodnie, szczelnie i fabrycznie zamknięte paczki pampersów dla dorosłych, torbiszcza pustych czystych słoików z nakrętkami, bo bank żywności potrafi dać dziesięciolitrowe sosy pomidorowe czy sałatki. Na przyklad takie niejadalne.

Z jadalnych bardziej trafia się alkohol (dobrze czytasz Czytaczu, ajekroniakiem mogłabym balsamować, moijto sprezentowane wielbicielowi osłupiło go na długo, takie drogie i eksluzywne.  To pewnie dlatego że ja piję śladowo,  dlatego znajduję), makarony i kaszo-ryże, raz potworna siata owsa, innym razem wyrzucone przez głupi spożywczak główki kapusty. Jak najbardziej całe i zdrowe, nie skażone ani zgnilizną, ani robakami. Wiejskie kapusty pachnące w przeciwieństwie do marketowych sobą, możliwe że przez zapach wyleciały,  innego powodu nie widziałam. Raz wielka zgrzewka małych puszek z datą przydatności upływającą za rok z kawałem, a w puszeczkach pasta-mazidło z jadalnych kasztanów. Zgrzewka pesto. Takie cuda. 

Czy to co piszę o ratowanych przeze mnie dobrach jeszcze wydaje Ci się prawdopodobne?  Przy wożeniu kapust nie miałam jeszcze na rowerze sakw, więc wytęż wyobraźnię Czytaczu, na wąskim bagażniczku wiozłam upiornie ciężki wór,  który z łatwością tracił równowagę. Spodnie były męskie, w trzech rozmiarach, nówki z metkami. Beżowe i khaki pół bardzo ładnych, klasycznych i pół tzw. wędkarskich, z masą kieszeni, dwadzieścia osiem sztuk łącznie. Ogólnie to dwa razy natrafiłam na stosy męskich nowych spodni, ten wcześniejszy był jednorozmiarowy na dużego chłopa, mocno różnorodny fasonami i kolorami i tez wszystkie sztuki nówki nieśmigane. Nadal prawdopodobne?

No dobra, dziś bylo spaghetti z ryżem, znalezione w czwartek przy wracaniu z punktu w masie pootwieranych i całych  produktów sypkich. Sole, cukry, pudełka z torebkami kasz, ryży, mąki rozmaite, makarony w mniejszych całych paczkach i otwarte wielkie torbiszcze makaronowych gniazdek. Które to produkty też ktoś zgarnie. 

Przy innym śmietniku nowe dziecięce gry, niektóre w foliach. Będą na garażówki, zgarnięte. Wczoraj.





Więc bylo do pewnego momentu zwyczajnie. Ludzie ci co są już zapisani, na blacie miseczka z monetami, pojemnik z żetonami,  przerwa w przychodzących, poszłam sobie zrobić kawę. Przy okazji telefon do Asi czy chce pasztety wege, bank żywności dał stos okropny a ona nadal bezmięsna. Chce, po punkcie podrzucę.

Normalnie było, a to co teraz opiszę zaczęło się dziać w tempie trudnym do oddania,  błyskawicznym, z moimi reakcjami zupełnie nie przemyślanymi. Zaskakującymi i mnie.  Nie za fajnie się  w związku z poniższym czuję, więc ta rozwlekłość  u góry, to konieczna dla mnie. Dla nabrania dystansu.



Wychodząc z kawą na salę,  słyszę  że Teresa włącza wrzask do znikajacych za drzwiami męskich pleców. 

- Niech się pan wróci!!!

I do mnie

- On coś zabrał z biurka!!!. 

Jeszcze nic nie widzę. Odstawiam kawę i odliczanie oczami: zeszyt jest, długopis też, pudełeczko z żetonami jest. Brak miseczki z pieniędzmi.

Cholera. 

Wylatuję jak furia przez drzwi, dwóch facetów  idzie bardzo nieśpiesznie i na luzie w górę ulicy, do Jasnej Góry. Gesty tego po prawej takie że musowo trzyma przed sobą miseczkę i w niej gmera. Mój bieg i za ich plecami wrzask:

ODDAWAJ GNOJU!!!

Zaskoczka. Nie spodziewali się. 

ODDAWAJ!!! TO NA JEDZENIE!!!

Gnój wybiera jeszcze parę monet, wyjmuję mu z łapy miseczkę. Z zaskoczenia,  też się nie spodziewał, poszło nadpodziewanie prosto. Nic nie wysypane. Odwracam się i już za sobą, gdy ten jeden-dwa kroki zrobione, słyszę

TAA, NA PIZDĘ PIZDO 

Jak się ciut później okaże zabrał dwadzieścia złotych z zebranych sześćdziesięciu. Wybierał dwuzłotówki.

To była dla mnie samej rzecz nieprawdopodobna, nie podejrzewałam siebie że jeszcze jestem zdolna do takich akcji.  Nie myślałam. Zero strachu, czysty wkurw.


Ale piątek w punkcie jeszcze trwa. Jeszcze długo mi adrenalina nie opada, tempo akcji temu nie sprzyja, segregowanie przywiezionych warzyw, wydawka, cały czas nabuzowanie jest. 

Po raz pierwszy w punkcie aż tak wybucham do ludzia w konsekwencji  głupiej uwagi ciołowatego byka na temat tego, że on by poleciał gdyby widział. Kurde, to Teresa, zaokularowana osiemdziesieciolatka, zauważyła że coś nie teges kątem oka, a była odwrócona do blatu plecami, a ten stał twarzą do miejsca akcji i nie zareagował, okularów nie nosi, ledwo przekroczona trzydziestka, metr dziewięćdziesiąt z hakiem, ze sto kilo wagi. Stał  jak cioł.

A ja sześciesiątka na karku, pięćdziesiąt pięć kilo, sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu do dwóch dużych i przed trzydziestką. Fantazja. 

BO TACY TO MOGĄ NOŻEM DZIABNĄĆ. 

Taka odpowiedź na zdziwienie że nie widział. 

Czyli widział i wolał nie widzieć. Cacuś. Ręce opadają. Bezradność u tego akurat cacusia zdaje się  że skalkulowana bardzo dokładnie. Co bezlitośnie wypomniane, opierdol cacusia słowem bardzo głośnym. 

Potem opierniczona Teresa, z innej okazji i bez wrzasku, opierniczony pan Miecio z racji prób żetonowo-kolejkowych. Trzepnięty po łapach bezżetonowiec, bo on jeszcze cytrynkę, o tę. Też opieprz....

Dziś po prostu nie było od akcji z miseczką grzecznej i ważącej słowa Romany. Komu się za bardzo już zebrało ten oberwał, łącznie z przypadkowo napatoczonym  w drodze z punktu królewiczem w potrzebie. Gość na oko w pełni sprawny, w wieku jak najbardziej produkcyjnym, a głodny podobno od tygodnia, nocuje na rozbabranym dworcu. Bułka z makiem i mały zabrany na powrót napój wetknięte w głodne ręce i wywiad. Wypytuję delikatnie, ale zaczyna mnie strzelać od odpowiedzi. 

On ma za dużo kultury żeby iść do ogrzewalni, oddać w automacie butelki i puszki, iść do karmiącej  placówki (wymieniona i moja), zebrać złom. Za dużo ma godności osobistej. Nie, wszystko to poniża. Więc mam dać na jedzenie i papierosy. Bom godna.

Uuuuu. Zła Romana zaszalała słownie. Miał szczęście że zdążył się posilić, ale łatwo trawić to nie potrawi. Nie było tym razem krzyku, ale co królewicz usłyszał to jego. 

Ciekawe że normalnie to cierpliwość do nawiedzających punkt królewiczy mam, a przy tym akurat mi strzeliła.  

A potem adrenalina opadła, jazda na rowerze do Asi zrobiła się taka jakby trudna, nerw na królewicza trwał,  obracane w głowie piatkowe dziwa-awantury nie pomagały. Zawsze się umawiamy po drodze, czy ona coś chcę ode mnie czy ja od niej. Ona idzie ze swojego końca miasta, ja jadę lub idę z miejsca w którym jestem. Czyli mój koniec miasta lub centrum, telefony koordynują. I dziś, po takiej koordynacji telefon upuszczony,  koordynacja ruchów była do dupy, rożek obudowy z tyłu i dołu nadpękniety, ekran pod zabezpieczającą folią porysowany w poziomie cienkimi liniami pęknięć. Z siedem tych linii. Takich krzywych.

Cud że działa jak działał, TFU,TFU, TFU. 

Piątek jeszcze trwa, mam nadzieję że już sensacji koniec. Dom. Futra. Posiłek. Mycie. Sen. Takie plany. 

I co, prawdopodobne? U grzecznej R.R.  Spokojnej od lat i z panią d spowalniającą reakcje? Co nawet w największych do tej pory nerwach raczej nie krzyczy na ludzi? Bo przy własnych futrach to tak, krzyczy i bywa że wrzeszczy, ale na ludzi od lat bardzo rzadko. A dziś głos podniesiony, przy niektórych akcjach do wrzasku. Hurt w pyszczeniu totalny, takiego dotąd nie miałam. 


Możliwe,  że dlatego była Romana wscieklica, że początek akcji w punkcie, który wymusza  szybkie zdecydowane działania i ogólnie wymaga wydawania  z siebie czytelnych komunikatów. No to było ekstremalnie, choć Czytaczu, ani razu nie padło z moich usteczek słowo co popularne bardzo w wulgaryzmach, te użyte to wątpię czy mieszczą się w pierwszej dziesiątce popularnych. Chyba nawet w pięćdziesiątce się  nie mieszczą.

Warto było pisać, warto bylo czytać? Ja sama tego nie wiem. Po cholerę w ogóle i szczególe. Niby utrwalenie, ale tyle można przez czas na pisaniu spędzony. Ten czas spędzony na czytaniu też można inaczej wykorzystać.

No nic, póki popękany i rozwarstwiony srajtfon działa, to coś tam będę skrobać. O ile mi nie pęknie cierpliwość do bloggera. Te cykanki!!!! 

Wytrzymaj Czytaczu. Albo nie wytrzymuj, wolna wola.

Na koniec znalezione przy okazji pokrowce do spania.





I kocyk.




A poduszki dlatego, że niewidzialna mini sesja fotograficzna dotyczy poduszki-pufa. O takim temacie.

Tylko że ta nie widziana przez bloggera dziwność jest z pluszu w kolorze pudrowym i przedstawia sobą ludzki tyłek w typie Jennifer Lopez,  z ludzkimi stópkami w wielkości pasującej do tyłka, rozmiar minimum 48. Średnica poduchy-pufa to około siedemdziesięciu centymetrów. Może trochę  więcej. Net niczym podobnym nie dysponuje, nie ma tak naturalistycznych.

No nic, jeszcze nie usuwam, może kiedyś blogger da pokazać. Nie żebym chciała gigantyczny tyłek zrobić bohaterem posta,  chciałam pokazać dziwo. Żebyś sobie sprawdził czy to co dziwne masz, naprawdę jest takie dziwne.

Pisała R.R. oczywiście że sflaczała i do niczego innego niezdatna. Taki piątek.

Ps. Sobota jest słaba. Nadal jestem flakiem. Nie służą mi ataki adrenaliny na organizm, oj nie służą. Poprawione literówki -pewnie nie wszystkie, kilka fot dodanych, trochę uściśleń (czy hurt, ile było transportów spodni, takie tam. Coby nie łgac mimowolnie)
 i kasowań tekstu i rzucam na razie srajtfona. Nara.

Ps2. Wiesz co Czytaczu? To pyszczenie do królewicza było w części zbędne. Gryzie, a nie odwrócę,

Owszem, wszystkie te piątkowe pyszczenia były samoobroną w jakimś sensie, i słuszność jakąś miały. Nie gryzą, W wypadku królewicza jednak, to  pojechałam dalej, bez sensu,  bo co, wszystko wiem? Będę rządzić cudzym życiem?  

No trudno. Niedziela jest, może znajdę w sobie siłę by w końcu ruszyć toboły z garażówki. Może.